RSS
poniedziałek, 27 października 2008
Wszystko w rękach Polaków

Nie było kwiatów ani wieńców. Łez także nie było. Europejska i międzynarodowa Bruksela pożegnała "epizod Kaczyński" bez triumfu, bo nie wypada, a z powszechnym westchnieniem ulgi.

Chyba po raz pierwszy sam przewodniczący Komisji Unii Europejskiej José Manuel Barroso się wzruszył i wyraził publicznie podziw "dla europejskiego ducha Polaków".

Nic dziwnego. Nie chodzi o polskiego byłego premiera, choć na pewno nie zostawił on tutaj dobrych wspomnień.

Tu się ludzie kierują interesem, a nie uczuciami. Z tego punktu widzenia europejska Bruksela, która nie zapomniała jeszcze "białych nocy" z braćmi przy telefonie między Brukselą a Warszawą, spodziewa się, że, broniąc prawdziwych interesów Polski, ekipa Tuska usunie chorobliwą podejrzliwość, przywróci przewidywalność polskiej polityce zagranicznej i wykaże większe zrozumienie dla ducha dialogu i kompromisu, podstawowego instrumentu europejskiego współistnienia. Wychodząc jednak poza pobożne, choć może realne życzenia kilka punktów zasługuje na uwagę.

Po pierwsze, wyeliminowanie (po Hajderze czy Berlusconim) głosami wyborców populistów i skrajnej prawicy z życia parlamentarnego. Obecność Leppera i Giertycha i harce z nimi w rządzie kompromitowała Polskę i Kaczyńskiego i odebrała mu, premierowi jednego z państw Unii, jakąkolwiek wiarygodność.

Satysfakcja Europy jest tym większa, że równocześnie w Szwajcarii, państwie spoza UE, populiści odnieśli niepokojący sukces wyborczy.

Po drugie, polska demokracja zdała egzamin. Nie chodzi o cuda nad urną, nikt nie miał co do tego wątpliwości, chociaż pani Fotyga nie chciała, nikt nie rozumiał dlaczego, wpuścić do Polski obserwatorów OBWE.

Chodzi o niezależną, wolną prasę. To ona, a nie opozycja, sprawiła, że za granicą nikt poważny nie utożsamiał braci Kaczyńskich i PiS z całym społeczeństwem polskim. I że teraz, z trudem, ale jednak, można będzie próbować naprawić nadwyrężony wizerunek Polski w Europie.

Po trzecie, kampania była namiętna, ale krótka, bez konkretów. Ich głód nie powinien trwać zbyt długo. PO korzysta na razie z tego, co Francuzi określają jako prejugé favorable, coś w rodzaju domniemania niewinności, ale przecież się pamięta, że to PO wymyśliła „Nicea albo śmierć” oraz koszmar pierwiastka, że chciała lustracji itd. Domniemanie, z definicji, długo trwać nie może.

No i punkt czwarty, kwestia profesjonalizmu w polityce zagranicznej. Bywało po prostu śmiesznie. Tutaj się spotyka cały świat i Polski na śmieszność nie stać. Fachowcy wiedzą, że rząd PO ma ograniczone pole manewru, że ma do odrobienia dwa lata szkodliwego i krótkowzrocznego traktowania przez Warszawę stosunków z Niemcami i z Rosją. A oba te wektory są kluczowe dla właściwego funkcjonowania Unii. I dla obrony polskich w niej interesów.

Dlatego Tusk powinien szybko uruchomić rezerwy i rzucić do boju swoich komandosów. Niektórzy są na miejscu, polscy eurodeputowani (nie wszyscy) mają dobrą opinię i dobre kontakty, których nie potrafili popsuć ich koledzy z PiS, o LPR czy Samoobronie nie wspominając.

Bruksela czeka, czy i jak Platforma potrafi "odzyskać" MSZ i inne bastiony. Może warto sięgnąć do "korporacji". A może warto wrócić do Geremka, przecież przed nim sporo drzwi stoi otworem.

Polska prasa, napisał "Le Soir", zrobiła, co do niej należało. Reszta jest w rękach Polaków.

14:42, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 22 października 2008
Gdy kibice gwiżdżą na swój hymn

Premier Yves Leterme był w toku bardzo skomplikowanej (jak wszystko w Belgii) próby utworzenia rządu, kiedy dziennikarz zapytał go, czy zna i może zanucić hymn belgijski. Zaskoczony Leterme zaczął śpiewać "Marsyliankę". Na szczęście oprzytomniał i zażenowany zaczął fałszywie nucić "La Brabançonne", hymn Królestwa Belgii. Najbardziej ucieszyli się karykaturzyści, wybuchła fala śmiechu, nikt nie potraktował gafy poważnie.

We Francji kilkanaście tysięcy muzułmanów, obywateli francuskich, wygwizdało "Marsyliankę" graną na otwarcie meczu piłkarskiego z Tunezją. To nie była gafa. Nikt się nie śmiał. W momencie kolosalnej zawieruchy, kiedy walił się stary świat, prezydent Sarkozy nie miał innego zmartwienia niż z gwizdania na "Marsyliankę" uczynić sprawę francuskiej racji stanu. Zwołał specjalne posiedzenie rządu, aby z całą siłą majestatu potępić "skandal", premier Fillon wyraził żal, że mecz nie został przerwany, jeden z ministrów uprzedził, że dla gwiżdżących nie będzie litości.

Wiceminister sportu zaproponował, aby spotkania z krajami Maghrebu (już dawniej gwizdano na meczach z Algierią i Marokiem) rozgrywać na prowincji albo "u nich w domu". A szefowa wiceministra sportu przebiła wszystkich: uznała, że gwizdanie na "Marsyliankę" powinno automatycznie powodować przerwanie meczu i ewakuację stadionu.

Wtedy żarty się skończyły. Można sobie wyobrazić wojnę domową wywołaną próbą ewakuacji 60 tys. oszalałych kiboli, z których połowa gwizdała na "Marsyliankę", a druga połowa gwizdała na gwiżdżących.

Na szczęście we Francji jest prasa. Ostro zareagowała na rządową państwowotwórczą paranoję w obronie rzekomo bezczeszczonej godności narodowej. Prasa naturalnie nie pochwalała gwizdania na hymn, ale poszukała diagnozy. Przypomniała, że sfanatyzowani i ogłupiali kibice futbolowi gwiżdżą wszędzie i na wszystko, ale przede wszystkim wyśmiała siłowe próby zdławienia gwizdania.

Zaproponowała poważną refleksję nad prawdziwymi powodami, dla których drugie, a czasem trzecie pokolenie muzułmanów urodzone we Francji ciągle identyfikuje się nie z państwem, którego są obywatelami, a z krajami pochodzenia ich rodziców czy dziadków. I wskazała na właściwie totalne fiasko integracji francuskich muzułmanów, na horror podmiejskich dzielnic, gdzie przecież już nie tylko gwizdano, ale palono szkoły, biblioteki i tysiące samochodów.

Tym się trzeba zająć, i nie tylko po to, aby uchronić "Marsyliankę" od gwizdów, ale aby Francja - co jest znacznie trudniejsze nawet od ewakuacji stadionów - stała się ojczyzną wszystkich swych obywateli.

Natomiast jeżeli chodzi o gwizdanie na hymny na stadionach, to mam propozycję: zlikwidować w ogóle granie czegokolwiek przed meczami. Sport jest dzisiaj kolosalnym biznesem, częścią światowego przemysłu rozrywkowego, a sportowcy, nierzadko milionerzy, powinni być identyfikowani z piłką w bramce, z futbolem i drużyną, ale nie z państwem czy narodem.

Podniesienie pół tony żelaza, precyzyjne danie w mordę czy udany karniak nie może być instrumentem ani umacniania, ani szkodzenia idei patriotyzmu czy godności narodowej. Jeżeli to wymaga grania hymnu, to owszem, popieram gwizdanie. Dlaczego nie gramy hymnów, kiedy ktoś zostaje mistrzem świata w fizyce albo literaturze i wraca do domu z igrzysk w Sztokholmie z Nagrodą Nobla?

Dzisiejszy sport zawodowy plasuje nacjonalistyczne hece w legalnym niejako łożysku. Futbol zwłaszcza to ogromna scena szowinizmu i nietolerancji. Kształtuje kiboli, a nie obywateli. Hymny i sztandary powinny zniknąć ze stadionów. Wszystko to, i dużo więcej, napisałem w "Kulturze" po olimpiadzie w Monachium. Wtedy, w roku 1972, mnie wygwizdano. Tak jak, zapewne, teraz.
 

12:34, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 21 października 2008
Piracki błąd

Surmy grają na alarm. Dwie jednomyślne rezolucje Rady Bezpieczeństwa ONZ, specjalna komisja koordynacyjna Unii Europejskiej. Flotylla okrętów wojennych w pogotowiu na miejscu, inne w drodze. Los piratów grasujących wzdłuż brzegów Somalii jest przypieczętowany. Będzie straszny.

Będzie albo nie będzie. Na razie, z wyjątkiem kilku porywaczy małego jachtu, żadnemu z gangsterów nie spadł włos z głowy. A przecież, po drugiej stronie, bilans jest imponujący: 69 statków zaatakowanych w tym roku, 30 już w służbie piratów, 11 ciągle czeka na wykup, 200 marynarzy zamkniętych w piaszczystym gułagu. Tysiące ton porwanych dóbr kosztem głodującej ludności i nie wiadomo, jak wielka suma dolarów z okupu weszła do skarbca.

Czyjego skarbca? Częściowo zapewne do kieszeni rabusiów, częściej chyba do zasobów ich szefów, mafiosów z somalijskiej jaczejki islamistycznych terrorystów.

Na razie jest spokój. Morze Śródziemne leniwie obmywa brzegi Somalii, a na porwanym niedawno ukraińskim statku "Faina" panuje dolce far niente. Pod lufami dział 5. floty USA okrążającej porwaną "Fainę" na jej pokład dostarcza się codziennie żywność i napoje. Targi trwają, zaczęło się od 30 mln dolarów, potem 20, dziś, być może w związku w kryzysem bankowym, chodzi rzekomo tylko o 8 mln.

Na wiadomość o porwaniu "Fainy" alarm ogłosiły natychmiast superpotęgi USA i Rosja. Na miejscu są trzy jednostki USA, w drodze już jest rosyjski okręt wojenny z 200-osobową załogą, uzbrojony w torpedy, rakiety, z helikopterem na pokładzie. "Faina" bowiem to nie byle statek. Somalijscy rabusie zawładnęli transportem broni: 33 czołgów T-72, artyleria, granaty, amunicja z postsowieckiego remanentu sprzedawane na całym świecie przez Ukrainę.

Choć transport jest rzeczywiście specjalny, to mobilizacja armady zdolnej do zajęcia całej Somalii tylko z powodu porwania jednego statku, nawet z bronią, wydała mi się podejrzana. Oficjalnie, jak rozumiem, USA działają z obawy, że broń może trafić do terrorystów. Rosja - bo trzech członków załogi to Rosjanie, a Moskwa swoich obywateli, jak wiadomo z Gruzji, nigdy nie opuszcza.

Mniej oficjalnie kursują rożne wersje. Jedno jest pewne: somalijscy terroryści morza dopuścili się tym razem nie tylko zbrodni, ale popełnili błąd. Można bowiem sformułować rożne hipotezy. Dwie wydają się szczególnie interesujące.

Pierwsza to ta, że to nie Kenia, a jedna z terrorystycznych wojujących stron w objętym embargiem na broń Sudanie była docelowym klientem "Fainy". I że z uwagi na "wątpliwości" co do ładunku, adresu, no i nadawcy, Moskwa postarała się o specjalne "pozwolenie" prezydenta Somalii na zwalczanie piratów na jej wodach terytorialnych, tak aby w bezpośredni ewentualnie "kontakt" z piratami pierwsi weszli Rosjanie.

I aby to oni, po przejęciu statku, dokonali, jak zwykle delikatnie, dokładnej kontroli ładunku, przesłuchali zarówno rabusiów, jak i rabowanych, i skierowali całość w bezpieczne miejsce.

Druga dotyczy dziwnego spokoju okrętów wojennej wszak 5. floty amerykańskiej, marnujących, zamiast atakować porywaczy, czas na targi o garść dolarów. Chyba że, ze względów politycznych, doszło do tajnej zgody na wspólną antyterrorystyczną akcję rosyjsko-amerykańską. Co może zaszkodzić intratnej dotąd pirackiej profesji.

Pirat, wiadomo, powinien żeglować mądrzej niż statek, którym zamierza zawładnąć. Ten z "Fainy" o tym nie wiedział. Taki błąd może być gorszy od zbrodni.

 

UPDATE: Unger ofiarą piratów

Morze Śródziemne rzeczywiście leniwie obmywa brzegi, ale nie gorącej Somalii. Za lekkomyślne przeniesienie somalijskich piratów z Oceanu Indyjskiego na Morze Śródziemne bardzo czytelników przepraszam. W szkole zawsze byłem dobry z geografii. Myślałem, że ciągle jestem, ale widocznie już mi to przeszło.

14:55, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 października 2008
Czy trzeba bać się Austrii

Nie ufam Austrii. Wiem, że to postawa irracjonalna, bo mam austriackich przyjaciół i pochodzę z polskiego Lwowa pełnego nostalgii za cesarskim Wiedniem.

Pozostaję jednak pod wpływem Szymona Wiesenthala, bezkompromisowego krytyka austriackiej hipokryzji, jej tezy o pierwszej ofierze Hitlera i jej nierozliczenia się z przeszłością. Wiesenthal nie rozumiał, jak i dlaczego cała prawie ludność cywilizowanego europejskiego kraju mogła ze ślepym entuzjazmem pójść w łapy Hitlera, lojalnie z nim współpracować i się z nim identyfikować oraz dać mu sporą kadrę współkierującą najbardziej zbrodniczym systemem na świecie.

Wynik niedawnych wyborów w Austrii potwierdził sceptycyzm Wiesenthala. W skrócie: demokratyczna koalicja w proszku, socjaldemokraci pierwszy raz poniżej progu 30 proc. głosów, konserwatyści poniżej 26 proc. (ich najgorszy wynik w ogóle); zdecydowany wzrost liczby głosów na skrajną prawicę. Lekcja jest ważna.

Choć skrajna prawica w Austrii zawsze istniała, to skala jej sukcesu alarmuje. Obie skrajne (powstałe z rozłamu) partie Haidera i Strachego uzyskały razem prawie tyle głosów co socjaldemokraci, największa formacja w Austrii.

Niepokoi przede wszystkim głos młodzieży. Austria obniżyła próg wyborczy do lat 16. Głosowało po raz pierwszy 185 tys. szesnasto- i siedemnastolatków. 40 proc. młodych oddało głos na skrajną prawicę. Co z nich wyrośnie?

No i nastąpiło wyraźne przesunięcie wyborców tradycyjnej lewicy do skrajnej prawicy. Dawniej bazą skrajnie prawicowych ugrupowań była niższa część klasy średniej i zawsze lumpenproletariat. Teraz 50 proc. głosujących na Haidera czy Strachego to robotnicy.

Czy i co z tego wynika ? Po pierwsze, skrajna prawica zmądrzała. Zostawiła w szatni nie wszystkie, ale najbardziej agresywne hasła ksenofobiczne, antyimigranckie i antysemickie; udała, że ma ludzką twarz. Posłużyła się znacznie skuteczniejszą retoryką niezadowolenia społecznego.

Po drugie, skrajne ugrupowania skupiły wokół swoich haseł całą gamę austriackich frustracji, obywateli zniesmaczonych kompromitacją, niezdolnością do dogadania się tradycyjnych partii pozostających u władzy w takim czy innym układzie od zawsze.

I w końcu Haider i Strache przejęli część mniej lub bardziej zawziętych eurosceptyków domagających się Europy mniej biurokratycznej, a bardziej prospołecznej, którzy dotąd głosowali raczej na partie z głównego nurtu.

Jeden ważny wniosek: wynik wyborów w Austrii to zarówno sukces populizmu jak i porażka Europy. Sukces populizmu, no bo przecież to wszystko stało się w Austrii, państwie prosperity, o minimalnym jak dzisiejsze czasy 5-proc. bezrobociu, niezagrożonym krachem finansowym. Porażka Europy, no bo trudno proponować, zwłaszcza młodzieży, obecny, kompromitujący i - jak to wykazał obecny krach finansowy - pozostający ciągle w niewoli egoizmów narodowych model Europy jako alternatywę do austriackiego prowincjonalnego status quo o bardziej szlachetnych aspiracjach nie wspominając.

Można na to odpowiedzieć, że nie ma rady. Że już raz po sukcesie Haidera w 2000 roku próba Europy ukarania Austrii okazała się kontrproduktywna, a także że podobne procesy zachodzą prawie wszędzie. To prawda. Wszędzie establishmenty są mniej lub bardziej kontestowane. Wszędzie, bo wszak Liga Północna we Włoszech czy w Polsce Radio Maryja nie są mniej ksenofobiczne niż Haider. Lub, nie chwaląc się, w mojej Belgii, gdzie flamandzka nacjonalistyczna prawica chce po prostu rozwalić państwo. Wszędzie, ale Austria to nie jest wszędzie. To jest Austria...
 

16:40, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 października 2008
Monachium i Gruzja


Monachium nie ma szczęścia do historii. Choć bywając tam w czasie zimnej wojny na spotkaniach z polską sekcją Radia Wolna Europa, wiedziałem, że jest to najbardziej europejskie z niemieckich miast, to nie był to nigdy dla mnie turystyczny spacerek.

Monachium było przecież kolebką nazizmu. To tam w 1923 r. Hitler podjął próbę zamachu stanu. Tam, w Dachau na przedmieściu miasta 10 lat później Himmler otworzył pierwszy obóz koncentracyjny.

To także tutaj, dokładnie 70 lat temu 29 września 1938 r., w hotelu o romantycznej nazwie Cztery Pory Roku spotkało się czterech panów: Adolf Hitler, Benito Mussolini, Neville Chamberlain i Edward Daladier, czyli przywódcy Niemiec, Włoch, Wlk. Brytanii i Francji. Dzień później podpisali układ zwany monachijskim. Przewidywał on przyłączenie do Rzeszy Sudetów, części Czechosłowacji zamieszkanej w większości przez ludność pochodzenia niemieckiego. Polska skorzystała z okazji i urwała część czechosłowackiego Śląska.

Dziś wszystko już wiadomo. Hitler groził wojną, był do niej przygotowany i, w razie odrzucenia swego ultimatum był na nią zdecydowany. Francja i Wlk. Brytania, ciągle w szoku po koszmarze lat 1914-18, nie były zaś ani chętne, ani gotowe do wojny o, jak powie Londyn, "oddalony kraj, o którym nic nie wiemy".

Oba demokratyczne państwa (i właściwie, choć jej tam nie było, także Polska) "w obronie pokoju" podpisały w Monachium najbardziej chyba kompromitujący dokument w swej historii.

I najbardziej krótkowzroczny. Kilka miesięcy później, 15 marca 1939 r., Hitler wkroczył do Pragi, likwidując jedyne wówczas naprawdę demokratyczne państwo w środkowej Europie. Jeszcze kilka miesięcy i Hitler podpisze ze Stalinem akt czwartego rozbioru Polski, dając sygnał do wybuchu wojny.

Ślepocie lub cynizmowi polityków towarzyszyło zagubienie opinii publicznej. Nie widziała katastrofy niesionej przez kapitulację w Monachium. Daladier spodziewał się gwizdów, a powitany został już na lotnisku owacją Francuzów. Chamberlain otrzymał 40 tys. listów gratulacyjnych, chociaż wymachiwał świstkiem papieru i kłamał, ku radości tłumu, że przywozi pokój.

Daladier, jak twierdzą świadkowie, rozumiał dramat sytuacji. Miał powiedzieć: - Co za durnie, nie wiedzą, co oklaskują

Podsumował wszystko Leon Blum, który pomonachijski nastrój określił jako "lâche soulagement", czyli "tchórzliwą ulgę".

Co z tego wynika ? Czy "cztery pory roku 1938" nas czegoś nauczyły np. w pozornie odległym kontekście gruzińskim?

Po pierwsze, układ z Monachium nie powstał z nicości. Zaczął się rodzić z zaniechania, z tolerancji państw zwycięskich w I wojnie światowej wobec łamania przez Niemcy traktatu wersalskiego, potem kolejnych kroków w remilitaryzacji Rzeszy, szerzenia nastroju agresji w imię hasła "przestrzeni życiowej" i "samostanowienia narodów", wreszcie Anschlussu Austrii.

Inaczej mówiąc, nie wolno, jeżeli chce się zachować wolność, znaleźć się w sytuacji, kiedy, jak w Monachium, alternatywą będzie wojna albo kapitulacja wobec szantażu. Wtedy wojskowego, dziś np. energetycznego.

Po drugie - "tylko słabość prowadzi do utraty wolności". Powiedział to Gandhi, prorok oporu bez gwałtu.

17:39, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Cena człowieka


"Nie wiem, co to jest człowiek, znam tylko jego cenę". Ten aforyzm Bertolda Brechta powinien się znaleźć jako motto wiarygodnej (bo niewiarygodne już są) biografii innego Niemca, adwokata Wolfganga Vogla.

Bestseller murowany. Byłaby to bowiem prawdziwa historia największego w Europie handlu żywym towarem. Vogel był najbardziej chyba skutecznym na świecie pośrednikiem między myśliwym a zwierzyną, w tym przypadku między więzieniem na Wschodzie a wolnością na Zachodzie.

82-letni Vogel zmarł w sierpniu, ale opóźniony temat nie stracił na aktualności. Od lat 50. aż po koniec Muru w Berlinie Vogel był pośrednikiem pomiędzy obydwoma rządami niemieckimi i, szerzej, między przestrzenią sowiecką i demokratycznym światem w wymianie szpiegów i wykupywaniu więźniów politycznych.

Zawsze elegancki, znany jako "człowiek w złotym mercedesie" (z żoną za kierownicą), przekraczał śmiercionośny Mur kiedy chciał, w obie strony, mając nie tylko pewność bezpieczeństwa, ale i gwarancję dobrych interesów. Jeżeli wolność ma cenę, to NRD zarobiła na tym handlu 2,5 mld ówczesnych dolarów. Vogel zarabiał ich 200 tys. rocznie.

Jego bilans jest imponujący, ale nie mówi wszystkiego. Vogel pośredniczył w wykupie przez Bonn około 33 tys. więźniów politycznych NRD oraz w wypuszczeniu na Zachód ponad 250 tys. osób czyli "sztuk towaru" zza Muru.

Pośredniczył w sumie w wymianie około 150 schwytanych szpiegów z 23 państw obu bloków. W tej masie były prawdziwe szlagiery. W 1962 r. Vogel wynegocjował wymianę szpiegowskiego asa KGB w USA Rudolfa Abla za zestrzelonego nad Syberią pilota amerykańskiego samolotu szpiegowskiego Gary Powersa.

W 1981 r. przywiózł w swoim mercedesie Güntera Guillaume'a, którego zdemaskowanie jako NRD-owskiego szpiega położyło kres karierze kanclerza Willy Brandta. W 1985 r. Vogel odzyskał polsko-sowieckiego agenta Mariana Zacharskiego, a rok później wykupił Anatola Szczarańskiego, słynnego radzieckiego dysydenta i późniejszego ministra w Izraelu.

Niewielu z nas jeszcze pamięta Vogla. Ja jestem Voglowi winien to wspomnienie, był bowiem, w sensie dziennikarskim, jednym z ulubionych moich postaci w sowieckim pejzażu. Gdyby dziś nauczano historii współczesnej w przyzwoity sposób, to Vogel figurowałby we wszystkich podręcznikach. Lepiej niż cała banda ukochanych przywódców i zdecydowanych dzierżymordów ucieleśniał bowiem pogardę dla człowieka, cynizm, hipokryzję i skalę mistyfikacji "obozu pokoju i socjalizmu".

Po obaleniu Muru Vogel, oskarżony o grabież majątku swoich klientów, miał kłopoty z wymiarem sprawiedliwości. Ale ten oficjalny doradca szefa NRD Honeckera doczekał się w 1993 r. wizyty w więzieniu byłego kanclerza RFN Helmuta Schmidta, który później na wieść o zgonie Vogla powiedział: - Winniśmy mu wdzięczność i szacunek.

Nie najgorzej, jak na psa myśliwskiego.

Tak jak Brecht, Vogel nie wiedział, co to człowiek, ale lepiej od Brechta znał jego cenę. Vogel nie występuje w słynnym, oskarowym filmie o NRD "Życie na podsłuchu". Ale to on był jednym z jego głównych aktorów.

17:36, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Europa Środkowa Pamięci


Europa Środkowa jest, bo pamięta komunizm i imperium ZSRR.  "Wschód to Wschód, Zachód to Zachód, nigdy się ze sobą nie spotkają" - powiedział Kipling, ale się mylił. Nie znał Krynicy. Tegoroczne Forum Krynickie osiągnęło pełnoletność. Jego osiemnasta sesja i 115 paneli ściągnęły tu ponad 1500 gości ze wszystkich stron Europy i nawet spoza.

Temat ogólny zawarty był w pytaniu: "Europa Środkowa - partner czy statysta?". Pytanie retoryczne, no bo naturalnie i jedno, i drugie. Znamienne jednak, że termin "Europa Środkowa" lub w niemieckiej wersji "Mitteleuropa" pojawił się nie tylko w haśle głównym, ale także w tytułach co najmniej kilkunastu paneli. To zabieg nieostrożny. Skąd taka moda? Nikt przecież nie wie, co to, gdzie i jaka jest ta Europa Środkowa.

Historycznie biorąc, trzeba by zacząć od Karola Wielkiego albo od cesarza moich przodków Franciszka Józefa. Semantycznie nie wiadomo, co ten termin określa: Europę Środkową czy Europę środka, "Między-Europę" czy "Rodzinną (po francusku "tamtą") Europę" Czesława Miłosza, "Młodą Europę" Rumsfelda, jeszcze "Młodszą ("cadette") Europę" Jerzego Kłoczowskiego czy "Porwaną Europę" Kundery. Polska np. leży w środkowej Europie. Czyli nigdzie. Według Mrożka Polska to "kraj na wschód od Zachodu i na zachód od Wschodu", Liebert zaś powiada, że "Ani tu Zachód, ani Wschód. Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach".

No a geograficznie? Mitteleuropa to przecież obszar bez precyzyjnie wyrysowanych granic: Wiedeń, Kraków, Wrocław, Bratysława i Budapeszt, no a gdzie mój Lwów? Inni idą znacznie dalej, włączając Bałtów, Ukrainę, część Niemiec i Rosji. Niezależnie, choć równolegle do Krynicy, bo w "Gazecie Świątecznej", Andrzej Mencwel rozpoczął właśnie druk swoich wątpliwości na ten sam temat.

Jeżeli więc rodowód Mitteleuropy jest niejasny, nazwa niewyraźna, a obszar nieprecyzyjny, to czym jest ten dziwny twór? Odpowiada mi definicja Kundery, który marzył, aby "Europa środkowa była zminiaturyzowanym modelem Europy narodów w myśl zasady: maksimum różnorodności na minimum przestrzeni". Ładnie, ale nierealnie. Począwszy od Wyszehradu, poprzez rozmaite wielokąty, nie udała się przecież żadna próba środkowo-europejskiego prawdziwego dogadania się.

Z jednym wyjątkiem. Dogadujemy się... ze strachu. Jest taka Europa, inna od reszty kontynentu. Jest Mitteleuropa pamięci i doświadczenia, ta z wyprzedaży Czechosłowacji w Monachium 1938, podziału Europy przez Hitlera i Stalina, ta między Auschwitz a Gułagiem, ta Europa, która po Jałcie została po złej stronie mapy, jest Hinterland Rzeszy i są satelici ZSRR, no i jest Europa byłych dysydentów, opozycjonistów, ta, która dziś, uparta, nie uznaje prymatu dostaw gazu nad wiernością zasadom.

To ta Mitteleuropa stanęła najpierw w obronie rewolucji na Ukrainie i w Gruzji, kazała nam być na majdanie w Kijowie, a dziś, zbrojna w zbiorowe sowieckie doświadczenie i zakodowaną nieufność wobec imperialnych ambicji nowego państwa rosyjskiego, występuje razem - we dwójkę w sprawie tarczy, a w szóstkę w obronie tak poplątanej Gruzji. Chce ściągnąć, jak kiedyś Europę do Kijowa, tak dziś NATO do Tbilisi. Budzić, z większym czy mniejszym sukcesem, rozum i sumienie reszty Europy wobec moskiewskiej próby resatelizacji "bliskich sąsiadów", protestować przeciw wymuszonej zgodzie na zmianę siłą knuta granic suwerennego państwa. Taka Mitteleuropa istnieje. Takiej Europy jeszcze nie ma.

PS W Krynicy, naturalnie na deptaku, kilka osób pytało mnie, dlaczego Adam Michnik napisał artykuł wychwalający prezydenta Lecha Kaczyńskiego za jego postawę w dramacie Gruzji. Nie wiedziałem. Ale w niedzielę Michnik był akurat pod ręką w Brukseli i go o to zapytałem. Odpowiedział: "Napisałem tak, bo tak myślałem". No i już.
 

17:35, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2008
Doktryna Miedwiediewa

"Yalta, c'est fini!" (Jałty już nie ma!) - ten prawie okrzyk prezydenta Sarkozy'ego po zakończeniu "gruzińskiego" szczytu w Brukseli pozostanie w kronikach dyplomatycznych obok "Zmarnowaliście okazję do milczenia" jego poprzednika Chiraca lub, bardziej swojskiego, "Yes, yes, yes" byłego premiera Marcinkiewicza.

Jałta, wiadomo. Panowie Churchill i Roosevelt musieli uznać fakt dokonany przez pana Stalina, którego wojska właśnie w toku konferencji kończyły zajmować połowę Europy. Stalin przyznał wtedy, że komunizm pasuje do Polski jak siodło do krowy (miał rację), po czym go jednak, nie tylko Polsce, na 40 lat narzucił.

W tym sensie, Jałta, rzeczywiście "c'est fini". Sowietów i komunizmu w Europie nie ma.

Ale Rosja jest. I to jak jeszcze! I choć dobrze, że Sarkozy przypomniał Jałtę, której już nie ma, to powinien wiedzieć, że jej idee ciągle są i się błąkają, np. po "doktrynie Miedwiediewa" (nie mylić, choć można by, z "doktryną Breżniewa").

Ta nowa głosi bardzo stanowczo "uprzywilejowane interesy" Rosji w sąsiadujących z nią regionach, przy czym "ochrona życia i godności naszych rodaków" stanowić będzie niewątpliwy priorytet jego (Rosji) polityki zagranicznej.

Dlatego zastanawiam się, czy akurat Jałta była najlepszym punktem odniesienia, po jaki mógł sięgnąć Sarkozy przy okazji gruzińskiej awantury. Oczywiście, "comparaison n'est pas raison", porównanie nie przesądza prawdy. Czy jednak, z tej właśnie okazji Sarkozy nie powinien był ogłosić "c'est fini" w odniesieniu nie tylko do Jałty, ale także do dwóch innych wydarzeń, zwłaszcza że zbliżają się ich rocznice?

Chodzi o Monachium i sprawę Sudetów we wrześniu 1938 r. oraz o czwarty rozbiór Polski też we wrześniu, ale 1939. W pierwszym wypadku rząd w Pradze zmuszony został pod naciskiem Francji i Wielkiej Brytanii do odstąpienia Hitlerowi najpierw Sudetów, a potem całego suwerennego państwa czechosłowackiego. W drugim wypadku na mocy tajnych klauzul układu Stalina z Hitlerem z sierpnia 1939 r. Polska, 1 września najechana przez III Rzeszę, została 17 dni później dobita przez Armię Czerwoną. Stalin podzielił się Polską z Hitlerem, co dało okazję do wspólnej defilady w Brześciu nad Bugiem i okazało się wstępem do II wojny światowej.

Powtarzam, Europa 2008 to nie Europa 1938, samo porównanie czy zbieżność dat nie świadczy o niczym. Ale daje do myślenia. Jeszcze kilka dni temu nikt właściwie nie wiedział, co to jest i gdzie leży Osetia, nie mówiąc już o jakiejkolwiek perspektywie "umierania" za Cchinwali. W 1938 r. rząd brytyjski nie widział powodu do wojny o "jakiś oddalony kraj, o którym nic nie wiemy", a rok później pytano z ironią, dlaczego ktoś miałby "umierać za Gdańsk". W obu wypadkach strona zaatakowana milczała: Czechów i Słowaków nie było na konferencji w Monachium, a Polaków nikt nie pytał o zdanie. Natomiast strona atakująca, czyli Hitler i Stalin, przemawiała. Powoływali się obaj mianowicie, w imię, naturalnie, obrony pokoju i praw człowieka, na to samo, co głosi Miedwiediew. Uzasadniali swoje roszczenia i czyny koniecznością obrony życia i godności rodaków, Niemców w Sudetach, Ukraińców i Białorusinów w Polsce.

Historia, wiadomo, się nie powtarza. Ale warto ją znać.
 

13:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 08 września 2008
Sycylijczycy nie chcą żadnych zmian

Sycylia, napisał Goethe (na pewno w czasie wakacji), to klucz do Włoch, a Włochy, ale to już nie Goethe, choć to także pisane na wakacjach, to klucz do Europy. I do mitu absolutnego szczęścia.

Wystarczy spojrzeć na mapę, aby zrozumieć, dlaczego nie znając Goethego, uchodźcy z nędzy Afryki są nieraz za cenę życia zdecydowani szukać nirwany we Włoszech. Kierują się ku Sycylii, a ich pierwszym krokiem na lądzie jest, jeżeli dotrą tam żywi, jedna z wysepek archipelagu pelagijskiego o nazwie Lampedusa. Bliższa brzegom Afryki niż Italii.

Otóż cytowany aforyzm Goethego jest niekompletny. Dodać bowiem należy, że jeżeli Sycylia jest kluczem do Włoch, to istnieje także klucz do Sycylii. Tym kluczem jest Lampedusa. Ale nie wyspa, lecz powieść.

Autorem "Lamparta" (włoski tytuł: "Il Gattopardo") jest Giuseppe Tomasi di Lampedusa (urodzony 23 grudnia 1896 r., zmarł w Rzymie 23 lipca 1957 r.), książę Parmy i książę Lampedusy. "Lampart" to wspaniale napisana kronika powolnej, ale nieodwracalnej agonii całej formacji i epoki historycznej, jest lepiej zresztą znana, jak zwykle bywa, z udanej adaptacji filmowej w reżyserii Viscontiego z Burtem Lancasterem (fascynujący w roli Lampedusy), Alainem Delonem no i Claudią Cardinale.

"Lampart" długo nie mógł znaleźć wydawcy i w końcu powieść wydał Feltrinelli (on także wydał "Doktora Żywago", przemyconą z ZSRR powieść Borysa Pasternaka). I miał rację, bo "Lampart" bardzo szybko stał się największym włoskim bestsellerem XX w. Kilkadziesiąt wydań, ponad trzy miliony egzemplarzy nakładu. Niestety, autor tego nie doczekał. Zmarł w 1957 r., rok przed pierwszym zwycięskim skokiem "Lamparta" na półki księgarń.

Z okazji 50-lecia pierwszego wydania amerykański wydawca postanowił wznowić "Lamparta" w nowym tłumaczeniu. Powieść i film, które specjalnie na nowo obejrzałem i teraz na wakacjach, prawie na miejscu, bo we Włoszech przeczytałem, nie mają ani jednej zmarszczki.

Każda epoka, napisał Johan Huizinga, zostawia więcej śladów swoich cierpień niż swojego szczęścia i to mimo że - dodajmy - każda z nich schodziła ze sceny historii w inny sposób.

Wszystkie miały swoich kronikarzy, historyków i pisarzy, a czasem bajkopisarzy. Ale rzadko która doczekała się tak precyzyjnego, a zarazem tak subtelnego i tak literacko znakomitego " świadectwa zgonu", co ów upalny feudalizm zakonserwowany w sarkofagu z suchego piasku małej sycylijskiej wysepki.

Wszystkie więdnące formacje mogłyby swoje literackie kroniki, jeżeli takie mają, zamknąć sceną, w której młoda republika proponuje magnatowi odchodzącej epoki miejsce senatora w demokratycznym parlamencie. "Lampart" odmawia i radzi, aby miejsce senatora zaproponować nie jemu, ale don Sedara, burmistrzowi, parweniuszowi, wzbogaconemu chłopu. "On - powiada Giuseppe Tomasi, książę Parmy, książę Lampedusy - nie ma blasku, on ma siłę".

"Lampart", w istocie sam autor, jest świadkiem i kronikarzem upadku własnej klasy i jej epoki. Nie ma pod tym względem żadnych złudzeń. Kiedy jego bratanek Tancredi, oficer Garibaldiego i zwiastun narodzin demokratycznej republiki włoskiej właśnie zaręczony (gigantyczny mezalians) ze śliczną Angeliką, córką don Sedara, przekonuje go, że "jeżeli chcesz, aby nic się nie zmieniło, to musisz zmienić wszystko", don Fabrizio odpowiada: "Sycylijczycy nie chcą żadnych zmian, uważają bowiem, że są doskonali Ich pycha jest silniejsza od ich nieszczęść ".

Tylko Sycylijczycy?
 

13:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
1968 w 2008

Kiedy Francuzi mówią o winie, a mówią często, rok jakościowo wyjątkowy określają mianem "millésime". Otóż rok 1968 był "millésime", choć nie ze względu na wino, lecz historię. Trzy wielkie wydarzenia, a więc kolejno polski Marzec, francuski Maj i naturalnie Praska Wiosna, obchodziły albo powinny były obchodzić w tym roku 40-lecie.

Z nielicznymi wyjątkami zachodnia prasa, coraz mniej czuła na historyczne wspomnienia, raczej niesprawiedliwie potraktowała te rocznice.

Polski Marzec '68, ten brutalnie złamany bunt młodzieży przeciw dyktaturze i dławieniu kultury, naprawdę przywołany został tylko w Polsce. Zagranica z minimalnymi wyjątkami milczała, chyba że ktoś gdzieś przypomniał jego antysemicki aspekt. Śmierć Praskiej Wiosny została potraktowana z większym i już widocznym szacunkiem. Ale tylko niektórzy, ci, którzy rozumieli prawdziwą lekcję Wiosny, pisali o niej obszernie nie tylko wspomnieniowo, ale także, jakże słusznie, w zestawieniu z gruzińskim - i, jak wówczas, bezkarnym - epizodem imperialnej polityki rosyjskiej.

Jedyne naprawdę wielkie święto miał francuski Maj. Celebracje, aż do przesytu, miały nas przekonać o decydującym znaczeniu Maja dla przyszłości Europy. Pewien uczony politolog oznajmił: - Maj (paryski) to rewolucja, która zmieniła chyba na zawsze oblicze Europy.

Nie ma zgody. Skromny polski Marzec i lepiej znana czechosłowacka Wiosna, wykazujące beznadzieję wszelkiej próby nadania sowietyzmowi ludzkiej twarzy, przyczyniły się w znacznie większym stopniu do zmiany oblicza Europy niż spektakularne barykady w Paryżu. Prawda, że są podobieństwa: ten sam rok, inteligenckie źródła buntu, nieufność wobec państwa, poszukiwanie innego modelu społeczeństwa. Ale tu się kończą podobieństwa, a zaczynają schody.

Polityczne cele buntu w Europie Środkowej były sprzeczne z hasłami francuskiego (i zachodniego) Maja.

Polacy, Czesi i Słowacy, bogaci w doświadczenie długich lat przemocy, niedostatku i wyrzeczeń, nie widzieli niczego złego w idei społeczeństwa konsumpcyjnego czy wolności burżuazyjnych, tak ostro zwalczanych przez młodych Francuzów. Dla Francuzów imperialistą były USA, a kolonializm nazywał się Wspólny Rynek. Dla tych za murem jednocząca się Europa była synonimem dobrobytu i wolności, a imperializm był sowiecki. Kiedy w wojnie z burżuazją francuscy studenci szukali ideowych inspiracji w obłąkanych pomysłach maoizmu, trockizmu czy gewaryzmu, a w najlepszym razie w odstalinizowanym marksizmie, ci na Wschodzie już wiedzieli najważniejsze: że sowietyzm jest niereformowalny, że dyktatura i wolność pogodzić się nie dadzą.

Kilka lat po Wiośnie Rudi Dutschke, słynny ongiś przywódca zbuntowanych studentów niemieckich, przyznał: - Naprawdę ważne wydarzenia roku 1968 działy się w Pradze, a nie w Paryżu. To w Pradze sowieckie czołgi rozjechały resztki twarzy ZSRR i komunistycznej mgły na Zachodzie.

A Leszek Kołakowski mógł wtedy ogłosić śmierć kliniczną marksizmu w Europie. Jak na dwa, każdy w innej skali, przegrane bunty przeciw dyktaturze to nie jest zły bilans. Tylko że 40 lat potem niektórzy ciągle tego nie rozumieją.
 

13:14, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25