RSS
środa, 26 września 2007
Lis na przystawkę
Nie mam dostępu do polskiej TV. Nie znam Tomasza Lisa. Nie znam Zygmunta Solorza. Obu spotkałem chyba tylko raz w życiu. O pierwszym wiem, że jest jednym z najbardziej popularnych polskich dziennikarzy telewizyjnych. O drugim wiem, że jest właścicielem Polsatu, jednej z polskich niepublicznych sieci TV.

Wiem także, że ten drugi zatrudniał tego pierwszego. Poglądy polityczne Lisa znam, bo czytam jego cotygodniowe kroniki w "Gazecie". Poglądów politycznych Solorza nie znałem, ale właśnie je poznałem.

Oficjalnie - Solorz odebrał Lisowi prowadzenie dziennika w Polsacie i spowodował jego odejście w ogóle, ze względów finansowych. Prywatnie - moi rozmówcy niezależnie od ich sympatii partyjnych nie mają cienia wątpliwości, że Lis został usunięty ze względów politycznych.

Stało się tak, twierdzą moi informatorzy, pod naciskiem obecnej władzy, która w perspektywie zbliżających się wyborów o wielce niepewnym wyniku postanowiła wszelkimi środkami, m.in. szantażem, "hakami" na Solorza, pozbyć się Lisa, osłabić wpływ jego bardzo, wobec rządu, krytycznych poglądów na opinię publiczną.

I to wpływ podwójny. Z jednej strony poprzez tezy, jakie głosił w najdalej sięgającym medium, to znaczy w telewizji. Z drugiej - poprzez jego kroniki w "Gazecie", które zyskiwały dodatkową siłę rażenia poprzez ostre wzmocnienie siły tekstu drukowanego najpopularniejszą twarzą na polskim małym ekranie.

Powtarzam, nie znam ani Lisa, ani Solorza. Ale znam, jak sądzę, politykę i prasę. Zawłaszczanie publicznych mediów przez partie władzy nie jest specjalnością Polski, legitymacja wpływowej formacji bardzo ułatwia wejście np. w publicznej telewizji belgijskiej. Próby politycznego nacisku na prasę i media, a zwłaszcza na telewizję, zdarzają się w każdym, nawet najbardziej demokratycznym kraju.

Ale w każdym demokratycznym kraju taki akt cenzury i gwałtu na wolności słowa jak usunięcie z telewizji z powodów politycznych, za poglądy krytyczne wobec rządu gwiazdy prezenterów czy każdego innego dziennikarza spotkałoby się z natychmiastowym protestem całej korporacji zawodowej, wszystkich mediów, z pospolitym ruszeniem sporej części inteligencji i całej opozycji.

Jeżeli moje informacje są prawdziwe, to w sprawie Lisa nie chodzi o Lisa. Chodzi o wolność słowa.

Nie bronię Lisa, on sobie poradzi. Myślę, z perspektywy Brukseli, o wolności prasy w dużym kraju Unii Europejskiej. Lis nie powinien pozostać osamotniony. Historia, m.in. historia polskiego roku 1968, uczy, że Lis, i zapewne także Solorz, będzie tylko na początek, na przystawkę.

Mam podobny epizod w moim życiorysie. Wtedy, publicznie, panowała cisza. Ale wtedy każdy protest niósł ryzyko ostrych sankcji. Dziś nie musi ani nie powinno być cicho. Nie wokół sprawy Lisa, a wokół sprawy demokracji.

Ktoś powinien wstać i - jak Geremek w sprawie lustracji - odmówić kapitulacji i powiedzieć "dość". Nie w obronie jednego dziennikarza, a w obronie wolności słowa.

Pamiętacie ostrzeżenie Niemöllera: Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem Kiedy przyszli po katolików, nie protestowałem Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było.
17:00, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 19 września 2007
Mój berliński kadysz

Zamiast cotygodniowego felietonu Leopolda Ungera

Berlińska fundacja Nowa Synagoga zaprosiła mnie na otwarcie wystawy "Gdzie jest Lwów" i poprosiła o krótkie wystąpienie z tej okazji. Oto co w obecności kilkuset osób, w zdecydowanej większości Niemców, 2 września powiedziałem po polsku w pięknie odnowionej berlińskiej synagodze.

Jestem Żydem. Żydem ze Lwowa, miasta trzech narodów: Polaków, Ukraińców i Żydów (nie licząc Ormian, Karaimów, Tatarów itd.), miasta trzech aspiracji, trzech filozofii, języków, religii i nieskończonej liczby krzyżujących się konfliktów.

Miasta, które właśnie dzięki tym sprzecznościom, na styku tylu rozmaitych kultur było wspaniałym, pulsującym terenem konfrontacji rozmaitych wizji świata, dzięki czemu Lwów był tyglem wielkich, polskich, żydowskich i europejskich osiągnięć kulturowych i cywilizacyjnych.

Tego miasta, tego Lwowa już nie ma. I już nie będzie.

Mam 85 lat, jestem więc także jednym z niewielu chyba żyjących i ciągle aktywnych niedobitków prawie 100-tys. masy lwowskich Żydów. Żydom w tym mieście nie było łatwo żyć, kampanii antysemickiej w polityce towarzyszyły bojkot ekonomiczny i rajdy nacjonalistycznych bojówek, ale właśnie ci lwowscy Żydzi wnieśli ogromny wkład do historii i kultury ziemi, na której żyli i na której umarli.

Tej społeczności także już nie ma. I także już nie będzie.

Moi rodzice urodzili się, pobrali i założyli rodzinę w Austrii, budowali byt w niepodległej Polsce, zginęli w hitlerowskich Niemczech, pochowani zostali w nieznanym grobie na sowieckiej Ukrainie. Wszystko to bez zmiany adresu przy ulicy Gródeckiej 99 we Lwowie. I kiedy pierwszy raz po wojnie znalazłem się we Lwowie, 21 sierpnia 1992 roku, na inauguracji pomnika w miejscu, gdzie była brama do getta, okazało się, że lwowski grób moich wszystkich bliskich nie istnieje. Ich zwłoki spalono, a popioły rozsiano.

Tak jak moi rodzice i mój brat, tak zginęli także rodzice i brat mojej żony, rozstrzelani na Majdanku, dokąd ich wywieziono z getta w Warszawie. Kiedy my zakładaliśmy rodzinę, nie mieliśmy więc ani rodziców, ani rodzeństwa, a nasze dzieci nie miały i od strony matki, i od strony ojca ani dziadków i babć, ani wujków czy cioć.

Tych dwóch rodzin także już nie ma. I także już nie będzie.

Ale na ich miejscu jest nowa, nasza rodzina zrodzona na prochach naszych przodków. Dlatego ta moja litania, ten mój dzisiejszy berliński kadysz, nie należy do martyrologii, a należy tak jak ta wystawa do pamięci.

Żyjemy w epoce powszechnej akcji poszukiwania i utrwalania miejsc wspólnej pamięci. Berlin jest tego najlepszym przykładem. To niezbędny czynnik budowy europejskiej tożsamości. Ta wystawa stanowi więc część wielkiego sporu między ideą wspólnej europejskiej pamięci a pamięcią, jaką ma każdy naród i każdy z nas, zależną tylko od jego własnego stosunku do przeszłości. Tej pamięci, która raczej dzieli, niż łączy, i która utrudnia zrozumienie pamięci innych.

Miejmy nadzieję, że ta wystawa potrafi w jakiejś skromnej choćby mierze ten podział przełamać i to zrozumienie upowszechnić.

I ostatnia uwaga. Mogłem do państwa dziś się zwrócić w bardziej dostępnych językach, po francusku, angielsku czy jeszcze inaczej. Wybrałem język polski. Dlaczego? Ano dlatego, że dokładnie 68 lat temu, we wrześniu roku 1939 roku, kiedy na mój Lwów padały niemieckie bomby, to w tym języku powiedziałem moim rodzicom: "Do widzenia". Widziałem ich wtedy po raz ostatni.

16:20, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 12 września 2007
O Putinie w Krynicy

Zamiast złotej polskiej jesieni była straszliwa plucha. Zamiast premiera Jarosława Kaczyńskiego - trzech, ale byłych prezydentów Polski, Portugalii i Czech. Brak VIP-ów i podła pogoda wygnały uczestników 17. Forum w Krynicy z deptaku do sal i zajęć, czyli tam, gdzie było ich miejsce.

Wszystkiego było w tym roku dużo. Uczestników - 2 tys., seminariów - w ciągu trzech dni ok. 150. Było więc w czym, choć z trudem, wybierać.

Aleksander Kwaśniewski, który jako pierwszy chyba pojął znaczenie krynickiego "targowiska próżności" (i ciągle tam bywa), uznał Forum za "dobro Polski". Patrząc inaczej, można powiedzieć, że w momencie wyjątkowo kruchej prezencji polskiej na scenie międzynarodowej Krynica, choć wciąż nie jest Davos, może uzupełniać mało atrakcyjną polską politykę zagraniczną. Jest dowodem na to, że można inaczej.

Nieobecności VIP-ów nie należy się dziwić. I polscy, i rosyjscy politycy mieli inne zmartwienia. Premier Kaczyński musiał pilnować interesu i władzy w Warszawie. W Rosji także idą wybory i tam także układane są listy kandydatów do Dumy.

To, że zabrakło rosyjskich polityków, nie znaczy, że nie było Rosjan. Po pierwsze, ich brak zrekompensowany był mocnym udziałem niepolitycznych (jeżeli ekonomia może być niepolityczna) gości biznesowych ze Wschodu. A ponieważ tematem Forum była Europa, to ich udział był wyjątkowo pożyteczny z uwagi na wielką liczbę seminariów dotyczących energii. Nikt w Krynicy nie ukrywał, że chodzi o groźbę użycia dostaw syberyjskiej ropy czy gazu jako oręża... dyplomacji. A ta sprawa może w dużym stopniu zadecydować o stosunkach Europy z Rosją.

Ale, po drugie, politycy rosyjscy byli, ale inaczej. Nie w Krynicy, ale w Nowym Sączu, na czterodniowym Forum Młodych Liderów, w pewnym sensie filii, ale niezależnej, dużego Forum, z którego zapraszano większość wykładowców. Ta znakomita inicjatywa ściąga około 200 młodych ludzi z ponad 30 krajów, od Ukrainy po Turcję, w zasadzie po studiach, już w jakimś stopniu zaangażowanych w działalność społeczną czy pozarządową.

Cel jest określony w tytule, selekcja jest intelektualnie wymagająca, ale otwarta, bez żadnych, jak się przekonałem, ideologicznych warunków wstępnych.

I rzeczywiście. Nigdy dotąd, od czasu końca "kultu", nie zdarzyło mi się wysłuchać podobnie bezwarunkowej apologii "jednostki", w tym wypadku Putina, jak w Nowym Sączu. Jeden z przyszłych rosyjskich młodych liderów wygłosił totalną pochwałę obecnego reżimu w Rosji i jej prezydenta, nie zostawiając najmniejszej szczeliny, przez którą mógłby do jego młodej duszy wsączyć się choćby cień wątpliwości co do demokracji czy jakości życia w Rosji.

Na każdą próbę krytyki młody lider rosyjski miał gotową odpowiedź, chyba po prostu aktualne credo młodego putinizmu. "Wolność - powiedział - nie karmi".

Amen. Starzy liderzy nie powiedzieliby lepiej. Ten z Sącza już nie musi jeździć na żadne Forum. On już jest liderem. Rosyjskim, młodym, ale dojrzałym.

13:20, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 września 2007
Potrzeba pamięci

 Belgijski dziennik "Le Soir" poświęcił w sierpniu sześć kolejnych stronic wojennej epopei "Sprawiedliwych wśród Narodów Świata" osobom wyróżnionym przez Izrael za wyjątkowe zasługi w ratowaniu Żydów z hitlerowskiej zagłady. W serii "Le Soir" nie zabrakło naturalnie Polaków (Irena Sendler) ani Polski, z której, jak wiemy, pochodzi największa liczba sprawiedliwych.

Wśród bohaterów "Le Soir" znalazło się kilku dyplomatów: Japończyk Sugihara Chiune, Portugalczyk Suza Mendes czy Amerykanin Varian Fry. Przypomniano także Szweda Raula Wallenberga i Niemca Georga Duckwitza.

Obecność dyplomatów, pozornie zaskakująca, w istocie nie powinna dziwić. Wojna i okrucieństwa hitlerowskie nie przeszkodziły wielu państwom neutralnym, nie mówiąc już o sojusznikach, w utrzymaniu z hitlerowskimi Niemcami normalnych albo prawie normalnych stosunków dyplomatycznych. Chronieni przez immunitet dyplomatyczny przedstawiciele tych państw dysponowali więc dość szeroką swobodą działania, mogli wydawać paszporty, wizy i inne dokumenty zdolne uratować ściganych Żydów od obozu czy, częściej, śmierci. Mogli, jeżeli chcieli. Tylko niewielu z tej swobody skorzystało...

Jasne, wśród sprawiedliwych byli nie tylko dyplomaci. Ponad 20 tys. osób ze wszystkich środowisk i z całego świata znajduje się na liście i trwa w żydowskiej pamięci. Dla wszystkich była to kwestia sumienia i odwagi. Dyplomaci mieli jednak swoją specyfikę. Aby ratować Żydów, musieli łamać nie tylko porządek hitlerowski, ale także instrukcje własnych rządów, które - jak na przykład autokratyczne Portugalia czy Japonia - formalnie odmawiały pomocy Żydom.

Wiadomo, dyplomaci w zasadzie inaczej niż np. Irena Sendler życia nie ryzykowali (choć Raul Wallenberg, który ratował Żydów węgierskich, został po wojnie zamordowany w ZSRR), ale ryzykowali niełaskę, degradację, ostracyzm socjalny, jak np. Chiune, a nawet, jak Mendes, po prostu nędzę.

Po co do tego wracać? Ano dlatego, że seria "Le Soir" prowadzi do ponadnarodowych wniosków. Po pierwsze, reakcja czytelników "Le Soir" potwierdza celowość, jeżeli nie konieczność, poruszania przez prasę tematyki historycznej.

Okazało się również, i to z dramatyczną, powiedziałbym, jasnością, że znajomość historii współczesnej jest wśród młodego pokolenia - ale nie tylko - niemiłosiernie uboga. Dlaczego? Może dlatego, że jest źle wykładana, wadliwie uczona. Ale na pewno dlatego, że się do niej systematycznie nie wraca, że jej brak w prasie i mediach w ogóle eliminuje ją z pamięci czytelników.

Jeden z nich uznał, że "historia współczesna powinna figurować wśród obowiązków prasy". Inny pytał: "Jak możecie wymagać od młodych, by byli w stanie sprostać dzisiejszym wyzwaniom, jeżeli nie znają wyzwań wczorajszych?".

Po drugie, pamięć o sprawiedliwych narzuca i uzasadnia pochwałę nieposłuszeństwa. Nie byle jakiego nieposłuszeństwa, ale takiego, które określa się jako "cywilne" czy "obywatelskie". Takiego, które znalazło się w pytaniu, jakie legło w sercu procesu w Norymberdze: Do jakiego mianowicie stopnia zasada legalizmu może górować nad zasadą sprawiedliwości?

Nieposłuszeństwa, które sprawiło, że konsul faszystowskiej Portugalii w Bordeaux postanowił "postawić nakaz sumienia ponad obowiązek urzędnika". I że konsul cesarsko-feudalnej Japonii w Kownie wyznał: "Rzeczywiście, sprzeciwiłem się cesarzowi. Ale gdybym postąpił inaczej, sprzeciwiłbym się Bogu". Albo żeby zacytować Henry'ego Dawida Thoreau, który pierwszy w XIX w. sformułował sens cywilnego nieposłuszeństwa: "Najpierw jesteśmy ludźmi, a dopiero potem poddanymi".

Wniosek: wczorajsze boje mogą i powinny inspirować boje dzisiejsze. Pod warunkiem, że je znamy...

18:09, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Rosja przegrywa w Szwajcarii

 Nareszcie w sprawie Rosja przeciw Chodorkowskiemu i Lebiediewowi, menedżerom Jukosu, sprawiedliwości stało się zadość i zapadł pierwszy praworządny wyrok. Chodorkowski i Lebiediew, którzy po farsie procesowej odbywają karę ośmiu lat łagru, na wolność jednak nie wyjdą. Praworządny wyrok zapadł bowiem nie w Rosji, lecz w Szwajcarii.

Formalnie biorąc, 17 sierpnia Trybunał Federalny, najwyższa instancja sądowa w Szwajcarii, postanowił odblokować zamrożone na wniosek władz rosyjskich wszystkie aktywa finansowe Jukosu ulokowane w szwajcarskich bankach (chodzi o jakąś resztkę, marne 250 mln dol.).

Ale trybunał wydał wyrok nie tylko w sprawie Chodorkowskiego i Lebiediewa czy pieniędzy Jukosu, ale skazał na infamię cały wymiar sprawiedliwości Federacji Rosyjskiej. I obalił mit o budowie państwa prawa w Rosji.

Po raz pierwszy w swej historii szwajcarski trybunał odmówił pomocy prawnej innemu państwu, i to z odwołaniem się do praw człowieka, uznając, że wniosek rosyjski zawiera "ryzyko zabronionych praktyk dyskryminacyjnych", jako że zmierza wyraźnie do "usunięcia przeciwników politycznych potencjalnych lub już zdeklarowanych".

Przede wszystkim jednak sąd zabronił szwajcarskiej prokuraturze udzielania jakiejkolwiek pomocy prawnej Rosji w sprawie Jukosu. Zdaniem sądu współpracę taką uniemożliwia "instrumentalizacja procesu przez miejscowe (to znaczy rosyjskie) władze", czyli polityczne podłoże zarzutów postawionych Chodorkowskiemu i Liebiediewowi, a także łamanie ich konstytucyjnych praw w toku postępowania karnego. Inaczej mówiąc, sąd dał jasno do zrozumienia, że postępowanie Kremla w sprawie Jukosu jest niezgodne z prawem w ogóle, a z międzynarodowym w szczególności.

Wyrok jest ostateczny. Może także mieć precedensowe znaczenie przy rozpatrywaniu podobnych spraw tak w Szwajcarii, jak i w innych krajach, gdzie Jukos, w Rosji już całkowicie rozgrabiony, ma jeszcze aktywa. Ponieważ sąd szwajcarski nie jest podejrzany o stronniczość, niewykluczone, że jego orzeczenie doprowadzi do powstania międzynarodowego precedensu w tej sprawie i innych podobnych sprawach. Czyli ustali zasadę ogólnej nieufności wobec rosyjskiego wymiaru sprawiedliwości. Chyba że Moskwa udowodni, iż jest inaczej...

Ten konkretny epizod nie jest ani pierwszym prawno-rosyjskim skandalem w Szwajcarii, ani pierwszym dowodem niedopasowania obecnego systemu prawnego Rosji do standardów świata demokratycznego. Wystarczy przypomnieć aferę Pawła Borodina. Ten były wiceprzewodniczący administracji prezydenckiej został aresztowany w 2001 r. w Genewie pod zarzutem korupcji (drobiazg: 25 mln dol. od szwajcarskich firm odnawiających Kreml). Wypuszczony został za kaucją 5 mln franków szwajcarskich przysłaną z kasy Kremla w ciągu 24 godzin specjalnym samolotem. Drogo, ale widocznie się opłacało. Borodina już więcej w Genewie nie widziano.

Kompromitacją skończyła się także próba "odzyskania" przez Moskwę Borysa Bierezowskiego, byłego oligarchy rosyjskiego (ale ciągle miliardera), który pławi się w złotym azylu politycznym w Londynie. Jednak procedura ekstradycyjna wszczęta przez Moskwę była prawnie tak kulawa, a jej motywacja tak wyraźnie polityczna (historia się może powtórzy w związku z zabójstwem Politkowskiej), że władze brytyjskie, choć o Bierezowskim nie mają najlepszej opinii, wniosek rosyjski musiały oddalić.

W Warszawie nie trzeba się nad tym rozwodzić. Polska zawstydzająca próba "lustracji" banków szwajcarskich w poszukiwaniu tajnych kont rozmaitych przeciwników obecnego rządu dowodzi, że manipulacje prawne nie są wyłącznością rosyjską.

Sprawiedliwość (prawo także) to bardzo cenna rzecz. Dlatego czasem dużo kosztuje.

18:03, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »