RSS
środa, 29 września 2004
Co dalej z ONZ?
Kofi Annan, laureat pokojowej nagrody Nobla, nie potrafił zachować spokoju: wojna w Iraku, powiedział niedawno, jest nielegalna. Wybuchła dyplomatyczna burza, krótka naturalnie, ale dla Annana ryzykowna. Nie chodzi o niego, bo o trzeci mandat sekretarza generalnego i tak ubiegać się nie może. Chodzi o instytucję. Po serii bankructw ONZ Kofi Annan doszedł do wniosku, że jej reforma, wyprowadzenie jej z obecnego stanu niemożności stanowi największe wyzwanie mandatu kończącego jego karierę.
Co do diagnozy, Kofi Annan ma rację. Żaden z jego poprzedników nie posunął się tak daleko w analizie bezradności ONZ. - Nasze poważne błędy w ocenie sytuacji, nasza niemożność pojęcia wielkości zła sprawiła, że nie potrafiliśmy zapewnić mieszkańcom Srebrenicy obrony przed zaplanowaną masakrą ze strony sił serbskich - powiedział Annan. Oczywiście, Srebrenica to straszny, ale tylko symbol. Do niej można dopisać Ruandę, Sierra Leona, wschodni Timor, teraz Darfur Ludzkość - dodał Annan - oczekuje od nas czegoś więcej niż słów współczucia.
Słusznie, tylko jak to zrobić? Z tego, co przenika zza kulis w Nowym Jorku wynika, że projekt reformy już właściwie dojrzał. Kofi Annan, taki współczesny Luther wie, że zacząć trzeba od Rady Bezpieczeństwa, bez reformy której ONZ będzie nadal głównie "wyrażać współczucie".
Rada Bezpieczeństwa składa się obecnie z 15 członków: pięciu stałych (USA, Rosja, Francja, Wlk. Brytania i Chiny) z prawem weta i dziesięć "obrotowych" wybieranych co dwa lata. Rewolucja miałaby polegać na zwiększeniu liczby członków do 20 i stworzeniu nowej kategorii: siedmiu-ośmiu członków "średnio stałych" albo "bardziej obrotowych", wybieranych na pięć lat, w tym Niemcy i Japonia. I po 15 latach postanowimy, co dalej.
Tu zaczynają się schody. Ci dwuletni, ponieważ i tak byli mniej równi od innych, nie będą zadowoleni ze spadku z drugiej do trzeciej ligi. Ważniejsze, że ani Japonia, ani Niemcy nie zgodzą się na średnią klasę, bo, jako drugi i trzeci płatnik do kasy ONZ, aspirują do kategorii stałych członków Rady z prawem weta. Uprzedzając ogłoszenie reformy, kanclerz Schröder rozpoczął już kampanię na rzecz kandydatury niemieckiej. Pomija elegancko sprawę pieniędzy, ale podkreśla międzynarodową rolę Niemiec. Słusznie, tylko że Niemców zablokują Włosi. Berlusconi już napisał do Busha, że jakakolwiek reforma ONZ (czytaj akces Berlina do Rady) nie może nie uwzględnić międzynarodowego znaczenia Włoch (czytaj obecność w Iraku) i pominięcia jego kraju w hipotezie rozszerzenia RB.
Japonia jest w podobnej sytuacji. Też puka do zamkniętego klubu tych z prawem weta. Chiny, to jasne, sprzeciwią się temu, tym łatwiej, że pacyfistyczna konstytucja Japonii zabrania jej udziału w pacyfikowaniu przez ONZ konfliktów na świecie.
Pukających będzie więcej. Jeżeli Rada ma się powiększyć, to dlaczego nie o Indie albo Brazylię. No tak, tylko dlaczego Azję mają reprezentować Indie, a nie Pakistan, i dlaczego Amerykę Łacińską reprezentować ma Brazylia, a nie Argentyna czy Meksyk? A gdzie Afryka?
Krótko mówiąc, nie trzeba czekać 15 lat, żeby uznać, że tego scenariusza zrealizować się nie da i że monopol weta wielkiej Piątki, ten parawan wszelkich nadużyć, nie jest zagrożony. Najniebezpieczniejsza chwila dla każdego rządu to ta, kiedy zaczyna się reformować. Zauważył to Toqueville, kiedy ONZ jeszcze nie było. On wiedział, że Luther Watykanu nie wzmocnił.
13:17, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 22 września 2004
Putin z Sowietów
Jak Mao, tylko w odwrotnym kierunku, Władimir Putin zrobił po koszmarze w Biesłanie wielki skok do tyłu. Jego "reforma antyterrorystyczna" sprowadzająca do farsy resztkę władzy regionalnej oraz sens i istotę federacyjnej formuły państwa rosyjskiego jest rodem prosto z liturgii sowieckiej.
Jednak nic humorystycznego nie ma w sobie pytanie, w jaki sposób skupienie całej władzy na Kremlu - to znaczy nie powszechne głosowanie, lecz prezydencka nominacja gubernatora np. Czukotki, może wpłynąć na stabilizację Kaukazu. Według Putina może. Z trzech powodów.
Pierwszy jest praktyczny. Radykalne zaciśnięcie śruby, bo o to chodzi, ma być bronią absolutną w walce z korupcją, czyli - pośrednio - z terroryzmem. Jakżesz inaczej niż za łapówki mogli terroryści zdobyć fałszywe dowody osobiste, paszporty, tablice samochodowe i spokojnie dojechać do Biesłanu, złożywszy tam uprzednio ogromny arsenał? Czyż dwie Czeczenki, które zniszczyły w powietrzu dwa samoloty dostały się na pokład nie dawszy komuś w łapę?
Putin jest, to jasne, przekonany, że dla Rosji nie ma innej drogi niż wolny rynek, konkurencja, inwestycje zagraniczne itd. Jest jednak równie przekonany, że niezbędne w tym celu reformy mogą się w Rosji udać tylko pod warunkiem złamania feudalnych guberni, powszechnej korupcji, którą one kryją, kumoterstwa, no i mafijnych układów. Pogląd, że "śruba" wystarczy w walce z patologią społeczną, jest - jak wiemy - złudzeniem, ale to jest właśnie logika sowiecka, do której Putin sięgnął po Biesłanie.
Po? Biesłan to pretekst. Do logiki sowieckiej Putin sięgnął od razu po objęciu władzy. "Biuro polityczne" z Petersburga, druga wojna w Czeczenii, przejęcie wszechrosyjskich kanałów telewizyjnych, najazd na Jukos, zduszenie opozycji i wyeliminowanie jej z Dumy, teraz "śruba" w regionach - to tylko etapy. Jasne, do czystego sowietyzmu powrotu nie ma, ale tą drogą Putin prowadzi Rosję nie do demokracji, ale do państwa typu autorytarnego i policyjnego.
Drugi powód jest polityczny. Putin "autorytarny" jest w swojej roli. Inteligentny, sprytny i niedogmatyczny, Putin jest jednak produktem sowietyzmu, wychowankiem (i szefem) KGB. Putin, prezydent zacofanego, regionalnego mocarstwa, nie ukrywa nostalgii za potęgą ZSRR, za miejscem, jakie dzięki broni atomowej państwo sowieckie zajmowało na świecie. I, właśnie, choć Putin chce naprawdę reformować państwo, to po sowiecku wierzy, że tylko poprzez skupienie władzy w jednym, czyli jego ręku, może zarówno uporządkować kraj, narzucić reformy, jak i Rosji takie miejsce przywrócić.
Trzeci powód jest dyplomatyczny. Putin nie przejmuje się głosami krytyki, jakie jego dyktatorskie, lub - bądźmy ostrożni - autorytarne decyzje (nawet Jelcyn przerwał milczenie) wzbudzają za granicą. On wie, że to tylko względy przedwyborcze zmusiły Busha do skrzywienia się (i to z dużym opóźnieniem) przy lekturze doniesień z Moskwy. On wie, że udział Rosji u boku USA w wojnie w terroryzmem jest dziś dla Busha ważniejszy niż jakiekolwiek amputacje na wątłym ciele demokracji rosyjskiej.
Z Europą Putin jeszcze mniej się liczy. Geopolityka, rosyjska zdolność szkodzenia, handel, dostawy energii, stabilizacja, widoczne, choć koniunkturalne miejsce Rosji w trójkącie z Francją i Niemcami przeciw wojnie w Iraku sprawiają, że po kilku gestach Europa się uspokoi i że za rosyjską demokrację nikt tutaj umierać nie będzie.
Tak jak kiedyś za Gdańsk.
14:57, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 września 2004
Terror i terror
Prezydent Putin zaprosił 30 politologów i dziennikarzy zachodnich, aby ich przekonać, że zbrodnia na dzieciach w Biesłanie nie ma nic wspólnego z Czeczenią, że jest częścią międzynarodowego spisku, który posługując się islamistycznymi terrorystami, ma, jak powiedział, osłabić Rosję. Że - i to jest najważniejsze - nie ma różnicy między 11 września w Ameryce a 3 września w Rosji. Przekonywanie zajęło prezydentowi cztery godziny. Niepotrzebnie. Gościom polemizować nie wypadało. Ja nie byłem zaproszony i mogę się publicznie z Prezydentem nie zgodzić.
11 września był pierwszym atakiem na terytorium USA od Pearl Harbor, mierzył w symbole wielkości Ameryki. W chwili ataku agresor był nieznany, a szok ogromny. Zaś Rosja zwalcza Czeczenów od 300 lat, w ciągu ostatnich dziesięciu lat prowadziła dwie wojny i raz nawet podpisała z nimi układ pokojowy. Koszmarna skala zbrodni w Biesłanie przeraża, ale śmierć rosyjska czy czeczeńska nikogo tam nie szokuje.
11 września zaskoczył Amerykę. Takie scenariusze realizowane były tylko w Hollywood. Nie mieściły się ani w amerykańskiej percepcji świata, ani, niestety, w wyobraźni CIA czy FBI. To natomiast, co się stało w Biesłanie, poza naturalnie bestialstwem zbrodni, nie powinno nikogo w Rosji zaskoczyć. Terror i branie zakładników powtarzają się tam regularnie, wystarczy wymienić Budionnowsk, teatr w Moskwie, bomby w metrze i dwa samoloty zniszczone w powietrzu. Rosja powinna była więc się spodziewać wszystkiego najgorszego.
11 września był odcinkiem naprawdę międzynarodowego frontu. Jeszcze przed tą datą poszły w gruzy dwie ambasady USA w Afryce, nad Lockerbie eksplodował samolot Pan Amu, a potem była dyskoteka na Bali, hotele w Kenii czy pociągi w Madrycie. Wszystkie te zamachy uderzały w kraje demokratyczne albo leżące w ich orbicie. Żaden jednak nie uderzał w Rosję, a Moskwa nigdy nie twierdziła, że zagrożone były jej bezpośrednie interesy. Przed wydarzeniami w Biesłanie i po nich Moskwa przekonywała świat, iż terror, którego ofiarą padali Rosjanie czy rosyjskie cele, był dziełem Czeczenów, że po to, aby go wykorzenić, należy przede wszystkim zdusić czeczeński ruch niepodległościowy, że ponieważ Czeczenia to część Federacji Rosyjskiej, to konflikt czeczeński jest wewnętrzną sprawą Rosji. Nawet po masakrze w Biesłanie rosyjski minister spraw zagranicznych, pan Ławrow, ostrzegł te państwa (dyskretnie nie wymieniając ich nazw), które wyraziły nie tylko oburzenie wobec zdziczenia terrorystów, ale także zainteresowanie szczegółami akcji "ratunkowej", aby się nie mieszały w sprawy Rosji. To dopiero prezydent Putin wyeliminował Czeczenię, łącznie z nazwą, z okoliczności tragedii w Biesłanie i zwalił odpowiedzialność na "islamistyczny międzynarodowy terroryzm".
Międzynarodowy terror islamistyczny, to wiemy, istnieje. Wiemy także, że choć w większości muzułmanie nie są terrorystami, to tak się składa, że większość terrorystów to muzułmanie. Tylko że nie o to chodzi. Tak jak grożąc uderzeniem w antyrosyjski terror "wszędzie na świecie", szef sztabu gen. Bałujewski chciał ukryć krwawą fuszerkę jego wojska w Biesłanie, tak przywołując "międzynarodowy terror", prezydent Putin chciał odwrócić uwagę od klęski rosyjskiej polityki w Czeczenii. On także groził ściganiem wroga "wszędzie, nawet w kiblu" i to jego fatalna polityka zamieniła ten kraj w strefę zbrodni i terroru. W strefę terroryzmu teraz już, rzeczywiście, i czeczeńskiego, i międzynarodowego.
16:38, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
środa, 08 września 2004
Europa i Rosja
Zachód jest na kolanach. Nie z żałoby po masakrze dzieci w Osetii (do ubiegłego piątku nikt tu nie wiedział nawet o jej istnieniu), a ze strachu przed Rosją.
Europa, choć już zjednoczona, znowu się podzieliła. Znowu jest nowa i stara. Nowa to ta, która zna Rosję, pamięta Związek Sowiecki, dyktaturę i "wieczną przyjaźń". To Marek Belka (chwała mu), który nie tylko potępił terrorystów, ale także wyraził "szok i oburzenie" wobec operacji rosyjskiej "gwałcącej wszelkie granice".
Stara to Ben Bot, holenderski szef MSZ, rotacyjny przewodniczący Rady Unii Europejskiej, który nie tylko potępił terroryzm, ale "odważył się" także wyrazić lekkie wątpliwości co do postępowania władz rosyjskich. I się natychmiast "położył", kiedy dostał po łapach od obrażonej Moskwy.
Stara Unia to przede wszystkim Francja i jej prezydent Jacques Chirac. Jej demoralizującej roli nie można przecenić. Francja rozpętała międzynarodowe piekło w obronie swoich dwóch dziennikarzy porwanych w Iraku. Słusznie, porwanych dziennikarzy i zakładników w ogóle wszyscy powinni bronić. Chirac w szoku (gorsząca niewdzięczność ze strony porywaczy: jemu, szefowi przeciwników interwencji amerykańskiej w Iraku, zrobić coś takiego?!) zmobilizował więc całą swoją dyplomację, a kiedy ta potęga niewdzięcznych terrorystów nie przekonała, wezwał na pomoc muzułmańską część społeczeństwa francuskiego i świat islamu w ogóle, aby w najbardziej pokojowy sposób wyjść z pułapki z lekką utratą twarzy, ale z życiem. I tę pomoc uzyskał, nie odrzucając haniebnego i kompromitującego poparcia takich miłujących pokój organizacji jak Hezbollah, Hamas czy mułłów na co dzień propagujących świętą wojnę z "Żydami i krzyżowcami".
Jednak ten sam Chirac nie wzywał świata muzułmańskiego do interwencji w obronie dzieci w Osetii, chociaż okrutni terroryści powoływali się na ten sam islam, nigdy nie próbował ani sam, ani poprzez dyplomację "perswazji" wobec Rosji, która w stosunku do swoich i cudzych, np. osetyjskich, zakładników nie przejmuje się ani własną twarzą, ani cudzym życiem. Której okrutna "brudna wojna" przeciw Czeczenom prowadzi do - jak to właśnie dał do zrozumienia Putin - "sowietyzacji" państwa rosyjskiego i do fatalnej dla Zachodu alternatywy. Albo Zachód będzie musiał bez przerwy "przepraszać" Moskwę, tak jak teraz holenderski minister i jak kiedyś Chirac, który bez wstydu umieścił Rosję "w pierwszym szeregu demokracji", albo zrozumieć, że taka "wspaniałomyślność" i zamykanie oczu w imię fałszywie pojętej real-polityki na postępowanie Putina prowadzi w najlepszym razie do hańby, a w najgorszym do katastrofy. A może, jakby powiedział Churchill, do obu. Do m.in. takich zmian w Moskwie i takiego wybuchu na Kaukazie, po których Zachód się będzie zastanawiać, czy Rosja leży w Europie, a odczuje, że Kaukaz tam jest.
Honor ratuje wolna prasa, na Zachodzie i w Moskwie. Po tej stronie dziennikarze ostrzegają przed skutkami "stalinizacji" Rosji i potępiają obłudę polityki Zachodu wobec Putina. W Moskwie "Niezawisimaja Gazieta" pisze o odpowiedzialności Putina za tragedię w Osetii, a "Izwiestia" - o sprzecznym z wersją oficjalną początku masakry w szkole. Kilka godzin później redaktor naczelny "Izwiestii" Raf Szakirow podał się do dymisji. Teraz Chirac zainicjuje na pewno kampanię w obronie tego dziennikarza.
13:12, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 września 2004
Wojna cywilizacji
"Rosyjska ruletka" - napisał dziennik "Le Figaro" o losie porwanych w Iraku dwóch dziennikarzy francuskich, w tym korespondenta tej gazety. Niesłusznie. W rosyjskiej ruletce wszyscy mają równe szanse.
Dziennikarze w niewoli morderców w Iraku szansy nie mają żadnej. Tam rewolwer z jedną kulą jest tylko w jednym ręku i nie jest skierowany do własnej skroni. Nie wiadomo, jak się to skończy. Czy i do jakiego stopnia bezprecedensowa dyplomatyczna operacja rządu francuskiego się uda i za jaką cenę.
Ale pomyśleć już warto. Po pierwsze, to nie rewelacja: dziennikarstwo to zawód niepopularny, a jeszcze mniej, zwłaszcza w reporterce wojennej, bezpieczny. Konwencje i zwyczaje chroniące dziennikarzy nie są przestrzegane na żadnej wojnie. Na wojnie w Iraku mniej niż na jakiejkolwiek innej. Tutaj nie ma linii frontu, tutaj frontu w ogóle nie ma. Tu jest nóż, strzał za węgła.
Tylko że tu nie chodzi o dziennikarzy. To tylko instrument szantażu, wyjątkowo, dzięki telewizji, skuteczny, jak widać z ogromnej mobilizacji we Francji, bardziej skuteczny niż porwanie np. szofera ciężarówki. W wypadku Francji chodzi o chusty w szkołach, dziennikarz z Rzymu zapłacił życiem za włoskich żołnierzy w Iraku.
Dziennikarze to więc pretekst, porywacze przecież wiedzą, że ani rząd francuski, ani włoski, otwarcie i oficjalnie, a tylko taka kapitulacja się naprawdę liczy, temu szantażowi ulec nie mogą. Nie szkodzi, w istocie islamistom nie chodzi ani o chusty, ani o żołnierzy, tylko o wojnę z demokracją i z niewiernymi.
Po drugie, był naiwnością pogląd, że "normalne" jest, z uwagi na politykę Berlusconiego, zamordowanie dziennikarza włoskiego, ale że dziennikarze francuscy są chronieni, że - z uwagi na negatywne stanowisko Chiraca wobec wojny w Iraku - korzystają ze swoistego immunitetu. Jasne, Francuzom może (daj Boże) uda się uratować swoich dziennikarzy (kulisy i cena pozostaną na długo tajemnicą), ale sam fakt, że tak czy inaczej, bardziej czy mniej bezpośrednio, Chirac, mimo swej antyamerykańskiej polityki, musiał wejść w jakieś negocjacje z mordercami i szantażystami lub, co bardziej prawdopodobne, ich politycznymi, wojskowymi i finansowymi protektorami, stanowi już sukces terrorystów.
Po trzecie, od chwili zamordowania w Pakistanie reportera "Wall Street Journal" Daniela Pearla (bo Żyd, dziennikarz i Amerykanin) przez praktycznie biorąc tych samych terrorystów co ci, którzy zamordowali Włocha Enzo Boldini (bo wojsko) w Iraku, wiadomo, że pewien próg "logiki" został przekroczony.
Porwanie to stara metoda terrorystów, szeroko stosowana np. kiedyś w Libanie. Ale mordowanie porwanych dziennikarzy to "wynalazek" islamistów. A to jest po prostu głupie. Dziennikarz jest przecież obserwatorem, a nie uczestnikiem, jest jedynym możliwym, zawodowo neutralnym "pośrednikiem" między porywaczami a światową opinią publiczną, jedynym posłańcem zdolnym do wiarygodnego przekazania światu tego, co terroryści mają (jeżeli mają) mu do powiedzenia.
Mordując pośrednika, terroryści ogłaszają, że w Iraku neutralnych być nie może. Iraccy terroryści nie mają pojęcia o roli i miejscu prasy w krajach zachodnich, dla nich dziennikarz to taki sam niewierny jak każdy inny.
Wniosek: zakładnikami w Iraku nie są dziennikarze, lecz jesteśmy my wszyscy. Nie w wojnie w Iraku, a w - cokolwiek sądzą zawodowo ostrożni politycy - w wojnie cywilizacji.
11:31, leopold.unger
Link Komentarze (1) »