RSS
wtorek, 21 grudnia 2004
Domino jest w ruchu
Państwo przeżarte korupcją i nepotyzmem; policja, bezpieczeństwo i wojsko - jedyna gwarancja trwałości reżimu; słabe społeczeństwo obywatelskie; czujne oko Moskwy; ludzka fala zdobywa stolicę; zaskoczony Zachód i, na koniec, 26 grudnia. Ukraina 2004? Nie, Bukareszt 1989.
15 lat temu sczezł "system Ceau escu", najbardziej odrażający szczep na komunizmie. System, gdzie najgorsze cechy sowieckiego komunizmu zostały podniesione do rangi instytucji państwowych.
Ostatni akt rozpoczął się 16 grudnia od powstania i wojskowej pacyfikacji (100 zabitych) w Timisoarze, wielkim mieście w Transylwanii. 22 grudnia fala zalała Bukareszt. Rząd wezwał do wielkiej manifestacji "poparcia dla władzy". Wielka ona rzeczywiście będzie: 100 tysięcy ludzi manifestuje nie za, ale przeciw Ceau escu, zdobywa gmach KC. Szef partii od 1965 roku, Ceau escu, tyran i nieobliczalny (zniszczył stary Bukareszt) megaloman, nieuk, ale przebiegły gracz, kilkakrotnie w sporze z linią Moskwy (nie brał udziału w najeździe Pragi w 68 roku, ale wziął udział w bojkotowanej przez obszar sowiecki olimpiadzie w Los Angelos w 84 r.), obiekt, wraz z żoną Eleną, jego złym duchem, groteskowego "kultu jednostki", próbowali uciekać, ale nawet helikopter nie pomógł.
Tyrani także mają prawo umierać w godności, ale obojgu Ceau escu się to nie udało. Finał nastąpił 26 grudnia. Powinni byli być sądzeni jak Eichmann czy Petain, przez niezależny trybunał, skazani po wysłuchaniu prawdziwego aktu oskarżenia i po obronie przez prawdziwych adwokatów. A tymczasem sądzeni byli jak Beria, kat w służbie Stalina, skazani przez sąd kapturowy, po farsie sądowej, i natychmiast, w koszmarnych okolicznościach, rozstrzelani.
"Rewolucja" rumuńska ciągle nie ma jasnego miejsca w historii. Egzekucja była nie aktem sprawiedliwości, ale operacją polityczną. Nie zemstą, ale inwestycją. Chodziło nie tyle o nieunikniony już koniec tyranii, ale przede wszystkim o interes "spadkobierców", kandydatów do schedy po satrapii. Egzekucja osłonić miała monumentalne oszustwo - spontaniczna (w zasadzie) na poziomie ulicy rewolucja była w istocie pokomunistycznym puczem, sposobem przejęcia władzy przez grupę byłych wspólników Ceau escu, którego reżim stał się, w fazie pierestrojki Gorbaczowa i krachu komunizmu w europejskiej części sowieckiego imperium, totalnym anachronizmem. Sam proces to był krwawy i cyniczny, trzeba było, ciągle nie wiadomo, czy strzałem w tył głowy, czy salwą z kałasznikowa (najpewniej kolejno oba, film-dokument z egzekucji jest zmanipulowany) obojgu Ceau escu natychmiast i na zawsze zamknąć usta, to byli bowiem świadkowie wydarzeń, w których aktorami byli kandydaci do spadku i władzy w Rumunii.
Szkoda, to jasne, że naród rumuński pozbawiony został w ten sposób, zapewne na zawsze, najważniejszego, poprzez normalny proces, źródła prawdy o swoich koszmarnych latach drugiej połowy XX wieku. Ale to właśnie w Rumunii, w naznaczonym krwią dniu 26 grudnia 1989, przestało padać domino uruchomione wiosną w Polsce, to tam zakończył się rozdział historii otwarty polskim Okrągłym Stołem. Od tego dnia można było po raz pierwszy po wojnie przejechać Europę, od Atlantyku do Brześcia, nie przekraczając żadnego muru.
Dziś domino znowu jest w ruchu. Zaczęło padać w Gruzji, toczy się po Ukrainie. Niedługo dotrze dalej. Bez, miejmy nadzieję, oszustw, kpin ze sprawiedliwości i salw z kałasznikowa.
16:02, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 15 grudnia 2004
Komu ratować twarz
W polityce ważniejsze jest to, w co się wierzy, niż to, co jest prawdziwe. Talleyrand był cynikiem i niewykluczone, że ta jego refleksja dotyczyła plotki o otruciu Napoleona na Świętej Helenie. Dotyczy ona także Juszczenki, z tą różnicą, że Ukrainiec truciznę połknął na pewno i że (na razie) udało mu się nie tylko przeżyć, ale i dać się, jako żywy męczennik, łatwiej wybrać prezydentem.
W tej sytuacji Putin ma do wyboru dwa stanowiska. Może, po pierwsze, uznać, że Wiktor Juszczenko to pragmatyk, nie anioł, ale też żaden awanturnik, bez złudzeń i co do zależności od rosyjskiego rynku, i co do wspaniałomyślności Zachodu, że można z nim robić interesy i nareszcie nawiązać z naprawdę niepodległą Ukrainą dobrosąsiedzkie, lojalne stosunki.
Byłby to wniosek słuszny, ale bolesny i bardzo w Rosji niepopularny. Dlatego nie można wykluczyć, że Władimir Putin zechce, choćby na próbę, odwrócić bieg wydarzeń. Ma wszak do dyspozycji szeroki arsenał środków. Może, po odczekaniu, sięgnąć po szantaż gospodarczy, odwołać się do "zdrowego odruchu klasy robotniczej", np. górników z Donbasu, albo, nagle, powtórzyć dobrze przećwiczony polski Grudzień, załatwić sprawę przy pomocy jakiegoś ukraińskiego generała w ciemnych okularach.
Putin zagrał ostro. Za ostro. Popełnił serię zaskakujących błędów. Ingerował w ostentacyjny sposób w wewnętrzne sprawy suwerennego państwa, brutalnie pokazał, jak Rosja chciałaby traktować swoich sąsiadów (dziś Ukraina, jutro ), fatalnie nie docenił patriotyzmu nowych Ukraińców, zaangażował cały swój prestiż po stronie oszusta i oskarżył zachodnich spiskowców o zamiar oderwania Ukrainy od rosyjskiej macierzy. No i nie wziął pod uwagę międzynarodowej koniunktury, a w tym wejścia Busha w drugą, i ostatnią, kadencję.
Że zagranica, bliska i dalsza, się wydarzeniami na Ukrainie bardzo interesowała, nie ulega kwestii. Dlaczego, nie trzeba tłumaczyć. Tylko że brutalna gra Putina, który liczył na jakąś nową "Jałtę" (wolne ręce na Ukrainie, jak w Czeczenii, w zamian za pomoc w wojnie z terroryzmem), przyniosła skutek odwrotny do zamierzonego. Nawet tak mu bliscy Chirac i Schröder musieli, razem z tymi, którzy, tak jak kiedyś, znowu "nie chcieli siedzieć cicho", poprzeć Ukraińców, euro-atlantycki zachód otrzymał wymarzoną okazję odtworzenia (na jak długo?) śladów dawnej jedności, Europa na spotkaniu z Putinem otworzyła nareszcie usta (i nie po to, aby ziewać), a Bush zapowiedział wizytę w Brukseli, umizguje się do NATO i UE. Wszyscy już rozumieją, że rosyjska "demokracja sterowana" to zawracanie głowy, a jej tolerowanie prowadzi do rozzuchwalenia Kremla i awanturnictwa za granicą. Putin strzelił sobie w nogę, ośmieszył tzw. otwarcie Rosji na świat, przekreślił własną (tyle, ile miał) wiarygodność.
Ukraina to pierwsza prawdziwa porażka Putina na scenie międzynarodowej. Putin jest w trakcie niszczenia tego, co wydawało się jego prawdziwym osiągnięciem - zaufania Zachodu i jego przekonania o nadrzędności stosunków z Kremlem kosztem np. Ukrainy.
Jakkolwiek miałyby się rozwinąć wydarzenia, postawa Zachodu nie powinna więc, wbrew temu, co sugerował pewien dyplomata, ograniczać się już do ratowania twarzy Putina. To zatruty albo otruty Juszczenko ratowania twarzy naprawdę potrzebuje. Nie w przenośni. Dosłownie.
17:28, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 07 grudnia 2004
Unia powinna zrozumieć
Ukraińcy Bastylii nie wzięli. Nie było jej w programie, a Juszczenko to nie Robespierre. Żadna instytucja z czasów Kuczmy nie została obalona. Jeżeli nic ani nikt nie przeszkodzi w wyborze Juszczenki, to jego państwo ukraińskie zacznie funkcjonować w starych ramach, powoli, w miarę możliwości, dezynfekowanych z korupcji, mafijności i wasalstwa.
Bądźmy więc ostrożni, wszystko - także najgorsze - jest wciąż możliwe, ale Ukraińcy, nagle wyprostowani, zrobili trzy kroki, od których (w każdym razie psychicznie, bo siłą można wszystko popsuć) odwrotu już nie ma.
Po raz pierwszy na Ukrainie to wymiar sprawiedliwości - sąd najwyższy - a nie intrygi polityków zadecydowały o losie państwa. Są więc jeszcze sędziowie w Kijowie. Wniosek: Ukraina może być państwem prawa, możliwa jest demokracja.
Podczas kryzysu, brzemiennego w groźne konflikty polityczne, klanowe i dzielnicowe, Ukraińcy zachowali (nie zawsze tak bywało) zimną krew. Na terytorium kraju większego od Francji nie odnotowano żadnych większych aktów gwałtu. Żadne komando ekstremistyczne nie potrafiło poważnie zakłócić spokoju tłumów. Odwrotnie: pomarańczowy apel trafił do wszystkich warstw, ujawnił zręby społeczeństwa obywatelskiego. Wniosek: stabilizacja nie pod knutem, ale poprzez świadomość obywateli jest na Ukrainie możliwa.
W analizie pomarańczowej fali Putin popełnił monumentalny błąd. W kleszczach obsesji "obszaru słowiańskiego" zaskoczony skalą i powagą rewolty zachował się jak pułkownik KGB (teraz straszy nawet Serbią i natowskimi bombami), a nie jak prezydent wielkiego zaprzyjaźnionego państwa. Po 70 latach sowietyzmu i 13 latach wasalstwa Ukraińcy, i to jest ich krok trzeci, potrafili w ciągu kilku dni znaleźć (czy na trwałe - to się okaże) rozwiązanie kryzysu całkowicie sprzeczne z "argumentami" wysuniętymi u nich w domu, osobiście przez Putina. Wniosek: między Rosją i Europą Ukraina z Juszczenką może być naprawdę niepodległa.
Demokracja, stabilizacja, niepodległość ? Na Ukrainie? Przez długi - zbyt długi - czas Unia Europejska nie mogła, nie chciała w to uwierzyć. Teraz dzięki postawie Ukraińców, przy upartej pomocy - przede wszystkim Polaków, ostrożnych ekspertów od pułapek rosyjskiej teorii "bliskiej zagranicy" - Europa, choć z oporami, musi pogodzić się z rzeczywistością. Zrozumieć, że w sprawach Ukrainy trzeba telefonować do Kijowa, a nie do Moskwy. Że mimo niewątpliwej specyfiki historii rosyjsko-ukraińskiej stosunki Unii z Ukrainą nie mogą być zakładnikiem ani funkcją jej stosunków z Rosją, że Unia musi się zdobyć na politykę wschodnią, bo to nie koniec, bo domino jest w ruchu, i że np. na Białoruś, ostatnią dyktaturę w Europie, też przyjdzie kolej. I że spokojna pomarańczowa fala dotrze także do granic Rosji, zdynamizuje demokratyczną (obecnie w proszku) opozycję w Rosji. I że Putin nie powinien być jedynym rozmówcą Zachodu w Moskwie. Że naturalnie Unia powinna dbać o dobre, jak najlepsze, partnerskie stosunki z Rosją, ale że interes Rosji polega na tym samym.
Demokracja, stabilizacja, niepodległość Te trzy filary idei europejskiej, trzy jej podstawowe wartości, zostały zdobyte przez samych Ukraińców. Czy Europa, której racja bytu na tych trzech filarach się opiera, nie powinna teraz, rysując bez demagogii i lekkomyślnych obietnic jakiś pozytywny europejski scenariusz dla Ukrainy, zrobić wszystko, aby zapewnić tym wartościom trwanie i przyszłość? Na Ukrainie. I gdzie indziej.
18:29, leopold.unger
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 listopada 2004
Nadzieja przez duże N
Jest spisek. Zdemaskowany tradycyjnie w Rosji. Car i jego Ochrana, matka KGB, odkryli sto lat temu spisek żydowski - "Protokoły mędrców Syjonu" i diabelski plan zniszczenia cywilizacji, z rosyjsko-prawosławną na czele. Stalin ujawnił "spisek trucicieli w białych kitlach" (lekarzy, którzy zamierzali wymordować lokatorów Kremla). Teraz - znowu w Rosji - ujawniony został inny spisek, w innej skali, już nie żydowski ani rosyjski, ale polski.
Zdemaskował go rosyjski politolog Siergiej Markow. Ceniony fachowiec, politolog Markow był głównym rosyjskim socjotechnikiem wysłanym na Ukrainę z odsieczą dla kandydata Janukowycza.
Ceniony niesłusznie, jako że uparcie głosił, iż jego klient ma zwycięstwo w kieszeni. Kiedy kieszeń okazała się częściowo pusta i do tego fałszywa, odkrył, że to spisek i wymysł polskich propagandzistów i że kampania wyborcza Juszczenki "została opracowana przez polską diasporę, a jej ojcem ideologicznym jest Zbigniew Brzeziński i jego dwaj synowie", którzy ściągnęli na Ukrainę i Wałęsę, i Kwaśniewskiego.
Skromną, ograniczoną tylko do Polski spiskową hipotezę Markowa rozwinął doradca prezydenta Rosji w zakresie stosunków z Unią Europejską Siergiej Jastrzembski. Doradca, też ceniony, o manipulowanie ukraińską opinią publiczną oskarżył już nie jedną dynastię, ale gremialnie "pewne siły na Zachodzie". Jakie to siły, nie precyzuje, ale jego fachowa analiza podobieństw między wydarzeniami na Ukrainie a rolą "Solidarności" w Polsce oraz aluzja do tych samych "marionetek i podobnych scenariuszy", wskazuje wyraźnie na polskie jądro spisku.
Dyskretny brak precyzji doradcy nadrobił gość Putina - prezydent Wenezueli Hugo Chavez, znany demokrata i przyjaciel Fidela Castro. Chavez poszedł dalej, rozszerzył spisek. - Nie ma - mówił - cienia wątpliwości, że wydarzenia na Ukrainie to ingerencja USA, które, wiadomo, ingerowałyby, "nawet gdyby wybory odbywały się na Marsie lub Księżycu".
Brawo. W kosmos nawet macki mędrców Syjonu nie sięgały. Ten kosmiczny spisek ma jednak pewne luki. Żaden z wymienionych demaskatorów nie wziął mianowicie pod uwagę potrójnego faktu.
Że, po pierwsze, tak jak w Polsce w 1980 r. (pod tym względem analogia jest prawidłowa) na Ukrainie narodził się spontaniczny ruch masowy, że gwałtownie (ale bez gwałtu) obudził się głód wolności, niepodległości i poczucia godności narodowej, że jest mobilizacja dużego narodu albo wielkiej jego części przeciw oszukującej, skorumpowanej i pogardzanej władzy, że chodzi o nadzieję przez duże N.
Że, po drugie, taki ruch może, i słusznie, szukać otuchy w wizji zachodniej wolności i prosperity lub w wydarzeniach, które przyniosły przełom np. w sąsiedniej Polsce, dla której Ukraina, tak jak dla Rosji, stanowi bliską zagranicę i która w sojuszu z Ukrainą chce znowu tak jak Rosja umocnić swoje miejsce na świecie.
I, po trzecie, że bez Ukraińców żadna ingerencja z zewnątrz - z Polski, Ameryki czy z Księżyca - nie potrafiłaby zamienić mroźnych i zaśnieżonych ulic Kijowa w morze nocą i dniem falującego entuzjastycznego tłumu.
Ale uwaga, do ingerencji z zewnątrz w podobnych sytuacjach - czasem gwałtem i krwią, czasem różnego typu szantażem - już dochodziło. Nigdy one w historycznej skali się nie opłaciły. W historii Rosji nie brak przykładów takich ingerencji. Może wystarczy?
12:54, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 29 listopada 2004
Trzecie wybory Putina
"Najjaśniejszy Panie, to nie bunt - to rewolucja", tak książę de Rochefoucauld wyjaśnił Ludwikowi XVI, o co chodziło Francuzom szturmującym Bastylię. Nie wiem, kto odegrał rolę Rochefoucaulda przy Putinie, ale ktoś musiał, bo prezydent Rosji do dziś nie rozumiał, o co Ukraińcom chodzi.
Putin startował już w trzech wyborach prezydenckich. Dwa razy w Rosji, raz na Ukrainie. W Rosji niczego fałszować nie musiał; na Ukrainie swoim nazwiskiem firmował zwyczajne draństwo.
Stawka, to prawda, była ogromna. Dla Kuczmy zwycięstwo Juszczenki oznacza śledztwo w sprawie korupcji, eliminacji przeciwników, fiaska reform. Putin też nie chciał przegrać. Bez Ukrainy jego projekt strefy gospodarczej zamiast umierającej Wspólnoty Niepodległych Państw legalizującej dominację Rosji jako mocarstwa regionalnego między Europą i Azją nie miałby ani szans, ani sensu.
Rosja ma na Ukrainie zrozumiałe interesy. Ale Putin przesadził. Przyzwyczajony do rosyjskiej apatii nie docenił siły i skali przywiązania Ukraińców do ich młodej demokracji i do odzyskanej godności narodowej. Putin jawi się teraz Ukraińcom jako obcy polityk, który pomógł uzurpatorowi ukraść ich zwycięstwo, który "sponsorował" największe od końca komunizmu szalbierstwo wyborcze w Europie, który potraktował Ukraińców jak wasali, a Ukrainę jak rosyjską prowincję. Praktykując kleptomanię wyborczą zamiast dyplomacji, Putin stracił możliwość wiarygodnego oddziaływania na myślenie i działanie Ukraińców.
Z punktu widzenia Zachodu jest równie źle albo gorzej. Putin niebezpiecznie zbliżył Ukrainę do modelu Gruzji Szewardnadzego, z tą różnicą, że tam nie było państwa, a na Ukrainie jest i dysponuje ono wojskiem i policją. Przyczynił się w ten sposób do wytworzenia na Ukrainie, na bardzo wrażliwym styku Europy i Rosji, stanu wysokiego napięcia, grożącego wybuchem, którego drgania zawrócą nas (do czasu, no bo w końcu wygra Realpolitik do nastrojów duchem z zimnej wojny.
Jakkolwiek się potoczą wydarzenia, impas i ukraiński cień nad Europą w ogóle, a konieczność wstydliwego wycofania się z "przedwczesnych" gratulacji dla Janukowycza w szczególności (Putin "znał" wyniki) oznaczają osobistą prestiżową klęskę prezydenta Rosji. A jego zaskakująco fatalne odczytanie stosunku sił i nastrojów na Ukrainie - poważny uszczerbek na jego politycznym autorytecie. Nie tylko na Ukrainie.
15:43, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Plotka o otruciu Arafata zatruwa przyszłość Izraela i Palestyny
Plotka to najstarszy i najszybszy sposób przekazywania informacji. Posługiwały się nią wszystkie ustroje i wszystkie systemy propagandy. Do jej antologii można dziś dodać "otrucie Arafata".
Plotka? To zależy dla kogo. Wystarczy jeden przykład. Pani Lejla Szahid, "ambasador" Palestyny w Paryżu, od razu wskazała na Izrael. "Jest wysoce prawdopodobne, powiedziała, że prezydent Arafat został otruty. To głębokie i logiczne przekonanie, które pozostanie na zawsze związane z legendą Arafata".
No i plotka poszła w świat arabski. Ta sama ulica muzułmańska, która była i jest przeświadczona, że atak na Manhattan był dziełem Mossadu, teraz przestała mieć jakiekolwiek wątpliwości, jeżeli założyć, że przedtem miała, co do śmierci Arafata.
Komu jest potrzebna ta ewidentna polityczna manipulacja, skoro, jak już wszyscy rozsądni analitycy napisali, Izrael nie miał najmniejszego interesu, aby się Arafata teraz akurat, i to gwałtem pozbywać?
Plotka możliwa była z dwóch powodów. Po pierwsze, dlatego że, od czasów rzymskich, poprzez zwłaszcza renesans, trucizna była bardzo popularnym sposobem pozbywania się wrogów czy rywali nawet, a może przede wszystkim, w wysokich, królewskich czy papieskich (Borgia) rodzinach. Przetrwała do naszych czasów, jest w arsenale rozmaitych służb specjalnych (także izraelskich), wystarczy przypomnieć (nieudane) otrucie przez Mossad jednego z przywódców Hamasu w Jordanii czy osławiony "parasol bułgarski", od którego zginął emigracyjny dziennikarz w Londynie.
Ale przede wszystkim chodzi o, jak to nazwała pani Szahid, "legendę Arafata". Jasne. Bohater rewolucji palestyńskiej Jaser Arafat nie mógł jak zwyczajny śmiertelnik umrzeć w łóżku. Musiał umrzeć w boju, w tym wypadku paść z zatrutej ręki izraelskiego skrytobójcy. Inaczej przecież byłoby dużo nekrologów, ale mało legendy.
A ponadto Arafat otruty przez Mossad to skuteczny i trwały sposób storpedowania ewentualnej próby podjęcia przez nowe kierownictwo Palestyny prawdziwych rozmów o dalekim, acz nieuniknionym kiedyś pokoju z Izraelem. Z trucicielami wszak rozmawiać nie należy. Do trucicieli, nieprawdaż, należy strzelać.
Plotka o truciźnie jest więc wrogiem pokoju, diabolizuje (na ile jeszcze to jest możliwe) Izrael, sieje zamieszanie wśród Palestyńczyków, zatruwa dialog na Bliskim Wschodzie, prowokuje konflikty między muzułmanami a Żydami, także w diasporze.
No to co robić? Jak to co? Powiedzieć prawdę! Pani Suha (wdowa) Arafat weszła już w posiadanie diagnozy. Ale, sądząc z jej "mataczenia" w czasie agonii męża, na nią liczyć nie należy. Bratanek Arafata też zna "teczkę" i twierdzi, że nie ma diagnozy i trucizny wykluczyć nie można. Dlatego do akcji powinien wkroczyć rząd francuski. Tylko on, ogłaszając prawdę o przyczynach śmierci Arafata, może zdusić plotkę u jej źródła i zneutralizować, na ile to jeszcze możliwe, jej fatalne skutki.
Milczenie rządu francuskiego spowodowane jest ustawodawstwem o tajemnicy lekarskiej dostępnej tylko rodzinie. Paryż w zasadzie ma rację. Ale tylko w zasadzie. Kiedy bowiem zasada i legalizm biorą w niewolę przyszłość dwóch co najmniej narodów i pokój w ważnym regionie świata, wtedy stają się hipokryzją i tracą rację bytu.
Plotka o otruciu Napoleona przez Brytyjczyków żyje już prawie 200 lat. Ta o otruciu Arafata może mieć równie długie życie. I znacznie gorsze skutki.
11:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
piątek, 19 listopada 2004
Choroby stanu - od Lenina i Stalina poprzez Franco do Arafata
Kiedyś, dawno temu, po kilku kolejnych zgonach lokatorów Kremla na skutek "lekkiego przeziębienia", brukselski "Le Soir" sformułował prawo, zgodnie z którym "przywódcy sowieccy mogą pokazywać się albo w pełnym zdrowiu, albo całkiem martwi, ale nigdy w stanie przejściowym". Tragifarsa, na którą złożyły się komunikaty z okresu agonii Arafata, potwierdziła ten aksjomat.
Jasne, ustroje demokratyczne mają także swoje "kłamstwa lekarskie". Ronald Reagan cierpiał na alzheimera na długo przed końcem drugiego mandatu. Georges Pompidou ukrywał oficjalnie białaczkę aż do śmierci, a François Mitterrand nie mówił o raku prostaty przez 11 lat sprawowania władzy. No, ale wiadomo, w demokracji choroba przywódcy może, ale nie musi być tajemnicą stanu, jest raczej kwestią moralną, procedura sukcesji "w razie czego" jest konstytucyjnie uregulowana, nie ma ryzyka groźnej próżni politycznej.
Dyktatury to coś zupełnie innego. Wyłączając specjalny przypadek Watykanu, Papież wszak nie może ustąpić, to Związek Sowiecki był w tej dziedzinie niedoścignionym wzorem. Tam "kłamstwo lekarskie" było, nawet za cenę śmieszności, absolutną regułą. Lenin, przez lata sparaliżowany, odcięty od świata, formalnie jednak pozostawał u władzy (z czego skorzystał Stalin, przechwytując tzw. testament Lenina, mający zagrodzić Gruzinowi drogę na Kreml). Stalin, Andropow, Breżniew oficjalnie umierali jeszcze jakiś czas po swej śmierci. Portugalski dyktator Salazar był utrzymywany w agonii przez dwa lata. Generał Franco podobnie jak Tito stał się ofiarą niesłychanego zupełnie "uporu" lekarsko-politycznego - codziennie amputowano mu jakąś część ciała.
Jaser Arafat poddany był podobnej "procedurze". Trwał w stanie zawieszenia między życiem a śmiercią przez dwa tygodnie, na temat przyczyn jego choroby krążyły tylko pogłoski, a pacjent bywał uznany za zmarłego, po czym nieboszczyk wychodził z białaczki, wpadał w stan śpiączki, głębokiej, ale odwracalnej, albo nieodwracalnej śmierci klinicznej.
Wyjście z dyktatury jest zawsze skomplikowane. Można naturalnie, jak w Syrii czy Azerbejdżanie, namaścić syna zmarłego, czy - uprzedzając wypadki, jak na Kubie - własnego brata. Na ogół jednak próżnia po dyktatorze niesie ryzyko chaosu i napięcia, konfliktu klanowych interesów. Dlatego, przy akompaniamencie żałobnej hipokryzji świata, który udaje, że nie wie, o co chodzi, każdy "dwór" gra w takim wypadku na czas. Nic dziwnego, to znak roztropności. Trzeba oddać śmierć w służbę polityki, trzeba, dopóki się da, uniknąć wojny o władzę, doprowadzić do prowizorycznych z reguły kompromisów: ustalić skład nowego kierownictwa, podział kompetencji, kontrolę "organów", wojska, policji, służb specjalnych, no i - jak w przypadku Arafata (i jego żony) - przede wszystkim uregulować kwestię dostępu do kasy. Chodzi tu o ogromne sumy (mówi się o ponad miliardzie dolarów) pozostające praktycznie w wyłącznej gestii Arafata, pochodzące ze źródeł zagranicznych, głównie z UE, źle albo wcale niepoddane jakiejkolwiek buchalterii czy kontroli.
Okoliczności zejścia Arafata nie wniosły do tej problematyki niczego nowego. Pytanie pozostaje: zdrowie i śmierć "chorych, którzy nami rządzą", to kwestia publiczna czy tajemnica państwowa? Ważny polityk ma czy nie ma prawa do prywatnego życia i prywatnej śmierci? Czy też, w imię racji stanu, musi zawsze umierać po "nadzwyczajnie udanej rekonwalescencji"?
17:09, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 10 listopada 2004
Pewniaki i pomniki
Rocznice są pożyteczne tylko o tyle, o ile służą budowaniu mostów w przyszłość. Siergiej Chruszczow, syn Nikity, szefa kompartii w latach 1953-64 i prawdziwego budowniczego muru berlińskiego, z tym się zgadza - właśnie pomaga w mobilizacji funduszów na budowę pomnika (będą to fragmenty oryginalnego muru oraz 1065 drewnianych krzyży) ku czci Niemców, którzy zginęli podczas prób ucieczki z NRD na Zachód.
Paradoks, czy prawidłowość historii - jeden Chruszczow zbudował mur, a drugi bierze udział w odsłonięciu pomnika jego ofiar. 69-letni Siergiej, obywatel USA, profesor uniwersytetu w Providence, uważa, że jest do tego "zobowiązany": - Tak jak Statua Wolności w USA, tak ten pomnik jest symbolem, o którym ludzkość nie powinna zapomnieć.
Dwie daty przyznały mu rację. Od końca II wojny światowej Europa żyła w oparciu o kilka pewników: wieczność systemu komunistycznego, trwałość podziału Berlina i Niemiec, stały konflikt między światem komunistycznym a światem wolnym, sojusz atlantycki i superpotęgę amerykańską - jedyną siłę zdolną obronić Zachód przed ekspansją komunistyczną.
Pierwsza data to 9 listopada 1989, dzień przedziurawienia muru berlińskiego. Kilka pewników legło w gruzy razem z murem - wiara w trwałość imperium sowieckiego (przeżyje tylko jeszcze dwa lata) i nieuchronność jego interwencji typu "w razie co" typu Węgry '56 czy Praga '68. Koniec muru zwiastował śmierć komunistycznej utopii. Podział na "Wschód" i "Zachód" wyszedł z użycia. Szedł nowy świat, wolny, demokratyczny i pokojowy.
Błąd. Nie szedł. Druga data, 11 września 2001, dzień ataku terrorystycznego na USA, położył kres tej nowej utopii, rozwiał nadzieje, jakie zrodziła euforia berlińska, ujawnił nowe linie rozdarcia, jakie powstały po śmierci świata dwubiegunowego i narodzinach hegemonii jednej superpotęgi. Od tego dnia widmo nowego globalnego zagrożenia (ciągle niedocenianego przez licznych Europejczyków) zaczęło krążyć nad światem. Między byłymi przeciwnikami i rywalami zrodziły się sojusze bez względu na stare czy nowe rozłamy regionalne i ideologiczne, natomiast głębokie podziały powstały między sojusznikami.
Co widać na ruinach dawnego świata? Upadek muru i atak "9-11" to dwa etapy prologu nowego porządku czy też raczej chaosu światowego - zagrożenie terrorystyczne zastąpiło groźbę sowiecką, wojna religii czy cywilizacji - zimną wojnę. Tak jak przed pół wiekiem ekstremiści ideologiczni przecięli Europę żelazną kurtyną, tak dziś fanatycy z Dżihadu chcą zbudować "żelazną kurtynę teologiczną". Tylko razem Zachód potrafi się tej groźbie przeciwstawić. Tylko że Zachód nie wie jak, no i nie jest razem.
Kissinger, człowiek wykształcony, przypomniał właśnie to, co ponad 200 lat temu na ten temat powiedział Emmanuel Kant. Otóż filozof z Królewca uznał, że świat jest skazany na wieczny pokój. Ale że nadejdzie on albo poprzez i dzięki ludzkiej zdolności przewidywania, albo poprzez serię katastrof, które nie pozostawią nam żadnego innego wyboru.
Morał: przez prawie 30 lat tysiące zajęcy biegały wzdłuż muru berlińskiego. Ulubionym zajęciem wschodnioniemieckich pograniczniaków było wtedy zapalanie benzyny uprzednio w tym celu rozlanej wzdłuż muru. W ten sposób nocą można było czasem oglądać z Berlina Zachodniego małe kulki ognia migające zygzakiem na tle ciemnego betonu.
Począwszy od 9 listopada 1989, zające już nie są palone w Berlinie. Ale ogień tli się gdzie indziej. Bez zajęcy. Z ludźmi.
17:48, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 listopada 2004
Kogo woli Putin
Poza starymi porachunkami mam jeszcze coś wspólnego z Fidelem Castro. W przeddzień każdych wyborów amerykańskich on (choć aktualnie w nie najlepszym stanie) oblicza, ilu prezydentów USA już przeżył (Bush jest chyba dziewiąty); ja sprawdzam, ilu prezydentów USA wypada na jednego lokatora Kremla. Castro oświadcza, że jemu jest wszystko jedno, że każdy z kandydatów to imperialista i że niczego dobrego nie należy się po nim spodziewać; ja piszę mój komentarz, dlaczego Kremlowi nie jest wszystko jedno, dlaczego szefowie ZSRR i Rosji głosowaliby raczej, gdyby mogli, na kandydata republikańskiego.
Wszyscy prezydenci USA odpowiadali (albo nie) na sowieckie wyzwania. Demokraci: Truman uruchomił most powietrzny i uratował zachodni Berlin od komunistycznej okupacji, Kennedy zmusił Chruszczowa do kapitulacji na Kubie i pierwszy wysłał człowieka na Księżyc. Republikanie: Reagan zneutralizował imperium zła, a Bush-senior błogosławił destrukcji muru i zjednoczeniu Niemiec. Z drugiej strony to republikanin Eisenhower pozwolił na masakrę Węgrów w 1956 r. i to demokrata Johnson nie przeszkodził Kremlowi w uduszeniu Praskiej Wiosny w 1968 r.
Dlaczego więc Putin tak ostentacyjnie woli Busha? Dlaczego w swoim poparciu dla republikańskiego kandydata w USA idzie dalej niż jakikolwiek jego poprzednik? Dlaczego w tym celu nie waha się wymyślać bredni - tej na przykład, że celem terrorystów w Iraku jest przeszkodzić w wyborze Busha?
Po pierwsze, bo taka jest imperialna natura Putina. W poparciu dla kliki Leonida Kuczmy wyruszył w bardzo grubych butach na wyprawę na Kijów. O Białorusi lepiej nie wspominać. W Polsce Gazprom się kłania.
Po drugie, bo sądzi, że taki jest jego interes: Bush się godzi na wpisanie masakry Czeczenów w ramy międzynarodowej wojny z terroryzmem, nie przeszkadza Moskwie w ingerowaniu w sprawy sąsiadów i nie widzi niczego niedemokratycznego w zaciskaniu w Rosji autorytarnej KGB-owskiej śruby.
Po trzecie, bo zna Busha. Uważa go za polityka wiarygodnego, ze strony którego nic nieprzewidzianego nie powinno Moskwy zaskoczyć. Obaj panowie utrzymują przyjacielskie stosunki oparte być może o fakt, że Bush ma dobry charakter, a obaj są przejęci ich głęboką wiarą religijną.
Ale jest i ukryte po czwarte. Chodzi o selekcję ludzi prezydenta. Demokraci mają mianowicie dziwną tendencję do dobierania sobie w charakterze najbliższego doradcy osób genetycznie antyrosyjskich, to znaczy emigrantów ze Wschodu: Polaka Zbigniewa Brzezińskiego u Cartera lub Czeszki Madeleine Albright u Clintona (Kissinger, Niemiec Nixona, nie był ze Wschodu). To tym właśnie pochodzeniem doradców Moskwa tłumaczyła zarówno niezdrowe, według niej, zainteresowanie Waszyngtonu takimi epizodami jak "Solidarność" w Polsce, jak i żenujące dla Rosji powoływanie się USA na układ z Helsinek i na prawa człowieka.
W tym kontekście John F. Kerry nie miałby najmniejszej szansy w Moskwie. Ulica moskiewska jest jakoby za Kerrym, ale Putin nie zapomniał ani o wspólnocie interesów, ani o tym, że kandydat demokratyczny nazwał plac Łubianki placem Treblinki, przy czym Moskwa nie jest pewna, czy to był tylko niezamierzony błąd. No i liczy się naturalnie również syndrom etniczny. Kerry wszak ma także, i to stosunkowo świeże, korzenie we wschodniej Europie. Świeże i podejrzane.
11:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 października 2004
Google i głupota
Postępu zatrzymać się nie da, powiadają. Głupoty także nie. John Martinkus wniósł do tej podwójnej prawdy dowód najwyższej jakości.
Martinkusowi, wolnemu strzelcowi z Australii, który pojechał do Iraku na reportaż, udał się ogólnoświatowy pozornie scoop. Został mianowicie, jak trzeba, porwany w Bagdadzie przez jedną z grup patriotycznych islamistów, spędził wśród nich w ubiegły weekend dwadzieścia godzin i uszedł z życiem. Pytanie się narzuca, jakim cudem Martinkus, o którego mało kto się upominał, uratował głowę, a dwaj francuscy dziennikarze siedzą ciągle w łapach innej islamistycznej maści porywaczy już dwa miesiące i nie mogą wyjść, chociaż cała Francja od lewa do prawa oraz cały islam od meczetu w Paryżu po Hamas w Gazie się o nich upomina?
Otóż chodzi właśnie o postęp, ten, któremu Martinkus zawdzięcza życie.
Martinkus mianowicie opowiada, że uratowała mu życie wyszukiwarka internetowa Google. W jaki sposób? Prosty. Kiedy Martinkus siedział w ciupie, czekając, aż ktoś w kominiarce poderżnie mu gardło przed kamerą, porywacze postanowili sprawdzić w internecie, kto naprawdę zacz ich chwilowy gość. I kiedy za pomocą Google'a sprawdzili, to się okazało, że Martinkus jest rzeczywiście dziennikarskim wolnym strzelcem i nie tylko nie pozostaje w najemnej służbie żadnego z mediów wrażych islamowi, ale napisał nawet kilka książek raczej godnych islamistycznej rekomendacji, m.in. o wschodnim Timorze i o życiu w Iraku przed obaleniem Saddama.
Tyle byłoby o życiodajnym postępie. Teraz będzie o zwyczajnej głupocie. Tenże Martinkus tak się przejął swym internetowym uwolnieniem, że zaczął bronić porywaczy. "Ci faceci prowadzą wojnę, ale to nie idioci ani dzikusy - powiada Martinkus. - Oni nie zabijają ot tak sobie. Oni myślą, rozmawiają z tobą". To nie wszystko. Euforia zaprowadziła Martinkusa znacznie dalej. "Z ich [porywaczy] punktu widzenia, tłumaczy nam John rodem z Google'a, istniały powody do zamordowania Bigleya [Anglika] i dwóch Amerykanów [trójka zakładników niedawno zdekapitowanych na wizji przez "tych facetów, co myślą i rozmawiają"]. Nie mieli natomiast powodów, aby mnie zabić, jako że udało mi się ich przekonać, że nic mnie nie łączy z siłami koalicji".
Historia zna różnych zakładników i różnych porywaczy. Kiedyś było to nawet w modzie i na przykład na dworze tureckiego sułtana zakładnikom, którzy wcale nie musieli być w tym celu porwani, a przyjeżdżali z inicjatywy nieraz własnego ojca i nieraz z wielkich rodów, a nawet suwerenów, żyło się bardzo komfortowo. Nie wiem, jak to nazwać, ale powiedzmy, że był to syndrom otomański. Znamy też historię zakładników wziętych przez ustaszów, skrajnych nacjonalistów chorwackich w ambasadzie serbskiej w Szwecji. Tak się ze sobą zakładnicy i porywacze zaprzyjaźnili, że prawie nie chcieli się rozstać. To się do dziś określa jako syndrom sztokholmski.
A jak nazwać oświadczenie Martinkusa? Jaki to może być syndrom? W każdym razie jego scoop, to już jasne, nie polega na tym, że uszedł z życiem z rąk porywaczy, wyposażonych i używających zarówno komputerów, jak i rzeźnickich noży, lecz na tym, że jest autorem najgłupszej i najbardziej nieodpowiedzialnej zachodniej oceny zjawiska porywania i zabijania ludzi w Iraku. Martinkus twierdzi, że porywacze z Google'em to nie idioci. Być może. O Martinkusie tego powiedzieć się nie da.
17:44, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »