RSS
środa, 10 września 2008
Doktryna Miedwiediewa

"Yalta, c'est fini!" (Jałty już nie ma!) - ten prawie okrzyk prezydenta Sarkozy'ego po zakończeniu "gruzińskiego" szczytu w Brukseli pozostanie w kronikach dyplomatycznych obok "Zmarnowaliście okazję do milczenia" jego poprzednika Chiraca lub, bardziej swojskiego, "Yes, yes, yes" byłego premiera Marcinkiewicza.

Jałta, wiadomo. Panowie Churchill i Roosevelt musieli uznać fakt dokonany przez pana Stalina, którego wojska właśnie w toku konferencji kończyły zajmować połowę Europy. Stalin przyznał wtedy, że komunizm pasuje do Polski jak siodło do krowy (miał rację), po czym go jednak, nie tylko Polsce, na 40 lat narzucił.

W tym sensie, Jałta, rzeczywiście "c'est fini". Sowietów i komunizmu w Europie nie ma.

Ale Rosja jest. I to jak jeszcze! I choć dobrze, że Sarkozy przypomniał Jałtę, której już nie ma, to powinien wiedzieć, że jej idee ciągle są i się błąkają, np. po "doktrynie Miedwiediewa" (nie mylić, choć można by, z "doktryną Breżniewa").

Ta nowa głosi bardzo stanowczo "uprzywilejowane interesy" Rosji w sąsiadujących z nią regionach, przy czym "ochrona życia i godności naszych rodaków" stanowić będzie niewątpliwy priorytet jego (Rosji) polityki zagranicznej.

Dlatego zastanawiam się, czy akurat Jałta była najlepszym punktem odniesienia, po jaki mógł sięgnąć Sarkozy przy okazji gruzińskiej awantury. Oczywiście, "comparaison n'est pas raison", porównanie nie przesądza prawdy. Czy jednak, z tej właśnie okazji Sarkozy nie powinien był ogłosić "c'est fini" w odniesieniu nie tylko do Jałty, ale także do dwóch innych wydarzeń, zwłaszcza że zbliżają się ich rocznice?

Chodzi o Monachium i sprawę Sudetów we wrześniu 1938 r. oraz o czwarty rozbiór Polski też we wrześniu, ale 1939. W pierwszym wypadku rząd w Pradze zmuszony został pod naciskiem Francji i Wielkiej Brytanii do odstąpienia Hitlerowi najpierw Sudetów, a potem całego suwerennego państwa czechosłowackiego. W drugim wypadku na mocy tajnych klauzul układu Stalina z Hitlerem z sierpnia 1939 r. Polska, 1 września najechana przez III Rzeszę, została 17 dni później dobita przez Armię Czerwoną. Stalin podzielił się Polską z Hitlerem, co dało okazję do wspólnej defilady w Brześciu nad Bugiem i okazało się wstępem do II wojny światowej.

Powtarzam, Europa 2008 to nie Europa 1938, samo porównanie czy zbieżność dat nie świadczy o niczym. Ale daje do myślenia. Jeszcze kilka dni temu nikt właściwie nie wiedział, co to jest i gdzie leży Osetia, nie mówiąc już o jakiejkolwiek perspektywie "umierania" za Cchinwali. W 1938 r. rząd brytyjski nie widział powodu do wojny o "jakiś oddalony kraj, o którym nic nie wiemy", a rok później pytano z ironią, dlaczego ktoś miałby "umierać za Gdańsk". W obu wypadkach strona zaatakowana milczała: Czechów i Słowaków nie było na konferencji w Monachium, a Polaków nikt nie pytał o zdanie. Natomiast strona atakująca, czyli Hitler i Stalin, przemawiała. Powoływali się obaj mianowicie, w imię, naturalnie, obrony pokoju i praw człowieka, na to samo, co głosi Miedwiediew. Uzasadniali swoje roszczenia i czyny koniecznością obrony życia i godności rodaków, Niemców w Sudetach, Ukraińców i Białorusinów w Polsce.

Historia, wiadomo, się nie powtarza. Ale warto ją znać.
 

13:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2008
Sycylijczycy nie chcą żadnych zmian

Sycylia, napisał Goethe (na pewno w czasie wakacji), to klucz do Włoch, a Włochy, ale to już nie Goethe, choć to także pisane na wakacjach, to klucz do Europy. I do mitu absolutnego szczęścia.

Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zrozumieć, dlaczego nie znając Goethego, uchodźcy z nędzy Afryki są nieraz za cenę życia zdecydowani szukać nirwany we Włoszech. Kierują się ku Sycylii, a ich pierwszym krokiem na lądzie jest, jeżeli dotrą tam żywi, jedna z wysepek archipelagu pelagijskiego o nazwie Lampedusa. Bliższa brzegom Afryki niż Italii.

Otóż cytowany aforyzm Goethego jest niekompletny. Dodać bowiem należy, że jeżeli Sycylia jest kluczem do Włoch, to istnieje także klucz do Sycylii. Tym kluczem jest Lampedusa. Ale nie wyspa, lecz powieść.

Autorem "Lamparta" (włoski tytuł: "Il Gattopardo") jest Giuseppe Tomasi di Lampedusa (urodzony 23 grudnia 1896 r., zmarł w Rzymie 23 lipca 1957 r.), książę Parmy i książę Lampedusy. "Lampart" to wspaniale napisana kronika powolnej, ale nieodwracalnej agonii całej formacji i epoki historycznej, jest lepiej zresztą znana, jak zwykle bywa, z udanej adaptacji filmowej w reżyserii Viscontiego z Burtem Lancasterem (fascynujący w roli Lampedusy), Alainem Delonem no i Claudią Cardinale.

"Lampart" długo nie mógł znaleźć wydawcy i w końcu powieść wydał Feltrinelli (on także wydał "Doktora Żywago", przemyconą z ZSRR powieść Borysa Pasternaka). I miał rację, bo "Lampart" bardzo szybko stał się największym włoskim bestsellerem XX w. Kilkadziesiąt wydań, ponad trzy miliony egzemplarzy nakładu. Niestety, autor tego nie doczekał. Zmarł w 1957 r., rok przed pierwszym zwycięskim skokiem "Lamparta" na półki księgarń.

Z okazji 50-lecia pierwszego wydania amerykański wydawca postanowił wznowić "Lamparta" w nowym tłumaczeniu. Powieść i film, które specjalnie na nowo obejrzałem i teraz na wakacjach, prawie na miejscu, bo we Włoszech przeczytałem, nie mają ani jednej zmarszczki.

Każda epoka, napisał Johan Huizinga, zostawia więcej śladów swoich cierpień niż swojego szczęścia i to mimo że - dodajmy - każda z nich schodziła ze sceny historii w inny sposób.

Wszystkie miały swoich kronikarzy, historyków i pisarzy, a czasem bajkopisarzy. Ale rzadko która doczekała się tak precyzyjnego, a zarazem tak subtelnego i tak literacko znakomitego " świadectwa zgonu", co ów upalny feudalizm zakonserwowany w sarkofagu z suchego piasku małej sycylijskiej wysepki.

Wszystkie więdnące formacje mogłyby swoje literackie kroniki, jeżeli takie mają, zamknąć sceną, w której młoda republika proponuje magnatowi odchodzącej epoki miejsce senatora w demokratycznym parlamencie. "Lampart" odmawia i radzi, aby miejsce senatora zaproponować nie jemu, ale don Sedara, burmistrzowi, parweniuszowi, wzbogaconemu chłopu. "On - powiada Giuseppe Tomasi, książę Parmy, książę Lampedusy - nie ma blasku, on ma siłę".

"Lampart", w istocie sam autor, jest świadkiem i kronikarzem upadku własnej klasy i jej epoki. Nie ma pod tym względem żadnych złudzeń. Kiedy jego bratanek Tancredi, oficer Garibaldiego i zwiastun narodzin demokratycznej republiki włoskiej właśnie zaręczony (gigantyczny mezalians) ze śliczną Angeliką, córką don Sedara, przekonuje go, że "jeżeli chcesz, aby nic się nie zmieniło, to musisz zmienić wszystko", don Fabrizio odpowiada: "Sycylijczycy nie chcą żadnych zmian, uważają bowiem, że są doskonali Ich pycha jest silniejsza od ich nieszczęść ".

Tylko Sycylijczycy?
 

13:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
1968 w 2008

Kiedy Francuzi mówią o winie, a mówią często, rok jakościowo wyjątkowy określają mianem "millésime". Otóż rok 1968 był "millésime", choć nie ze względu na wino, lecz historię. Trzy wielkie wydarzenia, a więc kolejno polski Marzec, francuski Maj i naturalnie Praska Wiosna, obchodziły albo powinny były obchodzić w tym roku 40-lecie.

Z nielicznymi wyjątkami zachodnia prasa, coraz mniej czuła na historyczne wspomnienia, raczej niesprawiedliwie potraktowała te rocznice.

Polski Marzec '68, ten brutalnie złamany bunt młodzieży przeciw dyktaturze i dławieniu kultury, naprawdę przywołany został tylko w Polsce. Zagranica z minimalnymi wyjątkami milczała, chyba że ktoś gdzieś przypomniał jego antysemicki aspekt. Śmierć Praskiej Wiosny została potraktowana z większym i już widocznym szacunkiem. Ale tylko niektórzy, ci, którzy rozumieli prawdziwą lekcję Wiosny, pisali o niej obszernie nie tylko wspomnieniowo, ale także, jakże słusznie, w zestawieniu z gruzińskim - i, jak wówczas, bezkarnym - epizodem imperialnej polityki rosyjskiej.

Jedyne naprawdę wielkie święto miał francuski Maj. Celebracje, aż do przesytu, miały nas przekonać o decydującym znaczeniu Maja dla przyszłości Europy. Pewien uczony politolog oznajmił: - Maj (paryski) to rewolucja, która zmieniła chyba na zawsze oblicze Europy.

Nie ma zgody. Skromny polski Marzec i lepiej znana czechosłowacka Wiosna, wykazujące beznadzieję wszelkiej próby nadania sowietyzmowi ludzkiej twarzy, przyczyniły się w znacznie większym stopniu do zmiany oblicza Europy niż spektakularne barykady w Paryżu. Prawda, że są podobieństwa: ten sam rok, inteligenckie źródła buntu, nieufność wobec państwa, poszukiwanie innego modelu społeczeństwa. Ale tu się kończą podobieństwa, a zaczynają schody.

Polityczne cele buntu w Europie Środkowej były sprzeczne z hasłami francuskiego (i zachodniego) Maja.

Polacy, Czesi i Słowacy, bogaci w doświadczenie długich lat przemocy, niedostatku i wyrzeczeń, nie widzieli niczego złego w idei społeczeństwa konsumpcyjnego czy wolności burżuazyjnych, tak ostro zwalczanych przez młodych Francuzów. Dla Francuzów imperialistą były USA, a kolonializm nazywał się Wspólny Rynek. Dla tych za murem jednocząca się Europa była synonimem dobrobytu i wolności, a imperializm był sowiecki. Kiedy w wojnie z burżuazją francuscy studenci szukali ideowych inspiracji w obłąkanych pomysłach maoizmu, trockizmu czy gewaryzmu, a w najlepszym razie w odstalinizowanym marksizmie, ci na Wschodzie już wiedzieli najważniejsze: że sowietyzm jest niereformowalny, że dyktatura i wolność pogodzić się nie dadzą.

Kilka lat po Wiośnie Rudi Dutschke, słynny ongiś przywódca zbuntowanych studentów niemieckich, przyznał: - Naprawdę ważne wydarzenia roku 1968 działy się w Pradze, a nie w Paryżu. To w Pradze sowieckie czołgi rozjechały resztki twarzy ZSRR i komunistycznej mgły na Zachodzie.

A Leszek Kołakowski mógł wtedy ogłosić śmierć kliniczną marksizmu w Europie. Jak na dwa, każdy w innej skali, przegrane bunty przeciw dyktaturze to nie jest zły bilans. Tylko że 40 lat potem niektórzy ciągle tego nie rozumieją.
 

13:14, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »