RSS
poniedziałek, 09 stycznia 2006
Apel do Gerharda Schrödera
Pałac ma 4,8 tys. m kw., park 140 ha i jest w nim 20 luksusowych willi dla gości. Należał do księcia Konstantego, a dziś jest petersburską rezydencją prezydenta Rosji. Władimir Putin odnowił go za 250 mln dol. na 300-lecie Sankt Petersburga, ale prawdziwe otwarcie nastąpi w lipcu. Wtedy ziści się sen Putina o wielkości - pierwszy raz w Rosji i pierwszy raz pod jego przewodnictwem zbierze się tam G8, grupa siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw oraz Rosji.
Rosja nie powinna przy tym stole zasiadać - ma produkt narodowy na poziomie Holandii, ale wiele razy mniejszy na głowę mieszkańca. Do "siedmiu" nie pasuje. Ale przepaść zasypała polityka - kiedy ZSRR się rozpadło, a Rosja lądowała w demokracji, Zachód dopuścił Jelcyna do stołu. I tak już zostało. Słusznie. Rosja ma strategiczne zapasy ropy i gazu, sporo atomowych megaton i ogromną zdolność szkodzenia. Opłaca się dostawić ósmy fotel w G7, lekko kulawy, z dostępem nie do gospodarczej, ale tylko politycznej części obrad. I tak nieźle.
Nieźle? To za skromnie. Dla Putina to bardzo dużo. Przewodniczenie "siódemce" (USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy i Japonia) daje Rosji tylko ograniczony wpływ na naprawdę ważne decyzje. Ale dla Putina osobiście i dla jego drużyny to symboliczne wniebowstąpienie. Putin w ten sposób dorównuje "siódemce" mimo Czeczenii, mimo rabunku telewizji czy Jukosu, mimo zawłaszczania całej władzy przez Kreml i oddawania jej w ręce czekistów, mimo wyeliminowania opozycji politycznej (nie bez pomocy jej do śmieszności skłóconych przywódców).
I mimo trzech w tej farsie najnowszych odsłon. Chodzi tu, po pierwsze, o skandaliczną próbę poddania kontroli państwa, inaczej mówiąc zakneblowania, dynamicznie rozwijających się w Rosji organizacji pozarządowych. A przecież (a może właśnie dlatego) to one stanowią jedyną nadzieję na budowę społeczności obywatelskiej, bez której o demokracji w Rosji mowy być nie może.
Po drugie, chodzi o współpracę Rosji w budowie irańskiego ośrodka atomowego w Buszer, w czym Zachód widzi etap w dochodzeniu przez Teheran i jej obłąkanego prezydenta do broni nuklearnej.
Po trzecie, chodzi o gazowe ultimatum Moskwy wobec Ukrainy, która nie kwestionuje zasady przejścia na ceny światowe, ale odrzuca szantaż i ma rację. Tu bowiem nie chodzi o gaz, ale o politykę. Po 15 latach, od chwili gdy okazało się, że nawet broń atomowa nie jest zdolna zapobiec rozpadowi sowieckiego kolosa, Kreml doszedł do wniosku, że selektywne szantażowanie świata poprzez manipulowanie kurkiem gazowym otwiera szansę odbudowy imperium. Putin kreśli więc scenariusz nowej wersji wielkiej gry. W tej grze powrót pomarańczowej Ukrainy do macierzy to ważny etap, ale tylko etap. Tak naprawdę Rosja mierzy skalę cierpliwości świata, siłę, albo zaniechanie reakcji Zachodu na próbę użycia "gazowych megaton" do uzyskania politycznego wpływu na międzynarodowy, nie tylko w regionie, stosunek sił.
Kilkadziesiąt lat temu Anton Zischka odkrył, że ropa rządzi światem. Putin będzie przekonywać "siedmiu", że gaz także.
17:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 03 stycznia 2006
Czy gaz rządzi światem?
Pałac ma 4,8 tys. m kw., park 140 ha i jest w nim 20 luksusowych willi dla gości. Należał do księcia Konstantego, a dziś jest petersburską rezydencją prezydenta Rosji. Władimir Putin odnowił go za 250 mln dol. na 300-lecie Sankt Petersburga, ale prawdziwe otwarcie nastąpi w lipcu. Wtedy ziści się sen Putina o wielkości - pierwszy raz w Rosji i pierwszy raz pod jego przewodnictwem zbierze się tam G8, grupa siedmiu najbardziej uprzemysłowionych państw oraz Rosji.
Rosja nie powinna przy tym stole zasiadać - ma produkt narodowy na poziomie Holandii, ale wiele razy mniejszy na głowę mieszkańca. Do "siedmiu" nie pasuje. Ale przepaść zasypała polityka - kiedy ZSRR się rozpadło, a Rosja lądowała w demokracji, Zachód dopuścił Jelcyna do stołu. I tak już zostało. Słusznie. Rosja ma strategiczne zapasy ropy i gazu, sporo atomowych megaton i ogromną zdolność szkodzenia. Opłaca się dostawić ósmy fotel w G7, lekko kulawy, z dostępem nie do gospodarczej, ale tylko politycznej części obrad. I tak nieźle
Nieźle? To za skromnie. Dla Putina to bardzo dużo. Przewodniczenie "siódemce" (USA, Wielka Brytania, Kanada, Francja, Niemcy, Włochy i Japonia) daje Rosji tylko ograniczony wpływ na naprawdę ważne decyzje. Ale dla Putina osobiście i dla jego drużyny to symboliczne wniebowstąpienie. Putin w ten sposób dorównuje "siódemce" mimo Czeczenii, mimo rabunku telewizji czy Jukosu, mimo zawłaszczania całej władzy przez Kreml i oddawania jej w ręce czekistów, mimo wyeliminowania opozycji politycznej (nie bez pomocy jej do śmieszności skłóconych przywódców).
I mimo trzech w tej farsie najnowszych odsłon. Chodzi tu, po pierwsze, o skandaliczną próbę poddania kontroli państwa, inaczej mówiąc zakneblowania, dynamicznie rozwijających się w Rosji organizacji pozarządowych. A przecież (a może właśnie dlatego) to one stanowią jedyną nadzieję na budowę społeczności obywatelskiej, bez której o demokracji w Rosji mowy być nie może.
Po drugie, chodzi o współpracę Rosji w budowie irańskiego ośrodka atomowego w Buszer, w czym Zachód widzi etap w dochodzeniu przez Teheran i jej obłąkanego prezydenta do broni nuklearnej.
Po trzecie, chodzi o gazowe ultimatum Moskwy wobec Ukrainy, która nie kwestionuje zasady przejścia na ceny światowe, ale odrzuca szantaż i ma rację. Tu bowiem nie chodzi o gaz, ale o politykę. Po 15 latach, od chwili gdy okazało się, że nawet broń atomowa nie jest zdolna zapobiec rozpadowi sowieckiego kolosa, Kreml doszedł do wniosku, że selektywne szantażowanie świata poprzez manipulowanie kurkiem gazowym otwiera szansę odbudowy imperium. Putin kreśli więc scenariusz nowej wersji wielkiej gry. W tej grze powrót pomarańczowej Ukrainy do macierzy to ważny etap, ale tylko etap. Tak naprawdę Rosja mierzy skalę cierpliwości świata, siłę, albo zaniechanie reakcji Zachodu na próbę użycia "gazowych megaton" do uzyskania politycznego wpływu na międzynarodowy, nie tylko w regionie, stosunek sił.
Kilkadziesiąt lat temu Anton Zischka odkrył, że ropa rządzi światem. Putin będzie przekonywać "siedmiu", że gaz także.
14:37, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 grudnia 2005
Hańba Kaddafiego
Ile baryłek nafty warte jest życie sześciu ludzi? Rozpoczęła się nowa runda bandyckiej intrygi pułkownika Kaddafiego, w której stawką jest los pięciu bułgarskich pielęgniarek i palestyńskiego lekarza.
Wegetujący od siedmiu lat w libijskim gułagu pielęgniarki i lekarz zostali skazani w maju 2004 r. na karę śmierci za umyślne zarażenie w szpitalu 1998 r. 426 dzieci wirusem HIV. Według libijskich władz 51 dzieci już zmarło.
Od początku broniłem tezy o niewinności pielęgniarek, ofiar tropikalnej wersji stalinowskiego procesu lekarzy. Kobiety zdecydowały się na pracę w libijskim raju nie w celu trucia małych pacjentów, a w poszukiwaniu garści dolarów.
Miałem do tego podstawy. Najlepsi biegli, np. odkrywca wirusa HIV prof. Luc Montagnier, bez trudu udowodnili, że dzieci padły ofiarą nie zagranicznego spisku, a fatalnych warunków sanitarnych w libijskich szpitalach, m.in. wielokrotnego używania strzykawek jednorazowych.
Jednak honor pułkownika nie pozwalał mu na uznanie prawdy o lekceważeniu higieny ani o tym, że epidemia wśród dzieci wybuchła, zanim Bułgarki w ogóle się w Libii znalazły. Wywoływał za to regularne "chwile nienawiści" rodzin nieszczęśliwych dzieci, ruszył też na poszukiwanie oraz odstrzał kozła ofiarnego. Znalazł Bułgarki. Koniec. Kurtyna.
Nie na długo. Świat także się ruszył. W trosce o ratowanie niedawno odzyskanego międzynarodowego dziewictwa Kaddafi zaczął się targować. Po swojemu. Sam niedawno wykupił się z hańby światowej, płacąc odszkodowanie za śmierć pasażerów zamordowanych libijską bombą na pokładzie samolotów Pan American i UTA. Teraz chce, aby świat, który w sprawie niewinnych pielęgniarek nie podkładał nikomu żadnej bomby, ani dosłownie, ani w przenośni, zapłacił za uratowanie ich spod libijskiego szafotu.
Dowiadujemy się więc, że - by uratować swoich obywateli - Bułgaria musiała wyrazić zgodę na utworzenie wraz z Libią specjalnej międzynarodowej fundacji pomocy dla rodzin libijskich dzieci zarażonych wirusem HIV. Do tego targu z Libią o życie pielęgniarek i twarz pułkownika Kaddafiego przyłączyły się - bo sama Bułgaria była za słaba i za biedna - rządy USA i Wielkiej Brytanii.
Pierwszy skutek już jest - sąd najwyższy Libii nagle zmienił zdanie i w niedzielę postanowił odesłać sprawę do ponownego rozpatrzenia w pierwszej instancji. Dopuszczono się mianowicie wielu uchybień. Fachowcy od razu zrozumieli, że oto wygrywa cynizm.
Naturalnie, życie niewinnych zakładników porwanych przez pułkownika z namiotu uzasadnia wszelkie koncesje, co nie zmienia faktu, że jesteśmy świadkami, a częściowo i uczestnikami, ogromnego skandalu. Albo bowiem pielęgniarki są winne (co jest wykluczone) i wtedy powinny ponieść karę, albo są niewinne i powinny natychmiast odzyskać wolność. Wszelkie targi stanowią w tych okolicznościach zwyczajną kapitulację wobec nadzwyczajnego szantażysty z epoletami pułkownika.
Kilka dni temu uzbecki minister spraw wewnętrznych Zokirjon Almatow, współodpowiedzialny za przeprowadzenie w maju masakry rebeliantów w Andiżanie, musiał uciekać z Niemiec, gdzie był na leczeniu, gdyż groziło mu aresztowanie. Kaddafi jest współodpowiedzialny za śmierć wielokrotnie większej liczby ofiar niż uzbecki minister. Zamiast jednak być pariasem świata i stać pod międzynarodowym pręgierzem pułkownik Kaddafi jest z całą pompą przyjmowany w najelegantszych stolicach świata. Inaczej mówiąc: Kaddafi ma naftę, my mamy hańbę.
10:44, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2005
Litania
Kiedy prezydent Iranu, Mahmoud Ahmadinezad, oznajmił, że "Izrael to rak, który trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi", cywilizowany świat potępił jego słowa, uznał za niedopuszczalny fakt kwestionowania prawa do istnienia suwerennego państwa - członka Narodów Zjednoczonych, ale w swoim oburzeniu nie posunął się dalej i żadnych kroków nie podjął aby recydywie skutecznie zapobiec.
Kiedy Mahmoud Ahmadinezad, zasugerował aby "Izrael przeniesiony został z Bliskiego wschodu do Europy, Stanów Zjednoczonych, Kanady a najlepiej na Alaskę i aby te terytoria oddały skrawek swej ziemi na rzecz państwa syjonistycznego", Zachód uznał te propozycje za niedopuszczalną prowokację, ale niczego nie zrobił aby dać konkretny wyraz swemu oburzeniu, i tamy następnym prowokacjom położyć nie potrafił.
Kiedy prezydent Iranu wyśmiał Szoah, a los jaki hitlerowcy zgotowali milionom Żydów określił jako "mit wynaleziony przez zachodnie państwa na żołdzie syjonistów", świat demokratyczny zaprotestował, uznał te słowa za skandaliczne i niebezpieczne, zwłaszcza w kontekście irańskich ambicji wyposażenia się w broń atomową, i chociaż wiadomo, że zaniechanie nigdy zbrodni nie zapobiegło, nikt nie odważył się pójść dalej, podjąć takich konkretnych kroków, aby położyć kres kolejnym aktom negacji dramatów naszego świata.
Kiedy mordercy działający na rzecz syryjskiego zleceniodawcy, wysadzili w lutym tego roku w powietrze pancerny samochód wraz z jego pasażerem, Premierem Libanu, Rafikiem Harriri, władze krajowe i instytucje międzynarodowe wyraziły wstrząs i oburzenie tą niesłychaną zbrodnią oraz otworzyły śledztwo, ale nie potrafiły ani ujawnić sprawców, ani przeszkodzić recydywie.
Kiedy mordercy działający ciągle na rzecz tych samych zleceniodawców, w czerwcu zamordowali, wysadzając kolejny samochód, Samira Kassira, wybitnego dziennikarza, komentatora dziennika An Nahar, bezwzględnie zwalczającego syryjską okupację Libanu, cywilizowany świat zagrzmiał z oburzenia, uznał, że Irańczycy zasługują na lepszego prezydenta, ale zbrodniarze i zleceniodawcy, choć znowu ci sami, są ciągle na wolności.
Kiedy zbrodniarze działając, zdaniem niemieckiego sędziego Detlewa Mehlisa, szefa międzynarodowej komisji śledczej, na zlecenie tajnych służb syryjskich, zamordowali w grudniu tego roku Gebrane Tueni, libańskiego chrześcijanina, posła do parlamentu, wybitnego dziennikarza, syna dyrektora dziennika An Nahar, nieprzejednanego w oporze wobec syryjskiej okupacji Libanu, świat demokratyczny zawył z bólu i westchnął, że Liban nie przestaje płacić daniny krwi za swoje dążenie do "desyrianizacji" kraju. I chociaż wiadomo, że zaniechanie nigdy zbrodni nie zapobiegło, świat zdobył się tylko na gest hipokryzji: rozważa przekazanie sprawy "seryjnych morderstw" w Libanie w ręce bezradnej, sparaliżowanej nieuchronnym wetem Rosji czy Chin, Rady Bezpieczeństwa ONZ.

Kiedy przyszli po komunistów, nie protestowałem. Nie byłem komunistą
Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem. Nie byłem związkowcem
Kiedy przyszli po Żydów, nie protestowałem. Nie byłem Żydem
Kiedy przyszli po katolików, nie protestowałem. Nie byłem katolikiem
Kiedy przyszli po mnie, nikt nie protestował. Nikogo już nie było

Martin Niemöller, autor tej elegii, był niemieckim pastorem protestanckim. Został przez hitlerowców skazany w 1938 za obronę prześladowanych Żydów i opozycję wobec reżymu nazistowskiego. Przesiedział w hitlerowskich obozach do końca wojny. Odważny i mądry pastor wiedział, ze zaniechanie i tchórzostwo zbrodni nie zapobiegają. Niemöller zmarł w roku 1984. Ale swój poemat Niemöller napisał w roku 1942. W Dachau.
11:10, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 grudnia 2005
Strzelać, żeby zabić
Wszystko jest w najlepszym porządku, policjanci zachowali się tak, jak powinni, zgodnie z instrukcją. Wynik - dwie niewinne ofiary wojny z terroryzmem.
Rigoberto Alpizar, lat 44, obywatel USA i Kostaryki, pasażer samolotu American Airlines, został w ubiegłą środę strzałem w głowę zabity przez policję na lotnisku w Miami. Policja i świadkowie twierdzą, że Alpizar groził zdetonowaniem bomby, która miała się znajdować w jego podręcznym bagażu. Po raz pierwszy od 11 września 2001 r. wszedł do akcji "air marshall", czyli policjant wyszkolony do interwencji na pokładzie samolotu. Obecności bomby nie stwierdzono ani w bagażu ręcznym, ani nigdzie w samolocie. Stwierdzono natomiast, że Rigoberto Alpizar był osobnikiem maniakalno-depresyjnym
Jean Charles de Menezes nie był ani maniakalny, ani depresyjny. Ale 22 lipca 27-letni elektryk brazylijski zastrzelony został w wagonie metra londyńskiego, albowiem policja brytyjska wzięła go bezpodstawnie, jak się z opóźnieniem okazało, za jednego z terrorystów islamskich, którzy w tym czasie właśnie wysadzali się w powietrze razem z dziesiątkami pasażerów. Policjanci dokładnie strzelali. Menezes dostał siedem kul prosto w głowę.
W obu wypadkach zadaniem policji było "zapobieżenie wrogim aktom wobec pasażerów i załogi". W obu wypadkach władze bronią decyzji strzelania, albowiem kiedy sytuacja zagraża bezpieczeństwu pasażerów, funkcjonariusze obowiązani są działać zgodnie z instrukcją, czyli stosować rozkaz "shoot to kill", tak strzelać, aby zabić właściciela bomby. Mierzyć należy w głowę, ponieważ strzelanie np. w tors może spowodować wybuch bomby, co właśnie policjanci mają uniemożliwić.
W obu wypadkach dramat tłumaczy się psychozą zagrożenia, kiedy po krwawej serii zamachów policja znalazła się pod ostrą publiczną presją bezwzględnego przeciwdziałania planom terrorystów.
Staram się zrozumieć. "Każda rewolucja niesie za sobą masakrę niewinnych" powiedział Baudelaire. Poeta miał rację z tym, że wojna z terroryzmem także takie ofiary niesie. Wiadomo, zerowe ryzyko nie istnieje. Żyć w naszych czasach (ale tak było zawsze, różnice są tylko technologiczne) to znaczy codziennie i stale ryzykować. Znaleźć bowiem w tak okrutnym starciu cywilizacji z fanatyzmem jak wojna z terroryzmem minimum równowagi między postulatem bezpieczeństwa za wszelką cenę z jednej strony a wolnością i prawami człowieka z drugiej to bardzo niełatwa gimnastyka. Niełatwa, ale absolutnie niezbędna. Ta kwestia akurat negocjacji podlegać nie może. Wrogiem nie jest policja, wrogiem jest terrorysta, ale trzeba stale i bez wahania dążyć do utworzenia jak najbardziej skutecznej (doskonała nigdy nie będzie) tamy i przeciw terroryzmowi, i przeciw nadużywaniu argumentu o absolucie bezpieczeństwa.

Specjaliści naturalnie zadają sobie pytanie, czy czasem pogoń za mordercami w wojnie, jaką wydał cywilizacji islamistyczny fanatyzm, nie niesie zagrożenia dla wolności i dla - jak te dwa wypadki wykazują - życia niewinnych ludzi, przypadkowych ofiar "instrukcji"? Takie ryzyko oczywiście istnieje. Imperatyw bezpieczeństwa za wszelką cenę to prawdziwy despota. Przeciwstawianie mu abstrakcyjnych pojęć wolności i praw człowieka jest słuszne i uzasadnione, ale sprawy nie załatwia. Banie się tego imperatywu czy namawianie do rezygnacji z niego nie mają sensu. Bać się należy sposobu, w jaki niektórzy chcieliby lub już wprowadzają go w życie. Cudze.
17:59, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 grudnia 2005
Nasz drań Karimow
Warci jesteśmy śmierci. Błagamy o łaskę ”. Na ławie oskarżonych jest ich 15 (niedługo trafi tam następnych 60), zarzut - próba zamachu stanu podjęta „przy pomocy USA, agentów oraz dziennikarzy zagranicznych”. Wszyscy przyznali się do winy, adwokaci prosili o łagodny wymiar kary.
Skąd my to znamy? Jak to skąd - z Moskwy roku 1938 i ze stolic satelickich lat 50., kiedy to Stalin i jego namiestnicy w Pradze, Budapeszcie czy Sofii wymuszali torturami przyznanie się do winy z pełną świadomością nieuchronnego końca kaźni - kuli w kark za niepopełnione zbrodnie.
Jasne, że Taszkient 2005 to nie Moskwa 1938, w Uzbekistanie (oficjalnie) nie ma gilotyny. Ale bez złudzeń panowie: skazani na 20 lat tiurmy za "terroryzm" - w tym wypadku za udział w maju 2004 r. w rewolcie przeciw reżimowi prezydenta Islama Karimowa w mieście Andiżan, gdzie wojsko uzbeckie zabiło między 500 a 1000 (nikt nie zna prawdziwej liczby) cywilów - mają niewielkie szanse dożycia do wolności.

Karimowa długo przedstawiać nie trzeba. Były komunistyczny władca Uzbekistanu potrafił terrorem i sprytem utrzymać wraz z rodziną i klanem władzę po rozpadzie ZSRR. Do niedawna satrapa był ważnym sojusznikiem USA, które w zamian za garść dolarów dysponowały w Uzbekistanie bazą wojskową zasadniczej, jak twierdzono, wagi w wojnie z terroryzmem.
Szczęście trwało kilka lat, ale się skończyło. Dzisiaj Karimow to persona non grata na Zachodzie. W Andiżanie wyraźnie przesadził, Amerykanie nie zdzierżyli i powiedzieli, że tak nie można. Waszyngton stał się mniej tolerancyjny wobec zbrodni "sojusznika", zamknął kasę, tym łatwiej że po zwycięstwie w Afganistanie baza w Uzbekistanie straciła na znaczeniu.
Czy Karimow wpadł w rozpacz? Czy poczuł się pariasem świata? Nic podobnego. Amerykanów wyrzucił za drzwi, a 14 listopada - w dniu ogłoszenia wyroków w Taszkiencie - już był w gościnnych ramionach nowego protektora. Gdzie? W Moskwie. Tego dnia prezydenci Putin i Karimow podpisali strategiczny sojusz. Dla Karimowa "Rosja stanowi najpewniejszy szaniec", a dla Putina reżim uzbecki to "najwierniejszy sojusznik".
Że to nieładnie tak zmieniać gościnne ramiona? Wskakiwać bez żadnego postoju z jednego łóżka w drugie. Bądźmy poważni, rozmawiajmy bez hipokryzji. Ci superpotężni nigdy nie zwracali zbytniej uwagi na moralną stronę postępowania ich klientów. Stopień czcigodności partnera stanowił zawsze zmienną obliczaną w zależności od jego skuteczności i pożytku. Czyż nie mieliśmy już za sojuszników greckich pułkowników, Pinocheta i Mobutu czy Duvaliera, nie mówiąc już - by wrócić do terroryzmu - o naftowych Saudyjczykach, sponsorach najbardziej radykalnych islamistów? Wszystko jedno, jaka wojna - gorąca, zimna czy z terroryzmem - wartości demokracji nigdy nie odgrywały większej roli, kiedy trzeba było zwerbować nawet najbardziej odrażającego, ale pożytecznego wspólnika.
W tym kontekście Karimow, choć to rzeczywiście wyjątkowy łobuz, nie jest żadnym wyjątkiem. On tylko potwierdza formułę właściwą wszystkim bezkarnym superwielkim, że "to rzeczywiście drań, ale nasz drań". A także smutny fakt, że tyrani rzadko bywają sami na świecie. A szkoda.
16:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 listopada 2005
Irackie kłamstwo
Miał rację Racine, gdy mówił, że "nie ma takich sekretów, których by czas nie ujawnił...". Nie da się na zawsze ukryć tajemnic przeszłości.
Na przykład Frans Cornelius Adrianus van Anraat. Prasa holenderska określa go jako "komiwojażera śmierci" albo jako "Fransa-chemika" zaś sąd w Hadze oskarża go o udział w ludobójstwie i zbrodniach wojennych. Dlaczego? Ano dlatego, że van Anraat pomógł w latach 80. w dostarczeniu Irakowi 800 ton substancji chemicznych, którymi Saddam Husajn wytruł potem m.in. kilka tysięcy Kurdów u siebie i w Iranie.
To nie żaden sekret. Sekretem jest natomiast, jak i dlaczego Fransowi udało się przeżyć tyle dostatnich lat, chociaż toczyło się przeciw niemu śledztwo w Europie i w USA? Kto tak długo zapewniał mu bezkarność. I dla kogo właściwie pracował?
Najpierw - to także nie sekret - dla siebie i dla Saddama. Ale rzekomo także dla kilku wywiadów równocześnie, którym rzekomo miał dostarczać informacji o stanie uzbrojenia Iraku. Można mu było wierzyć, bo część tego uzbrojenia sam przecież dostarczył. Tylko że to byłby indywidualny, niepełny aspekt sprawy. Szerzej rzecz ujmując, "komiwojażer Frans" mógłby stać się jednym z argumentów w sporze wokół posiadania przez Saddama broni masowego rażenia. A to nie jest już sprawa jednego zbrodniarza wojennego, ale okropnej wojny. Uwikłanych w niej jest kilka ważnych państw właśnie pod pretekstem posiadania przez Saddama takiej broni, jakiej mu dostarczał m.in. Frans.
Jak wiadomo, Saddam broni masowego rażenia nie miał. Czy więc cały pogrzeb, czyli cała wojna, na nic? Czy trzeba i warto było poświęcać w niej życie 2 tys. młodych Amerykanów, Brytyjczyków, Polaków i innych? Kompromitować takie wielkie i ważne dla USA postacie jak Colin Powell, którego świat ciągle pamięta wymachującego w Radzie Bezpieczeństwa fiolką z trującą substancją chemiczną, może od Fransa? A może tak naprawdę były inne niż te "fransowate" przyczyny tej wojny? Pytanie, jakie? Może ropa? Może strategia na długą metę: obecność Ameryki u źródeł ideologicznych terroryzmu? Czy na jeszcze dalszą: demokracja "na siłę"w krajach arabskich?
To nie są wątpliwości zidiociałych antyamerykańskich lewaków. To jest właśnie ta "tajemnica", z której tłumaczyć się dziś musi wiceprezydent Cheney, broniąc swego szefa oskarżonego przez 53 proc. społeczeństwa o świadome kłamstwo w argumentacji na rzecz interwencji w Iraku. Cheney oskarża swoich krytyków w Kongresie o "tchórzostwo, o najbardziej nieuczciwe i cyniczne argumenty, jakie kiedykolwiek zostały sformułowane w Waszyngtonie".
Powoli. Inwektywy nie zastąpią argumentów. Wołanie o wyjście z Iraku słychać dziś w narodzie, kongresie i w prasie amerykańskiej. Byłem za obaleniem Saddama, jestem za pozostaniem USA w Iraku. Nie sądzę, aby mimo straty 2 tys. żołnierzy (w Wietnamie poległo ich 50 tys.), USA mogły - i to w skali nawet kilku lat - wycofać się z Iraku. Byłaby to i zdrada Iraku, i koszta znacznie większe. Pozostaje kłamstwo. To w USA zarzut najcięższy. A tutaj ktoś kłamie Kto? Tajemnica. Na jak długo?
19:19, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 listopada 2005
60 lat temu w Norymberdze
Oskarżeni, proszę wstać! Nie wszyscy wstali. Hitler był już w piekle. Tak jak Goering oraz Goebbels z żoną i sześciorgiem ich dzieci. Himmler sczezł samootruty, Eichmann odnaleziony w 1960 roku zawiśnie na szubienicy w Izraelu.
Dwudziestu dwóch żywych jeszcze panów Tysiącletniego Reichu (zabraknie mu 990 lat) stanęło przed sądem 60 lat temu, 20 listopada 1945 roku. Stalin nie chciał ceregieli: 50 000 oficerów niemieckich wystrzelać od razu, a szefów sądzić po sowiecku, pokazowo, ostro i tylko w Berlinie. Przeważyła teza zachodniej trójki zwycięzców: najpierw sądzić, potem strzelać (a raczej wieszać), a proces będzie w Norymberdze, mieście triumfu Hitlera, gnieździe rasistowskich ustaw i paranoi antysemityzmu, wśród ruin, gdzie przetrwały właściwie tylko gmach sądu i więzienie.
Takiego procesu jeszcze nie było. Nigdy jeszcze (słynne procesy moskiewskie sądziły i skazywały niewinnych) tak wielu nie odpowiadało tak długo za tak ogromne zbrodnie przed tak specjalnym trybunałem i poniosło tak ostre kary: zapadnie 12 wyroków śmierci i trzy dożywocia. Proces potrwa 218 dni, wystąpi 1000 prokuratorów i 100 obrońców, sąd obejrzy siedem kilometrów taśmy filmowej, w tym dokumenty z Majdanka i Auschwitz, zbada 250 świadków i 300 tys. zarejestrowanych zeznań. Razem 20 ton papieru i 14 mln słów. A wśród 350 dziennikarzy i sprawozdawców byli m.in. Steinbeck, Hemingway i Willy Brandt.
Przede wszystkim jednak w Norymberdze po raz pierwszy w historii przywódcy suwerennego państwa odpowiadali za swe czyny przed międzynarodowym sądem. Precz poszły subtelne rozważania na temat podejrzanej o zemstę „sprawiedliwości zwycięzców". Sąd w Norymberdze wprowadził do międzynarodowej teorii i praktyki sądowej takie pojęcia jak zbrodnia przeciwko ludzkości i pokojowi, zbrodnia wojenna i ludobójstwo (Zagłada pochłonęła 5-6 mln Żydów - oceni świadek general SS Oswald Pohl).
Proces trwał długo: wyrok zapadnie 1 października 1946 r. Ostatni spór między sędziami dotyczy "procedury" : 16 października skazani zginą na szubienicy, a nie przed plutonem egzekucyjnym. Ich rozsypane prochy spłyną z wodą rzeki.
Pozostał precedens. Proces norymberski zburzył kilka tabu, przede wszystkim bezkarność przywódców politycznych chronionych dotąd dogmatem suwerenności państwowej. Zasady wykute w Norymberdze wejdą w grudniu roku 1946 r. do kanonu prawa międzynarodowego. Proces norymberski jest więc ojcem chrzestnym pojęcia międzynarodowej sprawiedliwości, akuszerem wszystkich innych trybunałów międzynarodowych: w Hadze i Aruszy oraz Międzynarodowego Trybunału Karnego (MTK), który po ratyfikacji przez sto państw już jest w akcji (Darfur, Somalia etc).
W świecie globalnych wyzwań globalny, międzynarodowy system wymiaru sprawiedliwości może, rzecz jasna, budzić kontrowersje, obawę przed ryzykiem polityzacji i manipulacji. Jest jednak paradoksem, że USA, które były siłą sprawczą procesu w Norymberdze, są 60 lat później, chociaż dominują nad światem, przeciwne powstaniu MTK, który jest przecież tejże Norymbergi potomkiem.
To przecież głównie dzięki Ameryce w Norymberdze pierwszy raz ludzkość przyznała sobie prawo i rolę strony cywilnej, zabrała głos przed światem, przed sądem ludzi, a nie historii. To Robert Jackson, sędzia amerykański w Norymberdze, powiedział wtedy: - W tym procesie stroną oskarżycielską jest cywilizacja. Jest ciągle. I powinna zostać.
17:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 listopada 2005
Bułgarski interes Kaddafiego
Rozpoczęty przez Stalina w 1953 r. proces "białych fartuchów" trwa. W swej współczesnej wersji toczy się jednak nie w ZSRR, a w Libii. Dotyczy pielęgniarek, a nie lekarzy. Chodzi o Bułgarów, a nie o Żydów. Ofiarami miały być dzieci z Bengazi, a nie starcy z Kremla. Stalin nie zdążył swoich spiskowców rozstrzelać. Dziś chodzi o to, aby Kaddafi nie zdążył rozstrzelać swoich spiskowców też skazanych na śmierć.
Tak jak jego stalinowski prawzór, proces w reżyserii Kaddafiego także jest jak z prozy Franza Kafki. W lecie 1998 r. szpital al Fatih w Bengazi notuje wypadki zarażenia noworodków wirusem HIV. Epidemia się szerzy, lud się burzy, władze szukają winnych i znajdują... kozła ofiarnego. Część personelu, lekarze i pielęgniarki, głównie Bułgarzy, oskarżeni zostają o zarażenie wirusem HIV 426-ciu dzieci libijskich.
Absurd? Naturalnie. Bułgarzy są na saksach, bo chcą zaokrąglić naftodolarami marne uposażenia krajowe. Skandal? Naturalnie. Wezwani na odsiecz najwybitniejsi specjaliści, m.in. odkrywca wirusa dr Luc Montagnier, stwierdzają, że przyczyna zakażeń leży w fatalnych warunkach sanitarnych szpitala (wielokrotnie używane strzykawki etc.) i że dochodziło do nich, zanim w ogóle Bułgarzy się w Libii pokazali.
Czy Kaddafi może uznać, że jego reżim się pomylił? Nie może. Bułgarzy są pod ręką. Jest proces, są też tak jak w Moskwie wydobyte za pomocą tortur zeznania i przyznanie się do winy. I jest wyrok z maja zeszłego roku. Właściwie pięć wyroków śmierci przez rozstrzelanie.
Dziś, we wtorek, libijski sąd najwyższy ma rozpatrzyć apelację piątki spod szafotu. Do egzekucji na pewno nie dojdzie. Interes Kaddafiego tego nie wymaga. Wprost przeciwnie. Można bowiem pokazać światu, że oto jest "nowy Kaddafi". Ten, który zapłacił po 10 mln dol. za każdego pasażera samolotu PanAmu strąconego po eksplozji libijskiej bomby w 1988 r. nad Szkocją. Jest też Kaddafi, który po interwencji USA w Afganistanie i w Iraku oraz po pojmaniu przez Amerykanów Saddama zrozumiał, że musi zrezygnować z terroryzmu i paranoicznych ambicji nuklearnych.
Kaddafi swoim zwyczajem proponuje interes, czyli użycie pielęgniarek jako monety wymiennej. Domaga się 10 mln euro za każde zarażone (rzekomo przez Bułgarów) libijskie dziecko, co dziwnym trafem odpowiada mniej więcej, nawet uwzględniając wahania giełdowe, odszkodowaniu, jakie wódz rewolucji musiał zapłacić rodzinom amerykańskich ofiar libijskiego terroryzmu.
Bułgarskie "białe fartuchy" są bezbronne. Rząd w Sofii nie dysponuje bronią atomową, nawet gdyby miał te miliony, nie może zapłacić, bo to oznaczałoby uznanie winy niewinnych pielęgniarek. Ratunek leży więc w reakcji świata. Sprawa PanAmu pokazała, że libijski przywódca się z nią liczy. Tyle tylko, że dzisiejszy Kaddafi to inny Kaddafi: dostawca nafty, ale i sojusznik USA w wojnie z terroryzmem. Kiedy Kaddafi przekazał Waszyngtonowi pełną (jak twierdzi) dokumentację zakazanej broni, z której musiał zrezygnować, prezydent Bush stwierdził, że "Libia wraca do międzynarodowej wspólnoty". Bush powinien był ten "powrót" nieco zrelatywizować. I poczekać. Co najmniej do powrotu pielęgniarek z tropikalnego gułagu do domu. Całych i zdrowych.
11:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 listopada 2005
Koniec France-Soir
Wyrok jest z zawieszeniem. Dziennik "France-Soir" ma sześć miesięcy na spłatę długu 8 mln euro i znalezienie środków na dalszą działalność. Alternatywa : śmierć gazety.
Nie byle jakiej gazety. Nekrolog będzie długi. "France-Soir" narodził się na fali historii. Tak jak "Gazeta Wyborcza" wyrosła z agonii komunizmu, tak "France-Soir" wyrósł z wyzwolenia Francji. Sukces był natychmiastowy. Pierwszy numer ukazał się 8 listopada 1944, na przełomie lat 60. i 70. nakład bywał zawrotny, w gorących momentach - śmierć Kennedy'ego czy de Gaulle'a - przekraczał milion.
Ważny był news, budżet nie grał roli : pensje były wysokie, wydatki praktycznie nieograniczone, luksusowe hotele, kosztowne reportaże, najlepsze pióra. Aż się, gdzieś około roku 1970, coś zaczęło psuć. Gazeta zmieniała właścicieli, nakład spadał, wpływy także. Zaczął się rozwód gazety z czytelnikiem. W roku 2005, "France-Soir" drukuje poniżej 50 tys. egzemplarzy i co miesiąc traci 700 tys. euro.
"France-Soir" to zarówno historia jednego człowieka jak i całej epoki. Człowiek nazywał się Pierre Lazareff i był geniuszem intuicji, akuszerem talentów, ojcem i tyranem dziennikarzy, katem leniuchów, prawdziwym pracoholikiem, pilnującym każdej fazy (siedem wydań dziennie) powstawania gazety. Sam nadzorował tytuł czołówki, był twórcą sukcesu gazety niezdolnym do powstrzymania jej upadku.
Epoka go wyprzedziła. Nastąpił najpierw zmierzch, a potem koniec jego modelu prasy i dziennikarstwa. W istocie zaczął się ów zmierzch znacznie wcześniej, wraz z inwazją radia w latach dwudziestych XX w., ale chmura zwiastująca kryzys pojawiła się wraz z telewizją, a potem, tego już Lazareff nie dożył, z agresją internetu, blogów i konkurencją coraz bardziej branżowych periodyków.
No to co będzie z prasą? Czy i jaki jest ratunek? Lazareff nie zdążył, umarł w 1972 roku, dopasować "France-Soir" do czytelnika, który słucha radia, błądzi po ekranie telewizji i żegluje po webie. Jego następcy w londyńskim "Independent", paryskim "Figaro", czy "Le Monde" zmieniają formaty gazety, dodają kolorów, modernizują oblicze pisma. Wystarczy? Nie, nie wystarczy.
Kryzys prasy jest światowy, każdy szuka drukowanej riposty na zjawisko elektronicznej nadinformacji, która, twierdzą niektórzy, bywa często dezinformacją, a czasem dezorientacją obywatela. Żeby kryzysowi sprostać, trzeba zrozumieć, że ratunek i misja prasy drukowanej leży nie w wyścigu z radiem, telewizją czy internetem, a w powadze i wiarygodności informacji, mądrości aktualnego komentarza i jakości kontekstu, czyli umiejscowienia newsa we właściwej hierarchii rozumu, czasu i przestrzeni. W przekazaniu czytelnikowi elementów niezbędnych nie do obejrzenia, a do zrozumienia otaczających go zjawisk, tak na przedmieściu Paryża, co w Iraku, w udostępnieniu mu klucza do rzeczywistości, instrumentu niezbędnego dla sprostania wyzwaniom jego czasów.
Mówiąc w skrócie: ratunek leży w prestiżu gazety, w magii firmy, w odwadze i poczuciu odpowiedzialności dziennikarzy. Szkoda "France-Soiru". Ale jego los - z telewizyjną łuną francuskiej intifady w tle - pozwala to zrozumieć.
14:27, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »