RSS
wtorek, 27 września 2005
Wybory? Jakie wybory?
Wybory? Jakie wybory? Na pierwsze głosowanie w Polsce po jej wejściu do Unii Europejskiej Zachód patrzył spokojnie, a nawet obojętnie. Nic dziwnego, Polska to nie Niemcy, najważniejsze polskie parametry były znane przed otwarciem urn. I nie były niepokojące.
Naturalnie, zauważono, że te wybory odbyły się - i w Polsce i na Zachodzie to właściwie bez precedensu - bez pojedynku z udziałem lewicy. W jednym tylko punkcie werdykt urn wydaje się więc bez apelacji: Polska ogłosiła koniec epoki postkomunistycznej. Idzie nie tylko wymiana elit rządzących, ale przede wszystkim odejdą politycy, którzy rozpoczynali kariery na agonalnym, nacechowanym oportunizmem i cynizmem etapie komunizmu. Skutki są znane.
To, że rząd przegrał, nie było niespodzianką: żaden rząd przecież nie rządził w Warszawie przez dwie kolejne kadencje. Zaskakuje natomiast rekordowo, w państwie stosunkowo młodej demokracji, niska frekwencja. Dużo lepiej nigdy nie było, ale tym razem skala rozczarowania i nieufności wobec całej (ta nowa także wszak już także rządziła) klasy politycznej, jest wyjątkowo wysoka.
Jasne - tutaj na Zachodzie, z Berlusconim w roli głównej, bywa podobnie, w Polsce jednak dochodzi egzotyczny, ale widoczny, rozdzierający naród skandal z wykorzystywaniem w polityce donosów SB. Afera jest tutaj nie za bardzo czytelna, ale wiadomo, że nie jest to wyłącznie skutek obyczajów przejętych po komunizmie i że odpowiedzialność za skandal spada raczej na grupę od dziś sprawującą władzę.
Obecność w Sejmie partii populistów czy nacjonalistów (nazwiska Giertycha czy Leppera nikomu nic na Zachodzie nie mówią), ich klerykalizm, konserwatyzm obyczajowy i eurosceptycyzm, mogłyby niepokoić, no ale przecież trzęsienie ziemi po wyborze Heidera w Austrii czy sukcesie Le Pena we Francji też nie trwało długo i Europie tak naprawdę wielkiej szkody nie przyniosło.
Istnieje naturalnie polska specyfika. Część prasy zachodniej wyraża obawy, że sukces PiS-u, partii określanej jako nacjonalistyczno-katolicka, nieufnie i niechętnie nastawionej wobec Rosji i Niemiec, zapowiada zaostrzenie stanowiska Polski w jej sporach z wielkimi sąsiadami. Koła polityczne mają jednak raczej tendencję do relatywizowania tej perspektywy. Projekt idącego dnem Bałtyku gazociągu z Rosji do Niemiec to dla większości obserwatorów normalna transakcja handlowa i nawet jeżeli istnieją jakieś jej polityczne motywacje, to aluzje do Rappallo nie są traktowane poważnie.
Rosja, naturalnie, się liczy, hasło "Russia first" nie straciło na aktualności. Ale nikt, albo prawie nikt nie spodziewa się poważniejszego napięcia i mało kto byłby skłonny poprzeć Polskę gdyby z jakiegoś drugorzędnego, z zachodniego punktu widzenia, np. historycznego powodu do jakiejś awantury dojść miało. Tym bardziej, że nowych liderów mało kto zna i że podejrzewa się ich o brak doświadczenia w polityce międzynarodowej.
W sumie, kredyt nowej ekipy jest otwarty. Oparty jest na przekonaniu, że Polska nie ma alternatywy dla demokracji, rynku, dla sprawdzonej, europejskiej i atlantyckiej strategii poprzednich rządów.
Inaczej mówiąc - miejsce i głos Polski w świecie nie zależą od niedzielnych wyborów, ani od Nicei, za którą chciał umierać jeden z jej nowych przywódców. Zależy od jej stabilności wewnętrznej, stanu gospodarki, poziomu jej kultury politycznej, jakości stosunków między władzą a obywatelem oraz państwem a jego sąsiadami. Wygrać wybory było najłatwiej. Schody się dopiero teraz naprawdę zaczną.
14:13, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 września 2005
Cały pogrzeb na nic
"Schadenfreude" (brak dobrego polskiego odpowiednika) nie jest uczuciem szlachetnym, ale jest uczuciem bardzo ludzkim. Ogarnęło mnie znowu, kiedy w piątek, na koniec megaszczytu ONZ w Nowym Jorku (rekord: 170 szefów państw i rządów razem w jednym miejscu), mogłem bez zaskoczenia, ale i bez satysfakcji znowu zastosować moje w sprawach ONZ ulubione westchnienie: "cały pogrzeb na nic".

Jasne - można się pocieszać, że jednak uniknięto katastrofy i należy to uznać za sukces. Można się cieszyć, że amerykański ambasador zrezygnował z projektu, aby gmach ONZ obciąć o dziesięć pięter. Można, ale w żadnej naprawdę ważnej sprawie nie osiągnięto porozumienia, a np. prawdziwą pomoc dla żyjących za dolara dziennie w Afryce przeniesiono do kategorii pobożnych życzeń.
Czy ktoś miał naprawdę złudzenia, że w towarzystwie Rosji i Syrii uda się osiągnąć zgodę na definicję terroryzmu, kiedy ciągle ten sam terrorysta to dla jednych morderca, a dla innych bohater? Nawet skromny pomysł, aby można było ścigać także organizacje kulturalne i religijne, które (państwo rozumieją, o kogo chodzi) usprawiedliwiają terroryzm, znalazł się natychmiast w ogniu krytyki superczujnych organizacji pozarządowych. Czy ktoś mógł sobie wyobrazić, że przy udziale Iranu uda się uzgodnić rezolucję o zakazie rozprzestrzeniania broni nuklearnej? Makrosesja odważnie zaproponowała, aby skończyć z groteską Komisji Praw Człowieka z udziałem Kuby, Korei Północnej czy Sudanu i zastąpić ją Radą Praw Człowieka dostępną tylko dla państw, które prawa te naprawdę szanują. Chcieli dobrze, a wyszło jak zawsze: decyzję pozostawiono zgromadzeniu ogólnemu ONZ, w którym, wiadomo, większość nie poprze podobnie aroganckiego pomysłu.

Fiasko ponownej próby zreformowania funkcjonowania ONZ także nikogo nie zaskoczyło. Nikt się przecież nie spodziewał, że akurat w 2005 roku pięć państw dysponujących prawem weta dojrzeje do podzielenia się tym monopolem z innymi: Niemcami, Japonią, Brazylią czy Indiami. Czy ktoś rzeczywiście sądził, że Chiny dopuszczą Japonię do Rady Bezpieczeństwa? Łzy się lały gorące (i krokodylowe), że nie udało się powiększyć liczby członków Rady Bezpieczeństwa. Ale przecież za klęskę tego pomysłu odpowiedzialni są także sami pretendenci, którzy aby wykończyć rywali, wzajemnie i ochoczo podrzucali sobie pod nogi najbardziej, jak mówią Francuzi, śliskie skórki bananowe. Krótko mówiąc, wszyscy wołali o wielobiegunowość, przeklinali hegemonizm, ale nigdy jeszcze egoizm (i jego kochanka - hipokryzja) nie były silniejsze w szklanym gmachu nad Hudsonem.

60-letnia ONZ źle się starzeje. Jest rozdęta, za droga, trudna do kontroli i tknięta korupcją ("Ropa za żywność", która wzbogaciła Saddama i kilku innych w Nowym Jorku), rdzewieje od biurokracji, ale dobrze, że istnieje, jest potrzebna i pożyteczna, stanowi wygodny, czasem dyskretny teren spotkań państw i ludzi, którzy nigdy by się nie chcieli albo i nie mogli spotkać. Lub którzy przez lata nie mieli prawa głosu w ogóle. Tam, gdzie może ONZ pomaga, sporo da się poprawić, ale prawdziwe decyzje i tak nie są podejmowane w Nowym Jorku, lecz w niektórych stolicach. ONZ jak ZSRR jest w tych konkretnych warunkach niereformowalna.
Nie trzeba się śmiać, kiedy na pytanie: "ilu urzędników pracuje w ONZ?", odpowiedź brzmi: "połowa". Dajcie jej żyć, dajcie pracować tej połowie.
10:53, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 września 2005
Wnioski z Krynicy
Ziemia się trzęsła w Kijowie i Warszawie, ale największe drgania zarejestrowały sejsmografy w Krynicy. Ta śpiąca na ogół we wrześniu wielka pijalnia wody mineralnej znalazła się nagle w oku cyklonu. Tak jakby organizatorzy przeczuwali, że "coś pęknie", program 15. już Forum Ekonomicznego (w istocie także politycznego) przewidział, wśród około setki seminariów wciśniętych w cztery dni, także kilkanaście paneli (okropne słowo) na temat kolejno: Ukrainy, energii, czyli gazu, no i, w tle, Rosji naturalnie. Za każdym razem, z podwójnym, do wyboru, wnioskiem.
Niektórzy Ukraińcy, a było ich ponad stu, byli zaskoczeni i, nie czekając na koniec Forum, wrócili do Kijowa, aby być bliżej w razie czego Tym szybciej że zapowiadani w Krynicy Juszczenko i Tymoszenko swój przyjazd w ostatniej chwili odwołali. Wśród pozostałych większość uspokajała: tylko bez paniki, nasza demokracja przeżyje ten rozwód, który zresztą powinien był już dawno nastąpić. Będą dwie partie: rządowa Juszczenki i opozycyjna Tymoszenko, obie proeuropejskie i, choć w inny sposób, demokratyczne i reformatorskie. Nie - powiadają inni, bardziej nerwowi. Będzie trzecia partia, prorosyjska, spadek po Janukowyczu, byłym rywalu Juszczenki, która w odpowiednich okolicznościach może wesprzeć partię Tymoszenko i w walce o władzę, a ona to lubi, kolor rewolucji zmienić na szary. Dla Polski i dla Europy nie ma, twierdzą ci drudzy, ważniejszej sprawy niż ratowanie ukraińskiej rewolucji. Inaczej wszystko trzeba będzie zaczynać od początku...
Z rurą pod Bałtykiem było podobnie. Debatowali eksperci z wielu krajów Europy. I znowu jedni, zwłaszcza ci z Zachodu, a podział, to znamienne, był bardzo wyraźny, są zdania, że to normalna umowa, że Niemcom zapewni trwałą aprowizację, a Rosji trwały zbyt. Ci ze Wschodu również uznali, że to imponująca inwestycja, ale dopatrują się w niej także aspektów politycznych. Oczywiście dwaj prezydenci, polski i litewski, obecni na zakończeniu Forum nie mogli publicznie powiedzieć tego wszystkiego, co wiedzą i myślą, starali się oddramatyzować sytuację. Inni, mniej skrępowani, nie mieli wątpliwości: to naturalnie nie jest układ Ribbentrop-Mołotow z 39 roku, ale to nie jest także niewinna operacja gospodarcza. Kiedy rurą zacznie płynąć gaz, Rosja uzyska groźny (przecież nieraz już się wobec innych nim posługiwała) środek presji politycznej wobec, znowu, Polski i znowu z udziałem Niemców.
No i Rosja właśnie. Tu był tylko jeden wniosek. Sformułował go Jurij Afanasjew, rektor prywatnego uniwersytetu w Moskwie, jeden z najwybitniejszych intelektualistów rosyjskich. Jest niespokojny o przyszłość demokracji w Rosji, ostrzega przed autorytarnymi tendencjami Putina i radzi bacznie śledzić drogę, po jakiej prowadzi on Rosję. Na jednym z seminariów rosyjskich padła, z polskiej strony, próba diagnozy. Putin szuka nowej tożsamości rosyjskiej i w obecnej pustce ideowej, z braku innych referencji, musi ją oprzeć na momentach stalinowskiej chwały: spółka z Hitlerem, obrona rozbioru Europy, rok 1945, parada 9 maja, "upadek ZSRR - największa tragedia XX wieku", a potem członkostwo w Grupie 8 i pogarda dla słabych sąsiadów.
Forum w Krynicy, największy salon polityczny w regionie, miejsce "very in", takie "targowisko próżności", gdzie trzeba się pokazać, nie wydaje wyroków i nie podejmuje decyzji, ale - i tu nareszcie wszyscy się zgodzili - warto, aby móc decyzje podejmować, za rok spotkać się znowu. W lekko zmienionym składzie
10:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 września 2005
Solidarność nie wystarczy
Gęsty tłum VIP-ów zafalował. W ceremonialnym skupieniu nagle odezwała się komórka. - Trzeba odebrać - powiedziała asystentka pani Madeleine Albright - to ważne. Była sekretarz stanu odebrała. - Jak to gdzie jestem - powiedziała do kogoś po drugiej stronie drutu. - Jestem tam, gdzie dziś obecni powinni być wszyscy: pod bramą stoczni w Gdańsku. Clinton zrozumiał, nie nalegał i nawet zamienił kilka słów z Aleksandrem Kwaśniewskim.
Pani Albright nie miała racji. Nie powinni byli być tam wszyscy i zresztą - i słusznie - nie byli. Teraz, kiedy zgasły reflektory, kurz opadł, a ci, co tam byli, aby uczcić 25-lecie „Solidarności”, wstali z klęczek, rodzi się pytanie, co poza anegdotami zostanie z ceremonii, a przede wszystkim z przeładowanej, ale bardzo miejscami ciekawej międzynarodowej konferencji „Od »Solidarności « do wolności”? Zanim ukaże się tom z pełnym dorobkiem konferencji, oto spisane na gorąco uwagi.
Zacznijmy od paradoksu: 25 lat temu łatwiej było pisać o Polsce niż dzisiaj. Wtedy wszystko wydawało się jasne, był jeden wróg (drugi czyhał na granicy), cały naród szedł do boju. "Solidarność" i Wałęsa byli na ustach wszystkich. I w działaniu wszystkich. Dziś polska scena polityczna jest zagmatwana, zmatłaczona, jak się to w nowopolszczyźnie mówi, brutalna, rozbita, "Solidarność" to nie hasło, ale banalny związek zawodowy, a Wałęsa to "Bolek" i 1 proc. poparcia.
Wczoraj i dziś trudno jest zachodniemu światu wytłumaczyć, o co tym Polakom naprawdę chodzi. Wczoraj bano się, że nieobliczalni Polacy narozrabiają i sprowokują interwencję sowiecką, zdestabilizują "detente" i zburzą wygodny porządek pojałtański.
Dziś znowu niektórzy boją się grymasu Putina zdenerwowanego mieszaniem się Polski w jego imperialne sprawy na Ukrainie czy Białorusi. Chirac i Schröder, ciężko poranieni u siebie w domu, padają w ramiona pana na Kremlu i to nie w Moskwie, ale w Kaliningradzie, tak żeby ci Polacy zrozumieli, na czym polega "europejska wspólna polityka zagraniczna".
Wczoraj, za Cartera i Reagana (bardzo ciekawie i przekonywająco zreferowali to w Warszawie pani Albright i prof. Brzeziński), poszło w świat hasło wyrwania praw człowieka z pancerza dogmatu o niemieszaniu się w suwerenne prawa państwa, nawet jeżeli chodziło, jak np. w Kosowie, o barbarzyńskie mordowanie albańskich muzułmanów. Powiało wielkim hasłem obowiązku ingerencji, silniejszym od świętego prawa rozmaitych satrapów do suwerennego mordowania swoich obywateli. Dziś, na konferencji warszawskiej, wystarczyło kilkuminutowe wystąpienie Marka Antoniego Nowickiego mianowanego przez ONZ rzecznika praw obywatelskich w Kosowie, aby te wielkie hasła przenieść do katalogu wielkich złudzeń. Kosowo, jak powiedział Nowicki, "jest probówką doktryny interwencji międzynarodowej". Dziś, sześć lat po ingerencji w obronie praw człowieka muzułmańskiego w Kosowie, "probówka" wypada fatalnie. Dziś trzeba bronić w Kosowie praw człowieka prawosławnego, trzeba bronić praw człowieka cygańskiego, którego całą dzielnicę w Mitrowicy spalili ludzie muzułmańscy. W Kosowie stacjonuje 18 tys. żołnierzy ONZ. Ingerencja zamienia się w okupację bez terminu czy strategii wyjścia. Dziś zostaje bezradność, o której przekonywająco mówił polski minister Adam Daniel Rotfeld.
Prezydent Kwaśniewski ładnie powiedział: "Ludzie solidarni mogą zmienić świat". Solidarność jest ważna, ale nie wystarczy. W Polsce to widać najlepiej.
11:38, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 września 2005
"Solidarność" i opał na zimę
Do cierpień narodu polskiego nie należy dodawać cierpień narodu francuskiego narażonego na brak opału na zimę". Tymi słowami André Mauroy, premier francuski negocjujący akurat dostawy gazu sowieckiego, uzasadnił "umiarkowaną" reakcję Paryża na ogłoszenie stanu wojennego w Polsce. Jego minister spraw zagranicznych postawił kropkę nad i. Na pytanie, co Francja ma zamiar uczynić w odpowiedzi na pucz Jaruzelskiego, Claude Chaysson odpowiedział krótko: "Nic, naturalnie".
Nie należy się dziwić. Po sprawnym zamachu w Polsce w kołach politycznych Zachodu zapanowała, tak jak po zdradzie Czechosłowacji w Monachium w roku 1938, "tchórzliwa ulga". Znowu nic dziwnego. Od pierwszego dnia gdańskiej sagi w sierpniu '80 żaden poważny polityk zachodni nie wierzył w powodzenie strajku. 1 stycznia 1981 François Mitterrand, prezydent Francji, w swoich życzeniach noworocznych uprzedził, że choć wszystko, co działa przeciw Jałcie, jest dobre, to jednak "trzeba uwzględniać powolność historii". Albowiem, jak on to przedtem jeszcze ujął, nieważne jest, co mówi pan Wałęsa, ważne jest, co mówi pierwszy sekretarz partii komunistycznej.
Realizm, taki ze szkoły Metternicha, triumfował. Politykom bowiem nie chodziło o "ciepłą zimę", ale o zimną wojnę. Analitycy niemieccy określali wówczas Polaków jako "spielverderberów" - takich, co psują zabawę, w tym wypadku odprężenie Wschód - Zachód.
Tzw. wolny świat tak rozumiał bowiem dylemat Moskwy: w obliczu groźby zatrucia całej strefy swych satelitów Kreml nie będzie tolerować ani pojawienia się w Polsce niezależnego związku zawodowego, ani kapitulacji rządzącej kompartii. Że sprawdzi, czy Polacy sami sobie poradzą z buntem, ale gdyby się pucz nie udał, to swoje wojska bez wahania wyśle na ratunek "bratniej Polski". Mimo ryzyka, że byłby to kryzys odprężenia i potrójna wojna: polsko-sowiecka, polsko-polska, no i w ostrzejszym wydaniu stara zimna wojna. Mniejsza, czy specjaliści od analizowania rzeczywistości sowieckiej mieli rację, czy nie. Ważne np., że to właśnie dlatego Amerykanie, choć wszystko albo prawie wiedzieli od płk. Kuklińskiego, nie chcieli uprzedzać wypadków, nie ogłosili alarmu, że pucz "nadchodzi".
Ważne także, że kiedy pucz się udał i Polska poszła do więzienia, to Helmut Schmidt nie widział powodu do przerwania wizyty u swego rodaka z NRD Honeckera, wyraził natomiast żal, że "musiało do tego dojść", legitymizując w ten sposób stan wojenny. Willy Brandt natomiast jako przewodniczący Międzynarodówki Socjalistycznej zwlekał z wyrażeniem oburzenia, wzywając, aby "nie dolewać oliwy do ognia", co pozwoliło złośliwej gazecie dać tytuł "Brandt znowu na klęczkach", tym razem przed Kremlem. A kiedy "Izwiestia" pochwaliły decyzję rządu w Bonn nieingerowania w polski kryzys, to onże dziennikarz napisał, że gazeta sowiecka ma rację, albowiem "trudno znaleźć lepszych specjalistów od nieingerencji w Polsce niż Niemcy i Rosjanie".
To wszystko historia. Ale warto ją przypomnieć, kiedy Europie znowu chodzi o "opał na zimę", kiedy rozważana jest kwestia, czy napięcie w stosunkach między Warszawą a Moskwą jest sprawą tylko Polski, czy także sprawą Unii Europejskiej. Czy, jak się tu to określa, Polska np. na Ukrainie grała swoją grę (no i naturalnie amerykańską), czy też grę europejską? Inaczej pytając, czy już na pewno z wyobraźni europejskiej zniknęła polska "Solidarność", a został tylko polski hydraulik?
10:51, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »