RSS
środa, 27 września 2006
Język wielkiej polityki

Kto zna trzy języki, ten jest trzyjęzyczny; kto zna dwa, jest dwujęzyczny; kto zna jeden jest Anglikiem. To stare porzekadło już dawno jest bez sensu. Są Anglicy, którzy znają inne języki. A przede wszystkim wszyscy, a jeżeli nie wszyscy, to mi ich żal, znają angielski. Przekonałem się o tym, z pierwszej ręki niejako, w toku niedawnego, szesnastego już Forum Ekonomicznego w Krynicy. Było nas tam ponad półtora tysiąca z Polski i z wielu krajów głównie Wschodu, ale i Zachodu. Dyskutowaliśmy przez trzy dni wbici w 120 seminariów, od energii po kulturę, najrozmaitsze problemy spoleczne, ich patologie (np. korupcja) włączając. Żaden dziennikarz nie potrafi tego ogarnąć, tym bardziej że siłą arytmetyki kilka seminariów, nieraz równie ciekawych, musiało pracować równocześnie.

Jak się oni porozumiewają? Jasne, była symultanka, czyli tłumaczenia na żywo, na polski, rosyjski i angielski. Ale przecież każdy z weteranów takich spędów wie, że mówcy, zwłaszcza ci bez kartki, mówią za szybko, często niewyraźnie, z błędami gramatycznymi, w sumie tłumaczenie bywa, nie z winy tłumaczy ściśniętych za kratami kabin, a zawsze z winy niedojrzałych Demostenesów, często niezrozumiałe.

Ratunek był w ścisku na deptaku, kawiarniach i knajpach (rydze!). Tam można było uzupełnić braki. Krynica pełna była ekspertów, którzy tylko czekali na rozmówców. Ba, ale w jakim języku?

Kiedyś w mojej Galicji mawiano: "Die deutsche Sprache ist eine urslavische Sprache", czyli, że niemiecki jest językiem pansłowiańskim. Teraz proszę to włożyć między bajki, w przestrzeni międzynarodowej niemiecki się nie liczy. Jak mawiał francuski pisarz Jules Renard, "niemiecki to język, w którym milczę najchętniej". Z francuskim nie jest lepiej. Dziennikarka z Quebecu Monika Bosco była zdania, że język francuski nadaje się głównie do małych kombinacyjek handlowych i politycznych. Rosyjski jest, zwłaszcza na Wschodzie, bojkotowany z idiotycznych względów ideologicznych. Pozostaje angielski ("fluent or lame"), sam na boisku, coraz bardziej, jak mawiał pewien Francuz (de Gaulle) o Izraelu, pewny siebie i dominujący.

Szkoda francuskiego. To piękny i elegancki język, bardziej elastyczny i bogatszy od innych, język różnorodności świata, język kultury, ma więcej niż np. angielski słów na to samo pojęcie, brak mi go, ale nie ma rady - stracił swój międzynarodowy statut na rzecz angielskiego nawet w Brukseli, na terenie instytucji europejskich i, jeszcze bardziej, atlantyckich. Sprawa jest praktycznie przesądzona: angielski jest głównym drugim językiem nauczanym w szkołach całej Europy, jest językiem internetu, Hollywood, muzyki pop, turystyki...

Gest zdenerwowanego Chiraca, który z teatralnym zadęciem wyszedł z posiedzenia Rady Unii Europejskiej w marcu tego roku na znak protestu, kiedy jakiś jego kompatriota wygłosił przemówienie po angielsku, był dziecinny i niemądry. Ja jednak go rozumiem, chciał jak najlepiej. Ale proces jest nieodwracalny. Chirac wołał: "Nie można budować świata, opierając się na jednym języku, czyli jednej kulturze", ale wołał na pustyni. Ma rację, zapomniał tylko o najważniejszym - język, każdy język (każdego państwa), trzyma się mocno na scenie międzynarodowej tylko wtedy, kiedy służy wielkiej polityce. And that, nie tylko we Francji, is the problem...

08:38, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
środa, 20 września 2006
Gdzie jest Balcerowicz?

- Gdzie jest Balcerowicz? - pytano w Krynicy. Nic dziwnego. Na forum ekonomicznym nie można było nie spotkać jego znajomych. Na każdym metrze kwadratowym deptaku był jakiś minister finansów czy szef banku centralnego z zagranicy. Wielu z nich znało Balcerowicza, niektórzy właśnie z Forum, gdzie prezes NBP bywał regularnym gościem, znali międzynarodowy apel w jego obronie i w trosce o niezależność NBP.

Co mogłem odpowiedzieć? - Nie wiem - mówiłem - ale się domyślam, ma inne zmartwienia. Nie wchodziłem w szczegóły (bo ich zresztą nie znam), ale w delikatnej aluzji cytowałem Brechta. Mistrz mianowicie zauważył, że "nieszczęśliwe są kraje, które potrzebują bohaterów".

Wniosek prosty, wysnuwali go sami moi rozmówcy - Polska musi być bardzo szczęśliwym krajem, skoro z niespotykanym w czasach pokoju i stabilności politycznej zapałem chce wykończyć Balcerowicza i w ogóle pozbyć się swoich bohaterów.

Chodzi, naturalnie, przede wszystkim o tych, których Bruksela i Unia w ogóle znały, znają i - słusznie czy niesłusznie - ale cenią. Przecież Wałęsa, Kuroń, Michnik, Geremek, no i wspomniany Balcerowicz byli i są obliczem nowej demokratycznej Polski.

Plotka, najsilniejsze z mediów, najbardziej trujący wirus, ma ich dobić w Polsce. Tylko że razem z nimi dobija wizerunek kraju, tak ciężko zbudowany prestiż Polski. Afera z "Bolkiem" to wszak zmierzch legendy "Solidarności", a kilku ministrów spraw zagranicznych oskarżonych, przy milczeniu władzy, o służbę Rosji podważa etos negocjowanego przez nich wejścia Polski do NATO czy Unii.

Najbardziej paradoksalna jest intryga mająca zwalić Balcerowicza. Oskarżanie kogokolwiek o małżeński konflikt interesów w kraju, gdzie rządzi wspólnota interesów dwóch braci bliźniaków, zakrawa już tylko na farsę.

Czemu i komu służy takie masowe wycinanie części tej polskiej elity, która, bo to się tutaj przede wszystkim liczy, wynegocjowała, "po hiszpańsku", pokojowe przejście z dyktatury w demokrację? Jak można w oparciu o archiwa obalonego reżimu wydawać dziś świadectwa dziewictwa albo winy? To tak, powiadają, jakby de Gaulle w swych decyzjach powoływał się na informacje Vichy.

Mało kto tutaj, chyba prawie nikt, się nie orientuje w rozmaitych dintojrach, jakie rozszarpują "układy", czyli solidarnościową, demokratyczną tkankę i jej legendę, która należy wszak (a może już należała) do epopei wolności połowy Europy. Nikt, albo prawie nikt, nie rozumie, że ta Niagara pomyj, która zalewa Polskę pod pretekstem wojny o prawdę, to bratobójcza wojna o władzę, w toku której jedna frakcja "Solidarności" wycina inną pod praktykowanym także w innych językach hasłem "TKM".

Narody - powiada mędrzec - tak potrzebują bohaterów jak ciasto drożdży. Kandydaci na zajęcie opróżnionych siłą plotki pomników powinni jednak pamiętać, że choć łatwo jest wskoczyć na pusty cudzy cokół, to znacznie trudniej jest zbudować swój własny piedestał. A przecież to tylko na własnym trudem i dorobkiem zbudowany piedestał przyszłość może kiedyś postawi odpowiednie popiersie. To takie - w takiej kolejności budowane pomniki mają prawdziwi bohaterowie. Takich bohaterów żaden kraj, także Polska, nigdy nie ma za dużo.

13:58, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 września 2006
W którą stronę płynie (Eu)ropa
"Rura jest. Pytanie tylko, w która stronę płynie ropa...". Ten stary dowcip kursujący z okazji otwarcia wieki temu rurociągu Przyjaźń z sowiecką ropą dla Polski mógłby służyć za motto właśnie zamkniętego XVI Forum Ekonomicznego w Krynicy. Rury, ropa, gaz i w ogóle energia oraz ryzyko uzależnienia się od dostawcy, w tym wypadku przede wszystkim Rosji, przewijały się przez większość dyskusji w ramach ponad stu seminariów z udziałem 1,5 tys. gości z kilkudziesięciu krajów.
Na pytanie "w która stronę?" i z jakim skutkiem politycznym będzie - jeżeli będzie - płynąć ropa i gaz próbowali na otwarcie Forum odpowiedzieć premierzy Ukrainy Wiktor Janukowycz i Polski - Jarosław Kaczyński. Była to w pewnym sensie symboliczna premiera.
Każdy z nich miał swój interes. Dobrze się stało, że premier Kaczyński nie przerwał tradycji otwierania przez polskiego prezydenta lub premiera Forum w Krynicy i to zawsze w dobrym towarzystwie. To nadaje rangę krynickiemu "zbiegowisku próżności", które, już bez ironii, stanowi dziś na pewno jeden z jaśniejszych i najbardziej skutecznych instrumentów polskiej polityki zagranicznej.
I dobrze się stało, że tym "dobrym towarzystwem" był premier Ukrainy, też pierwszy raz w tym charakterze w Krynicy. On także miał bowiem "swój interes". Zamiast się wikłać w ceregiele dyplomatycznego protokołu związane z oficjalną podróżą, skorzystał z nieformalnego spotkania w Krynicy, by powiedzieć ważne słowa: - Ukraina nie zmieni kursu poprzedniej władzy na integracje europejską i rozszerzenie współpracy z NATO...
Bardzo ładny program. Nawet jeżeli, jak twierdzą sceptycy, to raczej towar na eksport, i jeżeli Krynica była dla Janukowycza próba generalną przed jego delikatną pierwszą podróżą do Brukseli (polski premier mógł go w tej materii skutecznie "briefować").
Bo właśnie to, co się określa jako europejską tożsamość, stanowiło drugi zasadniczy nurt Forum. Nie wszystkim się to sformułowanie podoba. Mówiąc o "europejskości", polski premier ironicznie się uśmiechał. Nie wiemy jednak dlaczego, bowiem, niestety, nagle i na pewno z bardzo ważnych przyczyn opuścił salę, powodując masowy wyciek innych ważnych gości.
A szkoda, bo chciało się z nimi podyskutować. "Europejskość" bowiem rzeczywiście przeżywa trudny okres. W analizie tych trudności Polska figuruje na kilku pozycjach - czasem na spalonym, a czasem na aucie. Premier, gdyby został, mógłby np. odpowiedzieć na opinie dość popularne dziś na Zachodzie:

a) że to gwałtowny akces dziesiątki z "nowej Europy" z Polską na czele bez uprzedniego pogłębienia funkcjonowania "starej Europy" powoduje zastój Unii;

b) że "w imię wartości" Polska tego pogłębienia nie chce, a przecież Europa w zastoju staje się coraz bardziej egoistyczna, co osłabia Polskę, która sama sobie nie poradzi m.in. z problemem energetycznym i Rosją;

c) że część "nowej Europy" z Polską na czele skręca ostro w prawo, ociera się o populizm, a w niektórych krajach o ekstremizm. Zawiera podejrzane koalicje i odchodzi od standardów "europejskości". I że właśnie na przykładzie Polski i jej coraz gorszych stosunków z Niemcami, najważniejszym dziś państwem Unii (i jak dotąd skutecznym adwokatem polskich interesów), widać, do czego taki skręt prowadzi..
No, ale premiera już nie było. Zjawił się natomiast stały gość Forum były prezydent Aleksander Kwaśniewski. On się nigdzie nie śpieszył, uznał konieczność pogłębienia Unii i dał siebie za dowód, że "jak państwo widzą, istnieje życie po życiu". Forum po Forum istnieje także.
12:09, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 września 2006
Huragan "Katrina" obnażył słabości amerykańskiej superpotęgi
Katastrofy, powiada aforysta, to święto biednych. Przesada. Znam co najmniej dwie, po których właśnie ci najbiedniejsi nie mieli się z czego cieszyć.
26 kwietnia 1986 r. wybuchł reaktor w Czarnobylu na Ukrainie. Była to największa cywilna katastrofa jądrowa na świecie. Skażeniu uległo 100 tys. km kw. powierzchni. 20 lat po katastrofie ciągle niepełne dane mówią o dziesiątkach poległych ratowników, o 10 tys. okolicznych mieszkańcach chorych na raka. Wielokrotnie więcej żyje w jego cieniu.
Sowiecki reżim się wtedy zachwiał. Skandalicznie nieporadna akcja ratownicza zdemaskowała anachronizm systemu, jego pogardę dla doli i niedoli ludzkiej, skompromitowała aparat absolutnie niezdolny do sprostania sytuacji kryzysowej, narzuciła konieczność reform. Czarnobyl rozpoczął agonię sowietyzmu.
Drzwi do czego otworzyła "Katrina", huragan, który przed rokiem uderzył w Nowy Orlean? "Katrina" to nie jest Czarnobyl. Ale "święto biednych" tu i tam wyglądało podobnie.
Jak po 20 latach na Ukrainie, tak po roku w Ameryce ciągle nie udało się ustalić liczby ofiar katastrofy. W Luizjanie liczbę zabitych ocenia się na 1,5 tys., liczbę uchodźców rozsianych po północnej Ameryce - na setki tysięcy. To ci, którym udało się uciec. Inni, tak jak po Czarnobylu, tak i po "Katrinie", ci najbiedniejsi, tam kołchoźnicy, tutaj czarnoskórzy, nie mogli się ewakuować, nie mieli jak ani czym i nikt nie potrafił im od razu pomóc.
ZSRR i USA, dwa supermocarstwa współdecydujące o losach świata, okazały się niezdolne do sprostania katastrofie. Jasne, żadna superpotęga nie potrafi przewidzieć ani błędu ludzkiego, jak w Czarnobylu, ani potopu na skalę Orleanu (chociaż zerwanie tam groziło od dawna), ale oba mocarstwa, uzbrojone po zęby, dysponujące kolosalnym aparatem wojskowym, policyjnym, państwowym, nie potrafiły ani zmniejszyć rozmiaru szkód, ani, co w USA jest wyjątkowym skandalem, szybko i skutecznie nieść pomocy ofiarom. I tu, i tam cała struktura dowodzenia poszła w gruzy.
W ZSRR kompromitacja aparatu nie była zaskoczeniem, w 1986 r. paraliż sowietyzmu dla wielu był już ewidentny. Ale w USA?! W państwie, które przeżyło atak na Nowy Jork cztery lata przed "Katriną" i miało czas na wysnucie, właśnie w "managemencie" katastrofy, wszystkich niezbędnych wniosków? Specjalnie powołana po 11 września 2001 r. federalna agencja do sprostania sytuacjom wyjątkowo nagłym (FEMA) nie tylko nie potrafiła skutecznie zareagować, ale początkowo starała się nawet pomniejszać rozmiar klęski.
20 lat po Czarnobylu ogromne połacie ziemi są ciągle zakażone i wyludnione. Rok po "Katrinie" miasto Nowy Orlean, które liczyło prawie 500 tys. mieszkańców, nie ma ich więcej niż 250 tys., głównie czarnych i najbiedniejszych, wegetujących ciągle w ruinach i prowizorce. 70 proc. mieszkańców Orleanu to byli czarni; jedna trzecia z nich żyła poniżej progu nędzy. Teraz jest gorzej - trzeci świat w pierwszym świecie.
"Katrina" odsłoniła z większym niż kiedykolwiek okrucieństwem rozmiar biedy, nędzy i poniżenia większości Afroamerykanów, czyli po prostu czarnych, w najbogatszym kraju świata; akcja ratunkowa ujawniła ogromne wady (biurokracja, nieudolność, bałagan, korupcja) aparatu superpaństwa amerykańskiego.
W Czarnobylu wybuchł nie tylko reaktor, ale cały system sowiecki. Czy coś wybuchło w Nowym Orleanie? Tak. Wybuchła prawda, że nie wystarczy wszechpotęga, aby zapewnić ludziom szczęście. Ani u siebie, ani na świecie.
12:45, leopold.unger
Link Komentarze (4) »