RSS
wtorek, 26 października 2004
Google i głupota
Postępu zatrzymać się nie da, powiadają. Głupoty także nie. John Martinkus wniósł do tej podwójnej prawdy dowód najwyższej jakości.
Martinkusowi, wolnemu strzelcowi z Australii, który pojechał do Iraku na reportaż, udał się ogólnoświatowy pozornie scoop. Został mianowicie, jak trzeba, porwany w Bagdadzie przez jedną z grup patriotycznych islamistów, spędził wśród nich w ubiegły weekend dwadzieścia godzin i uszedł z życiem. Pytanie się narzuca, jakim cudem Martinkus, o którego mało kto się upominał, uratował głowę, a dwaj francuscy dziennikarze siedzą ciągle w łapach innej islamistycznej maści porywaczy już dwa miesiące i nie mogą wyjść, chociaż cała Francja od lewa do prawa oraz cały islam od meczetu w Paryżu po Hamas w Gazie się o nich upomina?
Otóż chodzi właśnie o postęp, ten, któremu Martinkus zawdzięcza życie.
Martinkus mianowicie opowiada, że uratowała mu życie wyszukiwarka internetowa Google. W jaki sposób? Prosty. Kiedy Martinkus siedział w ciupie, czekając, aż ktoś w kominiarce poderżnie mu gardło przed kamerą, porywacze postanowili sprawdzić w internecie, kto naprawdę zacz ich chwilowy gość. I kiedy za pomocą Google'a sprawdzili, to się okazało, że Martinkus jest rzeczywiście dziennikarskim wolnym strzelcem i nie tylko nie pozostaje w najemnej służbie żadnego z mediów wrażych islamowi, ale napisał nawet kilka książek raczej godnych islamistycznej rekomendacji, m.in. o wschodnim Timorze i o życiu w Iraku przed obaleniem Saddama.
Tyle byłoby o życiodajnym postępie. Teraz będzie o zwyczajnej głupocie. Tenże Martinkus tak się przejął swym internetowym uwolnieniem, że zaczął bronić porywaczy. "Ci faceci prowadzą wojnę, ale to nie idioci ani dzikusy - powiada Martinkus. - Oni nie zabijają ot tak sobie. Oni myślą, rozmawiają z tobą". To nie wszystko. Euforia zaprowadziła Martinkusa znacznie dalej. "Z ich [porywaczy] punktu widzenia, tłumaczy nam John rodem z Google'a, istniały powody do zamordowania Bigleya [Anglika] i dwóch Amerykanów [trójka zakładników niedawno zdekapitowanych na wizji przez "tych facetów, co myślą i rozmawiają"]. Nie mieli natomiast powodów, aby mnie zabić, jako że udało mi się ich przekonać, że nic mnie nie łączy z siłami koalicji".
Historia zna różnych zakładników i różnych porywaczy. Kiedyś było to nawet w modzie i na przykład na dworze tureckiego sułtana zakładnikom, którzy wcale nie musieli być w tym celu porwani, a przyjeżdżali z inicjatywy nieraz własnego ojca i nieraz z wielkich rodów, a nawet suwerenów, żyło się bardzo komfortowo. Nie wiem, jak to nazwać, ale powiedzmy, że był to syndrom otomański. Znamy też historię zakładników wziętych przez ustaszów, skrajnych nacjonalistów chorwackich w ambasadzie serbskiej w Szwecji. Tak się ze sobą zakładnicy i porywacze zaprzyjaźnili, że prawie nie chcieli się rozstać. To się do dziś określa jako syndrom sztokholmski.
A jak nazwać oświadczenie Martinkusa? Jaki to może być syndrom? W każdym razie jego scoop, to już jasne, nie polega na tym, że uszedł z życiem z rąk porywaczy, wyposażonych i używających zarówno komputerów, jak i rzeźnickich noży, lecz na tym, że jest autorem najgłupszej i najbardziej nieodpowiedzialnej zachodniej oceny zjawiska porywania i zabijania ludzi w Iraku. Martinkus twierdzi, że porywacze z Google'em to nie idioci. Być może. O Martinkusie tego powiedzieć się nie da.
17:44, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 października 2004
Tak wita Pekin
Pierwszy był lord McCartney. Pojechał do Chin z końcem XVIII w. i prawie zniweczył szanse na pomyślny układ handlowy. Nikt go bowiem nie uprzedził, że interesy w Państwie Środka zacząć się muszą od pokłonu czołem do ziemi przed cesarzem.
Francuski prezydent Chirac pojechał do Pekinu w XXI w. przekonany, że rozwój Chin "to szansa dla rozwoju Francji", i wiedząc, że aby ubić interes z Chinami, trzeba się kłaniać. Nadzwyczajnie mu się to udało. Pokłonów bić nie musiał, pochwały, myślał, wystarczą. Chiny, mówił więc Chirac, "powinny zająć należne im ogromne miejsce na scenie światowej"; Francja wykazuje "całkowite zrozumienie" dla stanowiska Pekinu wobec Tajwanu; embargo Unii Europejskiej na dostawy broni do Chin to "niczym nie uzasadniony anachronizm". I dyskretnie nie pisnął słowa o prawach człowieka, o Tybecie, o Ujgurach, gdzie ta broń może być potrzebna.
Prezydent Chirac będzie chyba jednak musiał wrócić do pokłonów, wymuszona euforia nie mogła bowiem ukryć tego, że wielkich interesów Francja w Pekinie nie zrobiła: ani nie sprzedała najnowszego samolotu pasażerskiego Airbusa A-380, ani ultraszybkiej kolei, ani reaktora atomowego. Chirac musiał być mocno rozczarowany. I musiał pogodzić się z rzeczywistością: Francja nie ma nafty.
Ledwo chińskie drzwi zamknęły się za Chirakiem, a już w nich stanął prezydent Putin. Ten pokłonów nie potrzebował, to jemu kłaniali się Chińczycy. Putin broni dostarcza, a ponadto ma naftę. Jeżeli Chiny zechcą utrzymać wysokie tempo wzrostu, a na pewno zechcą, to w 2005 r. przypadnie na nie ponad 9 proc. światowego zużycia ropy. Pekin liczył więc na Moskwę, na bezpośrednie podłączenie Chin do rosyjskich surowców, na budowę rurociągu między miastem Angarsk i złożami ropy na Syberii a miastem Daqing w północno-wschodnich Chinach. I się pomylił. Rosja, jak szczerze powiedział Putin, "musi dbać o swoje interesy". Zgodnie z nimi rurociąg owszem będzie, ale pójdzie, omijając Chiny, do Nachodki nad Pacyfikiem, w kierunku Japonii i Korei Północnej.
Są powody takiego wyboru. Ekonomiczne - Japończycy mają więcej pieniędzy, i strategiczne - pokojowa inwazja Chińczyków na rosyjską Syberię już stanowi problem, "rura" jeszcze by go zaostrzyła. Choć rzeczowych argumentów nie brak, Putin poszedł dalej: okazał się niewdzięczny. Chińczycy mianowicie zaczęli od gestu: podpisali układ o ostatecznym wytyczeniu rosyjsko-chińskiej granicy wzdłuż rzeki Ussuri. "Czekamy na rewanż" - powiedzieli. Ale się nie doczekali.
A przecież starsi wiekiem wiedzą, że chodzi o nie lada ustępstwo ze strony Chin. Ussuri bowiem to zarówno wielki rozdział historii, jak i wielki symbol. W latach sześćdziesiątych XX wieku doszło wzdłuż Ussuri do tak krwawych starć chińsko-radzieckich i takiego napięcia, że świat poczuł widmo wojny nuklearnej. Nic dziwnego: Ussuri to symbol tego, co Chińczycy do dziś uważają za "niesprawiedliwe traktaty" wymuszone przez carów, na mocy których Rosja odkroiła (po plasterku, jak salami) ponad 800 tys. km kw. terytorium chińskiego. Między Pacyfikiem a Ussuri właśnie.
Putin nie krył zadowolenia. "Postawiono, powiedział, kropkę nad i w kwestii problemu granicznego, którego rozwiązanie zajęło 40 lat". Mao byłby mniej zadowolony. Wielokrotnie w ciągu tych lat przypominał o krzywdzie "niesprawiedliwych traktatów". Jego spadkobiercy gotowi są rozpuścić je w ropie. Z tym że w razie czego potrafią "kropkę nad i" zwyczajnie wymazać.
15:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 października 2004
Kogo ben Laden szukał w Tabie
Była jesień 2000 r. i wakacje w Turcji. Na plaży tuż obok kilkunastoosobowa grupa Izraelczyków.
- Nie rozumiem, zahaczyłem jednego, czego tu szukacie: To samo słońce co u was, ten sam piasek, to samo morze.
- Tak, odpowiedział, ale strach nie ten sam.
Dwa lata później wyleciał w powietrze hotel z Izraelczykami w Kenii. Tam też strach był inny. Teraz, grzebiąc Izraelczyków, poszedł w gruzy Hilton w Taba. I tam też strach był inny. Izraelczycy, to jasne, chcą żyć jak normalni ludzie. Ale Izraelczycy powinni już wiedzieć, że zwłaszcza w grupie nie są nigdzie bezpieczni. Względnie bezpieczni są tylko w domu.
To jednak jest uboczny aspekt kolejnej próby "przejścia" Izraelczyków przez Morze Czerwone. Interpretowanie zamachu w Taba jako terroru w obronie Palestyńczyków to nieporozumienie. Al Kaida ma w nosie ich los. Jaką korzyść poza schadenfreude odnieśli Arabowie z ataku na wieżowce w Nowym Jorku, ze śmierci turystów w dyskotece na Bali, w synagodze w Tunisie czy w pociągu w Madrycie? Zbieg okoliczności, widoczna w masie obecność Izraelczyków, nieudolna ochrona, a także "koprodukcja", to znaczy arsenał, transport i wspólnicy na miejscu, sprawił, że w Taba za "tę samą cenę" al Kaida mogła zamordować także kilkunastu Żydów. Ale i bez Żydów do tego zamachu by doszło. Terroryści mierzyli w inny, ważniejszy cel. Dwustopniowy.
Pierwszy stopień to Hilton w Egipcie, państwie, które jako pierwszy kraj arabski odważyło się podpisać traktat pokojowy z Izraelem i utrzymywać bliskie stosunki z USA, korzystać z ich wojskowej pomocy (i ochrony), uzależnić od trującego turystycznego zalewu z Zachodu. Egipt już raz, po zamachu w Luksorze w 1997, stanął w obliczu turystycznego bojkotu i gospodarczej ruiny. Teraz da capo.
Drugi stopień to państwa muzułmańskie w ogóle, te zwłaszcza (a więc właściwie wszystkie), które są w jakimś kontakcie ze światem tego, co się określa jako wartości zachodnie. Fanatycy z al Kaidy mordują na dwa fronty. Pierwszy jest ważny, ale nie najważniejszy - wszelkiej maści "niewierni" z Żydami na czele. Jednak absolutnym celem terroru al Kaidy są państwa muzułmańskie (np. Turcja, Maroko, Arabia Saudyjska), które zdradziły Allaha, otwierając świętą ziemię islamu przed obcymi. Wojna al Kaidy to więc przede wszystkim muzułmańska wojna domowa, wojna prawdziwych wiernych z heretykami. Czy nie wystarczy przykład Iraku, gdzie w walce o przyszłą władzę w cieniu wojny z Amerykanami już zaczynają się mordować sunnici i szyici. Albo przykład Indii i Pakistanu, gdzie wylatują regularnie w powietrze meczety, kolejno - tu sunnickie, a tam szyickie? Żydzi w liturgii al Kaidy powinni naturalnie zniknąć z powierzchni ziemi. Ben Laden patrzy jednak dalej, nie ukrywa, że jego absolutnym celem jest światowy teokratyczny kalifat, do którego droga prowadzi przez odcinane głów żydowskich, amerykańskich, zachodnich w ogóle, przez zgliszcza Manhattanu i Madrytu, ale przede wszystkim przez gruzy naftowej dynastii saudyjskiej, prozachodnich muzułmańskich dyktatur (Pakistan i jego bomba atomowa) i innych oligarchii rządzonych przez apostatów.
Izraelczycy naturalnie nie powinni ułatwiać ben Ladenowi tej wojny i nie powinni w stadach wylegiwać się na egipskich czy kenijskich plażach. Ale to nie tylko ich ben Laden szukał w Taba. Szukał "krzyżowców". To znaczy nas wszystkich.
15:17, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 października 2004
Zakładnicy i agenci
James Bond to bardzo tajny agent, którego wszyscy znają. Didier Julia, najstarszy stażem, dziesięciokrotnie wybierany poseł z partii Chiraca do parlamentu francuskiego, jest także bardzo tajnym agentem, którego wszyscy znają. Z czego znają?
Z pośrednictwa w najrozmaitszych machlojkach francusko-arabskich, z przewodniczenia tuzinowi stowarzyszeń "przyjaźni" z Bagdadem, z bliskich stosunków z Saddamem Husajnem, z kampanii przeciwko sankcjom na Irak po najeździe na Kuwejt, z zaufanych kontaktów z partią Baas rządzącą do niedawna w Iraku i dziś jeszcze w Syrii.
Poseł Julia, w towarzystwie Filipa Bretta, też tajnego agenta w rejonie nafty arabskiej, którego wszyscy znają z działalności w skrajnie prawicowym Froncie Narodowym Le Pena, wszczął, nie uprzedzając nikogo, tajną naturalnie (choć ją wszyscy znali), operację zmierzającą do uwolnienia więzionych od miesięcy dwóch dziennikarzy francuskich - Malbrunota i Chesnota - oraz ich syryjskiego szofera. Osoby "tajnych agentów" wzbudzały zastrzeżenia, ale nikt ("trzeba próbować wszystkiego") nie odważył się otwarcie skontrować ich akcji, jako że wszystkie wysiłki oficjalnej dyplomacji francuskiej wspomaganej przez jej proarabską reputację, a nawet takie wątpliwej jakości organizacje jak Hamas czy Hezbollah, kończyły się całkowitą, zwłaszcza na tle euforii we Włoszech, klapą.
Po kilku dniach potwierdziły się najgorsze przewidywania - "operacja" Julia-Brett popsuła kontakty agentów rządu francuskiego z porywaczami, opóźniła (w najlepszej hipotezie) uwolnienie zakładników. Prasa francuska licytuje się w przymiotnikach, wśród których "skandal" i "oszustwo" należą do najłagodniejszych.
Cały epizod stanowiłby scenariusz bardzo śmiesznej farsy. Tu jednak nie chodzi o sztukę, tu chodzi o życie trojga ludzi znajdujących od sierpnia w rękach morderców, dramat, w który rząd i naród francuski zaangażowali cały swój autorytet. Co mogło spowodować, bo dziś już tylko to jest interesujące, że francuski poseł postanowił świadomie kłamać i kluczyć, ośmieszyć rząd francuski, a przede wszystkim cynicznie grać życiem dwóch francuskich dziennikarzy? Dwa, na razie (do końca daleko), elementy są już jasne. Po pierwsze, szmal. Pan Julia, wszak poseł z immunitetem , pośredniczył od dawna w rozmaitych brudnych interesach w Iraku, bywał w Bagdadzie z Saddamem i bez niego. Tym razem poruszał się między Paryżem a Damaszkiem i Amannem za pieniądze i na pokładzie samolotu... prezydenta suwerennego państwa Wybrzeża Kości Słoniowej pana Laurent Gbagbo w towarzystwie handlarzy bronią, dostawców panów Gbagbo i Saddama, a teraz można się domyślać czyich
Po drugie, polityka. Jeżeli bowiem dobrze poskrobać pana posła Julia, okaże się, że obok szmalu występuje także, a może przede wszystkim, manipulacja. Syria chciała zapewne się odegrać na Francji za poparcie Chiraca dla postulatu ewakuacji okupacyjnych wojsk syryjskich z Libanu. Ale to detal. Naprawdę chodzi o USA. Jak bowiem pan poseł Julia tłumaczy fiasko "operacji ratunkowej"? Jasne. To Amerykanie specjalnie ostrzelali konwój z zakładnikami, aby storpedować ich uwolnienie. Kłamstwo? Naturalnie, ale pożyteczne - jeszcze bardziej pogorszy stosunki Francji z Waszyngtonem. Kim jest Julia, już wiemy. Pytanie: kim jest Romeo?
17:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »