RSS
wtorek, 23 października 2007
Wszystko w rękach Polaków

Nie było kwiatów ani wieńców. Łez także nie było. Europejska i międzynarodowa Bruksela pożegnała "epizod Kaczyński" bez triumfu, bo nie wypada, a z powszechnym westchnieniem ulgi.

Chyba po raz pierwszy sam przewodniczący Komisji Unii Europejskiej José Manuel Barroso się wzruszył i wyraził publicznie podziw "dla europejskiego ducha Polaków".

Nic dziwnego. Nie chodzi o polskiego byłego premiera, choć na pewno nie zostawił on tutaj dobrych wspomnień.

Tu się ludzie kierują interesem, a nie uczuciami. Z tego punktu widzenia europejska Bruksela, która nie zapomniała jeszcze "białych nocy" z braćmi przy telefonie między Brukselą a Warszawą, spodziewa się, że, broniąc prawdziwych interesów Polski, ekipa Tuska usunie chorobliwą podejrzliwość, przywróci przewidywalność polskiej polityce zagranicznej i wykaże większe zrozumienie dla ducha dialogu i kompromisu, podstawowego instrumentu europejskiego współistnienia. Wychodząc jednak poza pobożne, choć może realne życzenia kilka punktów zasługuje na uwagę.

Po pierwsze, wyeliminowanie (po Hajderze czy Berlusconim) głosami wyborców populistów i skrajnej prawicy z życia parlamentarnego. Obecność Leppera i Giertycha i harce z nimi w rządzie kompromitowała Polskę i Kaczyńskiego i odebrała mu, premierowi jednego z państw Unii, jakąkolwiek wiarygodność.

Satysfakcja Europy jest tym większa, że równocześnie w Szwajcarii, państwie spoza UE, populiści odnieśli niepokojący sukces wyborczy.

Po drugie, polska demokracja zdała egzamin. Nie chodzi o cuda nad urną, nikt nie miał co do tego wątpliwości, chociaż pani Fotyga nie chciała, nikt nie rozumiał dlaczego, wpuścić do Polski obserwatorów OBWE.

Chodzi o niezależną, wolną prasę. To ona, a nie opozycja, sprawiła, że za granicą nikt poważny nie utożsamiał braci Kaczyńskich i PiS z całym społeczeństwem polskim. I że teraz, z trudem, ale jednak, można będzie próbować naprawić nadwyrężony wizerunek Polski w Europie.

Po trzecie, kampania była namiętna, ale krótka, bez konkretów. Ich głód nie powinien trwać zbyt długo. PO korzysta na razie z tego, co Francuzi określają jako prejugé favorable, coś w rodzaju domniemania niewinności, ale przecież się pamięta, że to PO wymyśliła „Nicea albo śmierć” oraz koszmar pierwiastka, że chciała lustracji itd. Domniemanie, z definicji, długo trwać nie może.

No i punkt czwarty, kwestia profesjonalizmu w polityce zagranicznej. Bywało po prostu śmiesznie. Tutaj się spotyka cały świat i Polski na śmieszność nie stać. Fachowcy wiedzą, że rząd PO ma ograniczone pole manewru, że ma do odrobienia dwa lata szkodliwego i krótkowzrocznego traktowania przez Warszawę stosunków z Niemcami i z Rosją. A oba te wektory są kluczowe dla właściwego funkcjonowania Unii. I dla obrony polskich w niej interesów.

Dlatego Tusk powinien szybko uruchomić rezerwy i rzucić do boju swoich komandosów. Niektórzy są na miejscu, polscy eurodeputowani (nie wszyscy) mają dobrą opinię i dobre kontakty, których nie potrafili popsuć ich koledzy z PiS, o LPR czy Samoobronie nie wspominając.

Bruksela czeka, czy i jak Platforma potrafi "odzyskać" MSZ i inne bastiony. Może warto sięgnąć do "korporacji". A może warto wrócić do Geremka, przecież przed nim sporo drzwi stoi otworem.

Polska prasa, napisał "Le Soir", zrobiła, co do niej należało. Reszta jest w rękach Polaków.
15:17, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 09 października 2007
Kopaliński nie był instytucją

Był rok 1954. W prasie po śmierci Stalina i pierwszych "rehabilitacjach" odwaga nieśmiało taniała. Choć tłamszone tak jak wszystkie pisma przez cenzurę, "Życie Warszawy" starało się chyba szybciej niż inne gazety pływać na odwilżowej fali. To wtedy na kolegium "Życia" Zygmunt Szymański, ówczesny szef działu zagranicznego, dał nam do przeczytania niedługi maszynopis: "Moim zdaniem - powiedział - warto drukować".

Było warto. Nie mieliśmy wątpliwości co do jakości tekstu - świeży język, nowa treść - prawdziwa na owe czasy rewolucja. Po kilku tygodniach Władysław Kopaliński był ulubieńcem czytelników, a jego felieton szlagierem niedzielnego wydania. Tak narodził się polski felieton gazetowy.

Kiedy te słowa ukażą się w "Gazecie", wszystko już będzie przez wszystkich o Kopalińskim powiedziane: jaki był inteligentny, jaki erudyta, jaki pracowity i jak ogromne miał zasługi dla polskiej kultury. Zgadzam się, superlatywów o nim nigdy dosyć. Sam mam kilka w rezerwie. Na jedno się nie zgadzam: nic by Władka bardziej nie zdenerwowało niż nazywanie go "instytucją". Kopaliński nie był "instytucją", był "antyinstytucją". I był zwyczajnym, no, może nadzwyczajnym, ale człowiekiem. Z jego zaletami i wadami.

Ktoś niezorientowany nazwałby go mrukiem. Rzadko - i to pod presją - wspominał o planach. Odmawiał wynurzeń na temat swojego warsztatu. Nie lubił wywiadów. Udzielił ich niewiele, i to na nie najważniejsze dla niego tematy.

Miał swoje zdanie, był liberałem i demokratą, ale od polityki stronił, polityków nie cenił. Nie wierzył żadnemu, niezależnie od koloru ideologii. Był bardzo dyskretny. W domu u niego - i jego nie mniej dyskretnej ówczesnej żony, pani Ady - byłem chyba tylko dwa razy. Spotykaliśmy się z reguły u Ireny Szymańskiej - z tym że ona już była Matuszewską, żoną nieocenionego Rysia.

Był bardzo ostrożny w doborze rozmówców. Miał rację, w wymianie poglądów na ogół tracił. Jeszcze bardziej wybredny był w selekcji przyjaciół. Miał ich niewielu. Stosował bardzo wyśrubowane kryteria, był zresztą sceptykiem, wyposażonym ponadto w ostre i złośliwe poczucie humoru, co nie wszyscy lubili, a wielu nie rozumiało.

Nigdy po marcowym wygnaniu nie utraciliśmy kontaktu, często za pośrednictwem Ireny. No i dostawałem jego słowniki, które mam zawsze pod ręką, a on czytał nielegalną "Kulturę" i słuchał Wolnej Europy. Odwiedziłem go, to jasne, natychmiast po pierwszym moim przyjeździe do Polski. Był rok 1989. Wiedziałem, że był... oszczędny, że nie lubi "gratisów", rozdawać swoich książek. Kupiłem więc "Słownik mitów i tradycji kultury" i poprosiłem o dedykację. Obliczył i napisał: "Poldkowi i Madzi, w pierwsze 35-lecie przyjaźni". Drugiego 35-lecia obchodzić już nie będziemy.

Francuski humorysta Pierre Dac zauważył kiedyś, że "aby dożyć starości, trzeba długo żyć". Władkowi to się udało. A budowniczym pomnika radzę pamiętać, że Kopaliński cenił dobry dowcip, a wazeliny nie znosił.
18:31, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 października 2007
Okrągły stół dla Birmy
Zgodnie z przewidywaniami apel podpisany przez protagonistów polskiego Okrągłego Stołu z 1989 r. proponujący katom Birmy polski model (i polski mebel) nie wywołał większego, jeżeli w ogóle echa na świecie. Szkoda. Polacy słusznie przecież powołują się na własne doświadczenie, próbując przekonać innych, że odwagą i rozumem, to znaczy kompromisem, można dobić się, nawet w niebezpiecznych warunkach - wtedy stal jeszcze mur w Berlinie, istniał ZSRR, a wojsko sowieckie stacjonowało na terytorium Polski - na pokojowe przejście od dyktatury do demokracji. Podmuch kompromisu zmiótł przecież szybko i mur, i z wyjątkiem Ceau escu resztę satelitów.

Ta obojętność świata nasuwa mi dwie uwagi. Pierwsza jest taka, że żaden dokument, nawet tak bezspornie - bo oparty o doświadczenie - przekonujący jak ten polski apel, nie położy kresu wojskowej dyktaturze. Rosja i Chiny, jedyne państwa mające bezpośredni wpływ na decyzje birmańskiej junty, mają swój własny interes (i weto w ONZ) w utrzymaniu status quo. Nawet Indie, kraj demokratyczny, są w sprawie Birmy rozdarte między moralnością a interesem.

Wniosek? Choć nie znam wszystkich okoliczności (nie było mnie, mówiąc w skrócie, w Magdalence), to wbrew rozmaitym teoriom spiskowym na temat Okrągłego Stołu nikt na razie nie wymyślił lepszej formuły bezkrwawego wychodzenia z dyktatury. Czego bardziej niż takiego polskiego Stołu chcieliby dziś np. Kubańczycy i - jak widać i niestety słychać - mieszkańcy Birmy?

Druga uwaga cofa mnie do roku 1999, kiedy to Adam Michnik napisał swój słynny wstępniak "Nie karać kata", a ja podjąłem z nim dyskusję na łamach paryskiej "Kultury" i "Le Soir". Chodziło wtedy o Pinocheta (w domyśle także o Jaruzelskiego).

Ja twierdziłem - i się nie omyliłem - że Pinochet nigdy nie będzie sądzony, że umrze komfortowo we własnym łóżku. Michnik twierdził, że to nie moja sprawa, a sprawa narodu chilijskiego. Bronił tezy o sensie i skuteczności, a nie karania kata, dyktatora. Żaden z nich bowiem z Pinochetem włącznie nie ustąpi bez przelania krwi, jeżeli nie otrzyma gwarancji bezkarności.

Michnik pytał więc o alternatywę. Albo wbrew wszelkiej moralności dyktator wychodzi z życiem, a jeżeli ma być sądzony, to nie za granicą (to do Pinocheta w domowym areszcie w Londynie pielgrzymowali niektórzy polscy politycy), a u siebie w kraju. Zgodnie z wolą jego narodu. Albo odmawia się amnestii, zwołuje się konferencje i uchwala sankcje bez praktycznie wpływu na sytuację i skazuje naród na trwanie w niewoli prowadzącej z reguły do wybuchu.

Jest nowy gatunek "kata", dyktatora, mówił Michnik. Są tacy, którzy w określonych warunkach nie tylko godzą się na otwarcie procesu aksamitnej transformacji, ale uczestniczą w procesie eutanazji ich własnego reżimu.

Taki był, tu wracam do apelu z Warszawy, polski Okrągły Stół. Niektórzy z tych, którzy przy nim w 1989 r. siedzieli, proponują teraz ten mebel juncie w Birmie. 

Złudzenie? To się okaże. Birma ma już swojego Wałęsę. To oczywiście pani Aung San Suu Kyi, laureatka pokojowego Nobla. Teraz trzeba jeszcze poszukać właściwego generała. I przypomnieć mu alternatywę: los Ceau escu albo plac Tiananmen.
11:49, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »