RSS
poniedziałek, 24 października 2005
Nowa bajka o kopciuszkach
Bajka o Kopciuszku ma, według Kopalińskiego, około 700 wersji. Po starej przyjaźni chcę mu zaproponować dwie nowe. Pierwszy kopciuszek nazywa się Salome Zurabiszwili. Była najpierw ambasadorem Francji w Tbilisi, potem ozdobą różanej rewolucji i wreszcie "wypożyczonym" przez prezydenta Chiraca ministrem spraw zagranicznych Gruzji, kraju jej przodków. Drugi kopciuszek nazywa się Julia Tymoszenko. Była najpierw bizneswoman w Kijowie, a potem Passionarią pomarańczowej rewolucji i wreszcie premierem Ukrainy.
Były to bardzo nietypowe kopciuszki. Ten oryginalny to była sierotka prześladowana przez macochę i jej brzydkie córki, żyła w nędzy i poniżeniu, z czego, dzięki umiejętnie zgubionemu pantofelkowi, wyzwolił ją, w happy endzie, królewicz przysłany przez sprytną wróżkę.
Otóż poza urodą i błyskotliwą karierą panie Zurabiszwili i Tymoszenko z oryginałem mają niewiele wspólnego. Obie są zamożne, nie były prześladowane, nie musiały niczego gubić, aby zjawił się królewicz, a nawet dwaj królewicze: prezydenci Gruzji - Saakaszwili - i Ukrainy - Juszczenko. Przede wszystkim jednak od oryginału różni je koniec bajki. Nie ma happy endu. Od obu królewicze się odwrócili, usunęli z bajki, odesłali do rzeczywistości. Czy oba byłe kopciuszki mają coś ze sobą wspólnego? Mają.
Obie panie działały nie w bajce, tylko w rewolucji w Gruzji i na Ukrainie. Obie zgłosiły gotowość pomocy w budowie demokracji, zaangażowały się w imponujący, masowy ruch odnowy skupiony wokół dwóch charyzmatycznych królewiczów, przepraszam, prezydentów. I obie przegrały.
Dlaczego? Oto jest pytanie Wersje oficjalne - niezgodność charakteru, nieprawidłowe decyzje kadrowe czy niewłaściwa realizacja decyzji prezydenckich - są niepoważne. Gdyby tak było, to oba kopciuszki wróciłyby do swych ulubionych zajęć, pani Zurabiszwili do dyplomacji francuskiej, a pani Tymoszenko do biznesu ukraińskiego. A tymczasem kopciuszki przeszły do politycznej opozycji wobec królewiczów. Tego w bajce nie było. Jak to wytłumaczyć?
Może kolorowe rewolucje nie lubią kobiet? Może królewicze szukali nie wdzięku i urody, lecz posłuszeństwa i zamykania oczu i uszu w odpowiednich momentach?
W każdym razie warto odnotować, że oba kopciuszki gubią nie pantofelki, tylko posady w dwóch krajach, które były źródłem ogromnych nadziei w całym obozie postsowieckim z Rosją na czele, gdzie doszło do rewolucji pod hasłami walki z korupcją i nadużyciami, o co właśnie obie panie ostro się upominały, że i Gruzja, i Ukraina nie kryły, wprost przeciwnie, swych aspiracji możliwie najszybszego dochodzenia do standardów europejskich. I że oba te kraje miały podobnie napięte stosunki z Rosją, która od zawsze miała u nich poważne, ale od niedawna malejące wpływy i która, poprzez szantaż gazowy, stara się te wpływy odzyskać, a nawet wzmocnić. Obie panie wyłączyły, co prawda, swoich prezydentów z kręgu najbardziej podejrzanych, ale uznały, że reformy w ich krajach się cofają, że ich dymisje były w istocie przejawem konwulsji pozostałości starego systemu w najwyższych kręgach władzy i że jeżeli ich rewolucje padną, to znaczy, iż nie mają żadnej szansy nigdzie indziej w byłym imperium.
Inaczej mówiąc, oficjalne wersje o odejściu z rządu pań Zurabiszwili i Tymoszenko można włożyć między bajki. Ale nie tych siedmiuset o Kopciuszku.
Warto natomiast się zastanowić, jak funkcjonują wróżki.
17:37, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
czwartek, 20 października 2005
Dyplomacja katastrof
Śmierć, powiadają, zamyka oczy nieboszczykom i otwiera oczy żywym. Nie zawsze, ale jednak Grekom np. otworzyła. Kiedy w 1999 r. trzęsienie ziemi spustoszyło turecką Anatolię, Grecja, która jeszcze niedawno groziła Turcji wojną o jakieś wysepki na Morzu Śródziemnym, ofiarowała pomoc w ludziach i sprzęcie. Kiedy kilka tygodni później ziemia zatrzęsła się w Grecji, Turcja mogła się zrewanżować. Nie ma dziś między Turkami i Grekami głębokiej przyjaźni, ale - poza futbolem - jest spokój i pokój.
W Indonezji także w grudniu zeszłego roku śmierć niesiona przez tsunami zamknęła oczy setkom tysięcy ludzi, ale po dziesięcioleciach nieszczęść otworzyła je rządowi w Dżakarcie i rebeliantom w prowincji Aceh. Tam na razie pokój trwa.
Dziś pytanie dotyczy Kaszmiru i brzmi: czy tragedia, którą wywołało trzęsienie ziemi, otworzy oczy politykom pakistańskim i hinduskim? Oba te państwa prowadziły już ze sobą trzy wojny i ciągle mordują swoich synów w podzielonym Kaszmirze w najwyższym i najruchliwszym chyba konflikcie zbrojnym na świecie. Najwyższym dosłownie, bo w Himalajach. Najruchliwszym, znowu dosłownie, bo Kaszmir leży w regionie, gdzie ścierają się najbardziej aktywne płyty tektoniczne.
Wojna o Kaszmir trwa właściwie od rozpadu kraju na Indie i Pakistan w 1947 r. Zbrojne muzułmańskie bojówki z Pakistanu weszły do akcji w 1989 r. albo pod hasłem zjednoczenia całego Kaszmiru w Pakistanie, albo pod sztandarem niepodległego państwa w Kaszmirze. W ciągu 16 lat konflikt pochłonął blisko 40 tys. ofiar. Bilans trzęsienia ziemi dojdzie chyba do mniej więcej podobnej liczby ofiar.
Indie, może za skromnie, ale to początek, zaproponowały Pakistanowi pomoc. Pakistan przyjął, choć ostrożnie, bo np. hinduskich helikopterów nie wpuścił. Bojówki muzułmańskie w pakistańskim Kaszmirze ogłosiły zawieszenie zamachów antyhinduskich. Wojskowi hinduscy i pakistańscy zainstalowali "czerwony telefon" i próbują - wspólnie! - organizować i koordynować akcję ratowniczą. I jedni, i drudzy doszli do wniosku, że trzeba przede wszystkim nieść pomoc bezdomnym (idzie himalajska zima) ofiarom gniewu ziemi.
Może więc oczy się i tu otworzą, może tutaj także dojdzie do głosu "dyplomacja katastrof". Może obie strony tak ciężko ugodzone przez naturę zrozumieją, że, jak zauważyła Hannah Arendt, "postęp i katastrofa to dwie strony tego samego medalu", że zawsze trzeba się starać przekształcić katastrofę w szansę, że także w Kaszmirze zamknięte oczy martwych mogą stać się katalizatorem otwierania oczu żywych.
Jeżeli chodzi o straty w infrastrukturze, to trzęsienie ziemi w Kaszmirze jest bardziej niszczące (2,5 mln bezdomnych) niż skutki tsunami na Oceanie Indyjskim. Pakistan, choć jest mocarstwem atomowym, nie potrafi, to już jasne, sam skutecznie stawić czoła katastrofie. Indie są najbliżej, na odległość rzutu ... granatem za sztuczną "linią kontroli" w Kaszmirze. Może się więc w końcu oczy otworzą w tych dwóch państwach, które w sporze właśnie o Kaszmir, w 2002 r., stanęły oko w oko, wymachując bombą atomową. I które ciągle tam się wzajemnie mordują.
Liczba zabitych sprawiła, że niektóre bunkry armii hinduskiej w Kaszmirze trzeba było zamienić na groby. To się określa jako "pokój cmentarny". Trochę rozumu i odwagi i nadejdzie może pokój żywych.
02:33, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 13 października 2005
Tyle nagród dla ONZ
Logika, powiada mędrzec, to najlepszy sposób popełnienia błędu w najlepszej wierze. Logicznie biorąc, jury w Oslo popełniło błąd w najlepszej wierze, gdy przyznało pokojową Nagrodę Nobla Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (MAEA).
Naturalnie, to logiczne, że akurat w 60. rocznicę atomowej śmierci Hiroszimy i Nagasaki Nagrodę Nobla, to znaczy milion dolarów uzbieranych z procentów, jakie ciągle rodzi wynalazek dynamitu (i jego "owocne" wykorzystanie) przyznano MAEA i jej dyrektorowi Mohamedowi el Baradei. Agencja, to także logiczne, stara się wszak sprawić, aby broń nuklearna nie dostała się w niepowołane ręce, dba o to, aby nie wybuchał już nie dynamit, ale atom.
Tylko, ciągle zgodnie z logiką, nie jestem przekonany, że istnieją naprawdę wystarczające powody, aby nagroda tam właśnie trafiła.
Z jednej strony, MAEA prowadzi działalność raczej dwuznaczną: walczy z rozprzestrzenianiem broni nuklearnej, np. w Korei Północnej czy w Iranie, ale równocześnie lansuje budowę "czystych" elektrowni atomowych stanowiących istotną fazę w dochodzeniu do broni, w której rozprzestrzenieniu Agencja stara się przeszkodzić.
Z drugiej strony Agencja, pożyteczne i niezależne forum do rozmów, nie bardzo ma się czym pochwalić. Jej największym osiągnięciem nie jest odkrycie, że Irak posiada broń atomową, a że jej NIE posiada, co i tak wojnie nie zapobiegło. Denuklearyzacja Libii odbyła się w ogóle bez udziału MAEA (Amerykanie ubili interes z Libią bez pośredników), no i trudno mówić o sukcesie Agencji w Korei Północnej i Iranie. Oba te państwa, mało przyjazne zachodniej cywilizacji, szantażują świat i lekceważą Agencję, a jej inspektorów wpuszczają albo wyganiają w zależności od ich komunistycznego czy teokratycznego humoru. Nie MAEA jest za to odpowiedzialna, ale trudno również byłoby uznać za jej sukces pojawienie się "muzułmańskiego" arsenału nuklearnego w Pakistanie, "hinduistycznego" w Indiach, no i "żydowskiego" w Izraelu. Nie znęcajmy się, ale trzeba postawić kropkę nad i: mimo wysiłków Agencji niedawny szczyt ONZ nie potrafił nawet uzgodnić wiarygodnej rezolucji w sprawie rozprzestrzeniania broni atomowej.
I wreszcie, tegoroczny pokojowy Nobel to już nie wiadomo która kolejna nagroda przyznana jednej z instytucji związanych z ONZ. Od jej powstania w 1945 r. jedna czwarta pokojowych Nobli przypadła ONZ-towskim instytucjom oraz misjom pokojowym i humanitarnym. W roku 2001 nagrodę otrzymała nie żadna jej agencja, ale sama ONZ i jej sekretarz generalny Kofi Annan. Otóż, logicznie biorąc, jest w tym chyba coś dziwnego. Żadna wielka instytucja międzynarodowa nie jest tak ostro krytykowana jak ONZ właśnie za brak skuteczności (Darfur, Srebrenica, Ruanda ), żadna, powszechnym zdaniem, tak bardzo nie potrzebuje głębokiej reformy jak ONZ. Może więc tych nagród w tej kategorii jednak jest za dużo?
Naturalnie nie ma co rozpaczać. Ani nagroda dla ONZ, ani ta dla MAEA nie zastąpią reform, nie przełamią egoistycznego priorytetu interesu poszczególnych państw nad interesem zbiorowym, nie zamienią Korei czy Iranu w oazy pokoju. Nagroda dla MAEA, nawet zbrojnej w prestiż Nobla, nie zmieni równowagi sił nuklearnych na świecie. W tym sensie Nagroda Nobla dla MAEA jest inwestycją w przyszłość, w większym stopniu uznaniem za trwanie niż za osiągnięcia. Ale może się opłaci...
01:15, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 października 2005
Wiano Putina
Zanim jako Leopold Pierwszy w 1831 r. wstąpił na tron w Brukseli, pierwszy król belgijski nazywał się Leopold Saxe-Koburg i dzielnie walczył w wojsku carskim przeciwko wspólnemu wrogowi, Napoleonowi, też Pierwszemu.
Potem Belgia nie opuściła już carskiej Rosji: elektryfikowała Petersburg i Odessę, instalowała tramwaje w Kijowie i w Taszkiencie, budowała statki do żeglugi na Wołdze i wagony de luxe dla magistrali transsyberyjskiej.
Władimir Putin nie zdążył służyć za cara, ale swój staż w służbie Rosji, jak wiadomo, ma. Jego Rosja jednak niewiele, poza propagandą i wywiadem, mogła inwestować w Belgii. Putin, który wczoraj był w Brukseli, a dziś jest w Londynie, ma najwyraźniej poważny zamiar odrobić straty. Niesie w tym celu potrójne wiano.
Po pierwsze, do Brukseli przywiózł to co najpiękniejsze, czym Rosja może się dziś pochwalić - sztukę. Putin otworzył w poniedziałek wielki, taki na skalę Rosji, festiwal kulturalny zwany Europaliami (od łacińskiej "opalii", czyli rzymskiego święta plonów). To kilkaset imprez, najlepsze orkiestry, wspaniałe wystawy, teatr, balet i kino od października do lutego. Czegoś tak wielkiego Bruksela jeszcze nie widziała.
Po drugie, w Brukseli, ale przede wszystkim w Londynie, gdzie się spotka z kierującym w tym półroczu pracami UE Tonym Blairem Putin będzie kusić ropą i gazem. To też nie lada sztuka. Po gwałcie na bogactwie Jukosu i zneutralizowaniu Chodorkowskiego, który dostał osiem lat, po wykupieniu Sibnieftu i spłaceniu Abramowicza, który czas spędza głównie na boisku Chelsea w Londynie, Gazprom, czyli Kreml, ma w ręku 30 proc. wydobycia rosyjskiej ropy i 20 proc. światowego wydobycia gazu.
Połowa gazu i jedna trzecia ropy konsumowanej przez 25 krajów UE pochodzi albo przechodzi przez Rosję, przy czym, zdaniem Międzynarodowej Agencji ds. Energii, potrzeby UE w tej dziedzinie w ciągu 15 lat wzrosną o połowę. I żadna orkiestra nie zagłuszy ani artystycznego, ani geopolitycznego przesłania Putina: dostawy energii, kontrola jej nośników (patrz - rura na dnie Bałtyku), będą stanowić główny sposób zapewnienia Rosji statusu globalnego mocarstwa, mają dać jej odpowiedni udział i wpływy nie tylko w wojnie z terroryzmem, ale także w gospodarczym i politycznym urządzaniu świata.
Gdyby jednak oba pierwsze punkty nie były wystarczająco wymowne, to Putin ma jeszcze w zapasie trzeci argument. Tuż przed jego wyjazdem do Brukseli i Londynu narodowy bank Rosji ogłosił, że jego rezerwy osiągnęły rekordową wysokość 156 mld dol., a wpływ z ostatniego tylko tygodnia to 1,2 mld dol.
Prezydent Putin, wódz naczelny sił zbrojnych Rosji, mógł więc dumnie oznajmić, że - oficjalnie - po raz pierwszy w swej historii państwo rosyjskie może sobie pozwolić na wydanie większej sumy dolarów w celu modernizacji uzbrojenia, niż wyniosą wpływy z eksportu broni. I dodał, tytułem przykładu, że jego armia otrzyma "nowe rakiety, nieosiągalne dla nieprzyjaciela, jakich nie posiada nikt na świecie".
To są argumenty! Nie wiem, który i do jakiego stopnia będzie najbardziej przekonujący, ale korzyść już jest widoczna: wiemy przynajmniej, na co prezydent Rosji przeznacza miliardy, które my płacimy za jego naftę i gaz.
12:34, leopold.unger
Link Komentarze (3) »