RSS
czwartek, 21 października 2004
Tak wita Pekin
Pierwszy był lord McCartney. Pojechał do Chin z końcem XVIII w. i prawie zniweczył szanse na pomyślny układ handlowy. Nikt go bowiem nie uprzedził, że interesy w Państwie Środka zacząć się muszą od pokłonu czołem do ziemi przed cesarzem.
Francuski prezydent Chirac pojechał do Pekinu w XXI w. przekonany, że rozwój Chin "to szansa dla rozwoju Francji", i wiedząc, że aby ubić interes z Chinami, trzeba się kłaniać. Nadzwyczajnie mu się to udało. Pokłonów bić nie musiał, pochwały, myślał, wystarczą. Chiny, mówił więc Chirac, "powinny zająć należne im ogromne miejsce na scenie światowej"; Francja wykazuje "całkowite zrozumienie" dla stanowiska Pekinu wobec Tajwanu; embargo Unii Europejskiej na dostawy broni do Chin to "niczym nie uzasadniony anachronizm". I dyskretnie nie pisnął słowa o prawach człowieka, o Tybecie, o Ujgurach, gdzie ta broń może być potrzebna.
Prezydent Chirac będzie chyba jednak musiał wrócić do pokłonów, wymuszona euforia nie mogła bowiem ukryć tego, że wielkich interesów Francja w Pekinie nie zrobiła: ani nie sprzedała najnowszego samolotu pasażerskiego Airbusa A-380, ani ultraszybkiej kolei, ani reaktora atomowego. Chirac musiał być mocno rozczarowany. I musiał pogodzić się z rzeczywistością: Francja nie ma nafty.
Ledwo chińskie drzwi zamknęły się za Chirakiem, a już w nich stanął prezydent Putin. Ten pokłonów nie potrzebował, to jemu kłaniali się Chińczycy. Putin broni dostarcza, a ponadto ma naftę. Jeżeli Chiny zechcą utrzymać wysokie tempo wzrostu, a na pewno zechcą, to w 2005 r. przypadnie na nie ponad 9 proc. światowego zużycia ropy. Pekin liczył więc na Moskwę, na bezpośrednie podłączenie Chin do rosyjskich surowców, na budowę rurociągu między miastem Angarsk i złożami ropy na Syberii a miastem Daqing w północno-wschodnich Chinach. I się pomylił. Rosja, jak szczerze powiedział Putin, "musi dbać o swoje interesy". Zgodnie z nimi rurociąg owszem będzie, ale pójdzie, omijając Chiny, do Nachodki nad Pacyfikiem, w kierunku Japonii i Korei Północnej.
Są powody takiego wyboru. Ekonomiczne - Japończycy mają więcej pieniędzy, i strategiczne - pokojowa inwazja Chińczyków na rosyjską Syberię już stanowi problem, "rura" jeszcze by go zaostrzyła. Choć rzeczowych argumentów nie brak, Putin poszedł dalej: okazał się niewdzięczny. Chińczycy mianowicie zaczęli od gestu: podpisali układ o ostatecznym wytyczeniu rosyjsko-chińskiej granicy wzdłuż rzeki Ussuri. "Czekamy na rewanż" - powiedzieli. Ale się nie doczekali.
A przecież starsi wiekiem wiedzą, że chodzi o nie lada ustępstwo ze strony Chin. Ussuri bowiem to zarówno wielki rozdział historii, jak i wielki symbol. W latach sześćdziesiątych XX wieku doszło wzdłuż Ussuri do tak krwawych starć chińsko-radzieckich i takiego napięcia, że świat poczuł widmo wojny nuklearnej. Nic dziwnego: Ussuri to symbol tego, co Chińczycy do dziś uważają za "niesprawiedliwe traktaty" wymuszone przez carów, na mocy których Rosja odkroiła (po plasterku, jak salami) ponad 800 tys. km kw. terytorium chińskiego. Między Pacyfikiem a Ussuri właśnie.
Putin nie krył zadowolenia. "Postawiono, powiedział, kropkę nad i w kwestii problemu granicznego, którego rozwiązanie zajęło 40 lat". Mao byłby mniej zadowolony. Wielokrotnie w ciągu tych lat przypominał o krzywdzie "niesprawiedliwych traktatów". Jego spadkobiercy gotowi są rozpuścić je w ropie. Z tym że w razie czego potrafią "kropkę nad i" zwyczajnie wymazać.
15:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 października 2004
Kogo ben Laden szukał w Tabie
Była jesień 2000 r. i wakacje w Turcji. Na plaży tuż obok kilkunastoosobowa grupa Izraelczyków.
- Nie rozumiem, zahaczyłem jednego, czego tu szukacie: To samo słońce co u was, ten sam piasek, to samo morze.
- Tak, odpowiedział, ale strach nie ten sam.
Dwa lata później wyleciał w powietrze hotel z Izraelczykami w Kenii. Tam też strach był inny. Teraz, grzebiąc Izraelczyków, poszedł w gruzy Hilton w Taba. I tam też strach był inny. Izraelczycy, to jasne, chcą żyć jak normalni ludzie. Ale Izraelczycy powinni już wiedzieć, że zwłaszcza w grupie nie są nigdzie bezpieczni. Względnie bezpieczni są tylko w domu.
To jednak jest uboczny aspekt kolejnej próby "przejścia" Izraelczyków przez Morze Czerwone. Interpretowanie zamachu w Taba jako terroru w obronie Palestyńczyków to nieporozumienie. Al Kaida ma w nosie ich los. Jaką korzyść poza schadenfreude odnieśli Arabowie z ataku na wieżowce w Nowym Jorku, ze śmierci turystów w dyskotece na Bali, w synagodze w Tunisie czy w pociągu w Madrycie? Zbieg okoliczności, widoczna w masie obecność Izraelczyków, nieudolna ochrona, a także "koprodukcja", to znaczy arsenał, transport i wspólnicy na miejscu, sprawił, że w Taba za "tę samą cenę" al Kaida mogła zamordować także kilkunastu Żydów. Ale i bez Żydów do tego zamachu by doszło. Terroryści mierzyli w inny, ważniejszy cel. Dwustopniowy.
Pierwszy stopień to Hilton w Egipcie, państwie, które jako pierwszy kraj arabski odważyło się podpisać traktat pokojowy z Izraelem i utrzymywać bliskie stosunki z USA, korzystać z ich wojskowej pomocy (i ochrony), uzależnić od trującego turystycznego zalewu z Zachodu. Egipt już raz, po zamachu w Luksorze w 1997, stanął w obliczu turystycznego bojkotu i gospodarczej ruiny. Teraz da capo.
Drugi stopień to państwa muzułmańskie w ogóle, te zwłaszcza (a więc właściwie wszystkie), które są w jakimś kontakcie ze światem tego, co się określa jako wartości zachodnie. Fanatycy z al Kaidy mordują na dwa fronty. Pierwszy jest ważny, ale nie najważniejszy - wszelkiej maści "niewierni" z Żydami na czele. Jednak absolutnym celem terroru al Kaidy są państwa muzułmańskie (np. Turcja, Maroko, Arabia Saudyjska), które zdradziły Allaha, otwierając świętą ziemię islamu przed obcymi. Wojna al Kaidy to więc przede wszystkim muzułmańska wojna domowa, wojna prawdziwych wiernych z heretykami. Czy nie wystarczy przykład Iraku, gdzie w walce o przyszłą władzę w cieniu wojny z Amerykanami już zaczynają się mordować sunnici i szyici. Albo przykład Indii i Pakistanu, gdzie wylatują regularnie w powietrze meczety, kolejno - tu sunnickie, a tam szyickie? Żydzi w liturgii al Kaidy powinni naturalnie zniknąć z powierzchni ziemi. Ben Laden patrzy jednak dalej, nie ukrywa, że jego absolutnym celem jest światowy teokratyczny kalifat, do którego droga prowadzi przez odcinane głów żydowskich, amerykańskich, zachodnich w ogóle, przez zgliszcza Manhattanu i Madrytu, ale przede wszystkim przez gruzy naftowej dynastii saudyjskiej, prozachodnich muzułmańskich dyktatur (Pakistan i jego bomba atomowa) i innych oligarchii rządzonych przez apostatów.
Izraelczycy naturalnie nie powinni ułatwiać ben Ladenowi tej wojny i nie powinni w stadach wylegiwać się na egipskich czy kenijskich plażach. Ale to nie tylko ich ben Laden szukał w Taba. Szukał "krzyżowców". To znaczy nas wszystkich.
15:17, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 października 2004
Zakładnicy i agenci
James Bond to bardzo tajny agent, którego wszyscy znają. Didier Julia, najstarszy stażem, dziesięciokrotnie wybierany poseł z partii Chiraca do parlamentu francuskiego, jest także bardzo tajnym agentem, którego wszyscy znają. Z czego znają?
Z pośrednictwa w najrozmaitszych machlojkach francusko-arabskich, z przewodniczenia tuzinowi stowarzyszeń "przyjaźni" z Bagdadem, z bliskich stosunków z Saddamem Husajnem, z kampanii przeciwko sankcjom na Irak po najeździe na Kuwejt, z zaufanych kontaktów z partią Baas rządzącą do niedawna w Iraku i dziś jeszcze w Syrii.
Poseł Julia, w towarzystwie Filipa Bretta, też tajnego agenta w rejonie nafty arabskiej, którego wszyscy znają z działalności w skrajnie prawicowym Froncie Narodowym Le Pena, wszczął, nie uprzedzając nikogo, tajną naturalnie (choć ją wszyscy znali), operację zmierzającą do uwolnienia więzionych od miesięcy dwóch dziennikarzy francuskich - Malbrunota i Chesnota - oraz ich syryjskiego szofera. Osoby "tajnych agentów" wzbudzały zastrzeżenia, ale nikt ("trzeba próbować wszystkiego") nie odważył się otwarcie skontrować ich akcji, jako że wszystkie wysiłki oficjalnej dyplomacji francuskiej wspomaganej przez jej proarabską reputację, a nawet takie wątpliwej jakości organizacje jak Hamas czy Hezbollah, kończyły się całkowitą, zwłaszcza na tle euforii we Włoszech, klapą.
Po kilku dniach potwierdziły się najgorsze przewidywania - "operacja" Julia-Brett popsuła kontakty agentów rządu francuskiego z porywaczami, opóźniła (w najlepszej hipotezie) uwolnienie zakładników. Prasa francuska licytuje się w przymiotnikach, wśród których "skandal" i "oszustwo" należą do najłagodniejszych.
Cały epizod stanowiłby scenariusz bardzo śmiesznej farsy. Tu jednak nie chodzi o sztukę, tu chodzi o życie trojga ludzi znajdujących od sierpnia w rękach morderców, dramat, w który rząd i naród francuski zaangażowali cały swój autorytet. Co mogło spowodować, bo dziś już tylko to jest interesujące, że francuski poseł postanowił świadomie kłamać i kluczyć, ośmieszyć rząd francuski, a przede wszystkim cynicznie grać życiem dwóch francuskich dziennikarzy? Dwa, na razie (do końca daleko), elementy są już jasne. Po pierwsze, szmal. Pan Julia, wszak poseł z immunitetem , pośredniczył od dawna w rozmaitych brudnych interesach w Iraku, bywał w Bagdadzie z Saddamem i bez niego. Tym razem poruszał się między Paryżem a Damaszkiem i Amannem za pieniądze i na pokładzie samolotu... prezydenta suwerennego państwa Wybrzeża Kości Słoniowej pana Laurent Gbagbo w towarzystwie handlarzy bronią, dostawców panów Gbagbo i Saddama, a teraz można się domyślać czyich
Po drugie, polityka. Jeżeli bowiem dobrze poskrobać pana posła Julia, okaże się, że obok szmalu występuje także, a może przede wszystkim, manipulacja. Syria chciała zapewne się odegrać na Francji za poparcie Chiraca dla postulatu ewakuacji okupacyjnych wojsk syryjskich z Libanu. Ale to detal. Naprawdę chodzi o USA. Jak bowiem pan poseł Julia tłumaczy fiasko "operacji ratunkowej"? Jasne. To Amerykanie specjalnie ostrzelali konwój z zakładnikami, aby storpedować ich uwolnienie. Kłamstwo? Naturalnie, ale pożyteczne - jeszcze bardziej pogorszy stosunki Francji z Waszyngtonem. Kim jest Julia, już wiemy. Pytanie: kim jest Romeo?
17:57, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 września 2004
Co dalej z ONZ?
Kofi Annan, laureat pokojowej nagrody Nobla, nie potrafił zachować spokoju: wojna w Iraku, powiedział niedawno, jest nielegalna. Wybuchła dyplomatyczna burza, krótka naturalnie, ale dla Annana ryzykowna. Nie chodzi o niego, bo o trzeci mandat sekretarza generalnego i tak ubiegać się nie może. Chodzi o instytucję. Po serii bankructw ONZ Kofi Annan doszedł do wniosku, że jej reforma, wyprowadzenie jej z obecnego stanu niemożności stanowi największe wyzwanie mandatu kończącego jego karierę.
Co do diagnozy, Kofi Annan ma rację. Żaden z jego poprzedników nie posunął się tak daleko w analizie bezradności ONZ. - Nasze poważne błędy w ocenie sytuacji, nasza niemożność pojęcia wielkości zła sprawiła, że nie potrafiliśmy zapewnić mieszkańcom Srebrenicy obrony przed zaplanowaną masakrą ze strony sił serbskich - powiedział Annan. Oczywiście, Srebrenica to straszny, ale tylko symbol. Do niej można dopisać Ruandę, Sierra Leona, wschodni Timor, teraz Darfur Ludzkość - dodał Annan - oczekuje od nas czegoś więcej niż słów współczucia.
Słusznie, tylko jak to zrobić? Z tego, co przenika zza kulis w Nowym Jorku wynika, że projekt reformy już właściwie dojrzał. Kofi Annan, taki współczesny Luther wie, że zacząć trzeba od Rady Bezpieczeństwa, bez reformy której ONZ będzie nadal głównie "wyrażać współczucie".
Rada Bezpieczeństwa składa się obecnie z 15 członków: pięciu stałych (USA, Rosja, Francja, Wlk. Brytania i Chiny) z prawem weta i dziesięć "obrotowych" wybieranych co dwa lata. Rewolucja miałaby polegać na zwiększeniu liczby członków do 20 i stworzeniu nowej kategorii: siedmiu-ośmiu członków "średnio stałych" albo "bardziej obrotowych", wybieranych na pięć lat, w tym Niemcy i Japonia. I po 15 latach postanowimy, co dalej.
Tu zaczynają się schody. Ci dwuletni, ponieważ i tak byli mniej równi od innych, nie będą zadowoleni ze spadku z drugiej do trzeciej ligi. Ważniejsze, że ani Japonia, ani Niemcy nie zgodzą się na średnią klasę, bo, jako drugi i trzeci płatnik do kasy ONZ, aspirują do kategorii stałych członków Rady z prawem weta. Uprzedzając ogłoszenie reformy, kanclerz Schröder rozpoczął już kampanię na rzecz kandydatury niemieckiej. Pomija elegancko sprawę pieniędzy, ale podkreśla międzynarodową rolę Niemiec. Słusznie, tylko że Niemców zablokują Włosi. Berlusconi już napisał do Busha, że jakakolwiek reforma ONZ (czytaj akces Berlina do Rady) nie może nie uwzględnić międzynarodowego znaczenia Włoch (czytaj obecność w Iraku) i pominięcia jego kraju w hipotezie rozszerzenia RB.
Japonia jest w podobnej sytuacji. Też puka do zamkniętego klubu tych z prawem weta. Chiny, to jasne, sprzeciwią się temu, tym łatwiej, że pacyfistyczna konstytucja Japonii zabrania jej udziału w pacyfikowaniu przez ONZ konfliktów na świecie.
Pukających będzie więcej. Jeżeli Rada ma się powiększyć, to dlaczego nie o Indie albo Brazylię. No tak, tylko dlaczego Azję mają reprezentować Indie, a nie Pakistan, i dlaczego Amerykę Łacińską reprezentować ma Brazylia, a nie Argentyna czy Meksyk? A gdzie Afryka?
Krótko mówiąc, nie trzeba czekać 15 lat, żeby uznać, że tego scenariusza zrealizować się nie da i że monopol weta wielkiej Piątki, ten parawan wszelkich nadużyć, nie jest zagrożony. Najniebezpieczniejsza chwila dla każdego rządu to ta, kiedy zaczyna się reformować. Zauważył to Toqueville, kiedy ONZ jeszcze nie było. On wiedział, że Luther Watykanu nie wzmocnił.
13:17, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 22 września 2004
Putin z Sowietów
Jak Mao, tylko w odwrotnym kierunku, Władimir Putin zrobił po koszmarze w Biesłanie wielki skok do tyłu. Jego "reforma antyterrorystyczna" sprowadzająca do farsy resztkę władzy regionalnej oraz sens i istotę federacyjnej formuły państwa rosyjskiego jest rodem prosto z liturgii sowieckiej.
Jednak nic humorystycznego nie ma w sobie pytanie, w jaki sposób skupienie całej władzy na Kremlu - to znaczy nie powszechne głosowanie, lecz prezydencka nominacja gubernatora np. Czukotki, może wpłynąć na stabilizację Kaukazu. Według Putina może. Z trzech powodów.
Pierwszy jest praktyczny. Radykalne zaciśnięcie śruby, bo o to chodzi, ma być bronią absolutną w walce z korupcją, czyli - pośrednio - z terroryzmem. Jakżesz inaczej niż za łapówki mogli terroryści zdobyć fałszywe dowody osobiste, paszporty, tablice samochodowe i spokojnie dojechać do Biesłanu, złożywszy tam uprzednio ogromny arsenał? Czyż dwie Czeczenki, które zniszczyły w powietrzu dwa samoloty dostały się na pokład nie dawszy komuś w łapę?
Putin jest, to jasne, przekonany, że dla Rosji nie ma innej drogi niż wolny rynek, konkurencja, inwestycje zagraniczne itd. Jest jednak równie przekonany, że niezbędne w tym celu reformy mogą się w Rosji udać tylko pod warunkiem złamania feudalnych guberni, powszechnej korupcji, którą one kryją, kumoterstwa, no i mafijnych układów. Pogląd, że "śruba" wystarczy w walce z patologią społeczną, jest - jak wiemy - złudzeniem, ale to jest właśnie logika sowiecka, do której Putin sięgnął po Biesłanie.
Po? Biesłan to pretekst. Do logiki sowieckiej Putin sięgnął od razu po objęciu władzy. "Biuro polityczne" z Petersburga, druga wojna w Czeczenii, przejęcie wszechrosyjskich kanałów telewizyjnych, najazd na Jukos, zduszenie opozycji i wyeliminowanie jej z Dumy, teraz "śruba" w regionach - to tylko etapy. Jasne, do czystego sowietyzmu powrotu nie ma, ale tą drogą Putin prowadzi Rosję nie do demokracji, ale do państwa typu autorytarnego i policyjnego.
Drugi powód jest polityczny. Putin "autorytarny" jest w swojej roli. Inteligentny, sprytny i niedogmatyczny, Putin jest jednak produktem sowietyzmu, wychowankiem (i szefem) KGB. Putin, prezydent zacofanego, regionalnego mocarstwa, nie ukrywa nostalgii za potęgą ZSRR, za miejscem, jakie dzięki broni atomowej państwo sowieckie zajmowało na świecie. I, właśnie, choć Putin chce naprawdę reformować państwo, to po sowiecku wierzy, że tylko poprzez skupienie władzy w jednym, czyli jego ręku, może zarówno uporządkować kraj, narzucić reformy, jak i Rosji takie miejsce przywrócić.
Trzeci powód jest dyplomatyczny. Putin nie przejmuje się głosami krytyki, jakie jego dyktatorskie, lub - bądźmy ostrożni - autorytarne decyzje (nawet Jelcyn przerwał milczenie) wzbudzają za granicą. On wie, że to tylko względy przedwyborcze zmusiły Busha do skrzywienia się (i to z dużym opóźnieniem) przy lekturze doniesień z Moskwy. On wie, że udział Rosji u boku USA w wojnie w terroryzmem jest dziś dla Busha ważniejszy niż jakiekolwiek amputacje na wątłym ciele demokracji rosyjskiej.
Z Europą Putin jeszcze mniej się liczy. Geopolityka, rosyjska zdolność szkodzenia, handel, dostawy energii, stabilizacja, widoczne, choć koniunkturalne miejsce Rosji w trójkącie z Francją i Niemcami przeciw wojnie w Iraku sprawiają, że po kilku gestach Europa się uspokoi i że za rosyjską demokrację nikt tutaj umierać nie będzie.
Tak jak kiedyś za Gdańsk.
14:57, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 14 września 2004
Terror i terror
Prezydent Putin zaprosił 30 politologów i dziennikarzy zachodnich, aby ich przekonać, że zbrodnia na dzieciach w Biesłanie nie ma nic wspólnego z Czeczenią, że jest częścią międzynarodowego spisku, który posługując się islamistycznymi terrorystami, ma, jak powiedział, osłabić Rosję. Że - i to jest najważniejsze - nie ma różnicy między 11 września w Ameryce a 3 września w Rosji. Przekonywanie zajęło prezydentowi cztery godziny. Niepotrzebnie. Gościom polemizować nie wypadało. Ja nie byłem zaproszony i mogę się publicznie z Prezydentem nie zgodzić.
11 września był pierwszym atakiem na terytorium USA od Pearl Harbor, mierzył w symbole wielkości Ameryki. W chwili ataku agresor był nieznany, a szok ogromny. Zaś Rosja zwalcza Czeczenów od 300 lat, w ciągu ostatnich dziesięciu lat prowadziła dwie wojny i raz nawet podpisała z nimi układ pokojowy. Koszmarna skala zbrodni w Biesłanie przeraża, ale śmierć rosyjska czy czeczeńska nikogo tam nie szokuje.
11 września zaskoczył Amerykę. Takie scenariusze realizowane były tylko w Hollywood. Nie mieściły się ani w amerykańskiej percepcji świata, ani, niestety, w wyobraźni CIA czy FBI. To natomiast, co się stało w Biesłanie, poza naturalnie bestialstwem zbrodni, nie powinno nikogo w Rosji zaskoczyć. Terror i branie zakładników powtarzają się tam regularnie, wystarczy wymienić Budionnowsk, teatr w Moskwie, bomby w metrze i dwa samoloty zniszczone w powietrzu. Rosja powinna była więc się spodziewać wszystkiego najgorszego.
11 września był odcinkiem naprawdę międzynarodowego frontu. Jeszcze przed tą datą poszły w gruzy dwie ambasady USA w Afryce, nad Lockerbie eksplodował samolot Pan Amu, a potem była dyskoteka na Bali, hotele w Kenii czy pociągi w Madrycie. Wszystkie te zamachy uderzały w kraje demokratyczne albo leżące w ich orbicie. Żaden jednak nie uderzał w Rosję, a Moskwa nigdy nie twierdziła, że zagrożone były jej bezpośrednie interesy. Przed wydarzeniami w Biesłanie i po nich Moskwa przekonywała świat, iż terror, którego ofiarą padali Rosjanie czy rosyjskie cele, był dziełem Czeczenów, że po to, aby go wykorzenić, należy przede wszystkim zdusić czeczeński ruch niepodległościowy, że ponieważ Czeczenia to część Federacji Rosyjskiej, to konflikt czeczeński jest wewnętrzną sprawą Rosji. Nawet po masakrze w Biesłanie rosyjski minister spraw zagranicznych, pan Ławrow, ostrzegł te państwa (dyskretnie nie wymieniając ich nazw), które wyraziły nie tylko oburzenie wobec zdziczenia terrorystów, ale także zainteresowanie szczegółami akcji "ratunkowej", aby się nie mieszały w sprawy Rosji. To dopiero prezydent Putin wyeliminował Czeczenię, łącznie z nazwą, z okoliczności tragedii w Biesłanie i zwalił odpowiedzialność na "islamistyczny międzynarodowy terroryzm".
Międzynarodowy terror islamistyczny, to wiemy, istnieje. Wiemy także, że choć w większości muzułmanie nie są terrorystami, to tak się składa, że większość terrorystów to muzułmanie. Tylko że nie o to chodzi. Tak jak grożąc uderzeniem w antyrosyjski terror "wszędzie na świecie", szef sztabu gen. Bałujewski chciał ukryć krwawą fuszerkę jego wojska w Biesłanie, tak przywołując "międzynarodowy terror", prezydent Putin chciał odwrócić uwagę od klęski rosyjskiej polityki w Czeczenii. On także groził ściganiem wroga "wszędzie, nawet w kiblu" i to jego fatalna polityka zamieniła ten kraj w strefę zbrodni i terroru. W strefę terroryzmu teraz już, rzeczywiście, i czeczeńskiego, i międzynarodowego.
16:38, leopold.unger
Link Komentarze (3) »
środa, 08 września 2004
Europa i Rosja
Zachód jest na kolanach. Nie z żałoby po masakrze dzieci w Osetii (do ubiegłego piątku nikt tu nie wiedział nawet o jej istnieniu), a ze strachu przed Rosją.
Europa, choć już zjednoczona, znowu się podzieliła. Znowu jest nowa i stara. Nowa to ta, która zna Rosję, pamięta Związek Sowiecki, dyktaturę i "wieczną przyjaźń". To Marek Belka (chwała mu), który nie tylko potępił terrorystów, ale także wyraził "szok i oburzenie" wobec operacji rosyjskiej "gwałcącej wszelkie granice".
Stara to Ben Bot, holenderski szef MSZ, rotacyjny przewodniczący Rady Unii Europejskiej, który nie tylko potępił terroryzm, ale "odważył się" także wyrazić lekkie wątpliwości co do postępowania władz rosyjskich. I się natychmiast "położył", kiedy dostał po łapach od obrażonej Moskwy.
Stara Unia to przede wszystkim Francja i jej prezydent Jacques Chirac. Jej demoralizującej roli nie można przecenić. Francja rozpętała międzynarodowe piekło w obronie swoich dwóch dziennikarzy porwanych w Iraku. Słusznie, porwanych dziennikarzy i zakładników w ogóle wszyscy powinni bronić. Chirac w szoku (gorsząca niewdzięczność ze strony porywaczy: jemu, szefowi przeciwników interwencji amerykańskiej w Iraku, zrobić coś takiego?!) zmobilizował więc całą swoją dyplomację, a kiedy ta potęga niewdzięcznych terrorystów nie przekonała, wezwał na pomoc muzułmańską część społeczeństwa francuskiego i świat islamu w ogóle, aby w najbardziej pokojowy sposób wyjść z pułapki z lekką utratą twarzy, ale z życiem. I tę pomoc uzyskał, nie odrzucając haniebnego i kompromitującego poparcia takich miłujących pokój organizacji jak Hezbollah, Hamas czy mułłów na co dzień propagujących świętą wojnę z "Żydami i krzyżowcami".
Jednak ten sam Chirac nie wzywał świata muzułmańskiego do interwencji w obronie dzieci w Osetii, chociaż okrutni terroryści powoływali się na ten sam islam, nigdy nie próbował ani sam, ani poprzez dyplomację "perswazji" wobec Rosji, która w stosunku do swoich i cudzych, np. osetyjskich, zakładników nie przejmuje się ani własną twarzą, ani cudzym życiem. Której okrutna "brudna wojna" przeciw Czeczenom prowadzi do - jak to właśnie dał do zrozumienia Putin - "sowietyzacji" państwa rosyjskiego i do fatalnej dla Zachodu alternatywy. Albo Zachód będzie musiał bez przerwy "przepraszać" Moskwę, tak jak teraz holenderski minister i jak kiedyś Chirac, który bez wstydu umieścił Rosję "w pierwszym szeregu demokracji", albo zrozumieć, że taka "wspaniałomyślność" i zamykanie oczu w imię fałszywie pojętej real-polityki na postępowanie Putina prowadzi w najlepszym razie do hańby, a w najgorszym do katastrofy. A może, jakby powiedział Churchill, do obu. Do m.in. takich zmian w Moskwie i takiego wybuchu na Kaukazie, po których Zachód się będzie zastanawiać, czy Rosja leży w Europie, a odczuje, że Kaukaz tam jest.
Honor ratuje wolna prasa, na Zachodzie i w Moskwie. Po tej stronie dziennikarze ostrzegają przed skutkami "stalinizacji" Rosji i potępiają obłudę polityki Zachodu wobec Putina. W Moskwie "Niezawisimaja Gazieta" pisze o odpowiedzialności Putina za tragedię w Osetii, a "Izwiestia" - o sprzecznym z wersją oficjalną początku masakry w szkole. Kilka godzin później redaktor naczelny "Izwiestii" Raf Szakirow podał się do dymisji. Teraz Chirac zainicjuje na pewno kampanię w obronie tego dziennikarza.
13:12, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 02 września 2004
Wojna cywilizacji
"Rosyjska ruletka" - napisał dziennik "Le Figaro" o losie porwanych w Iraku dwóch dziennikarzy francuskich, w tym korespondenta tej gazety. Niesłusznie. W rosyjskiej ruletce wszyscy mają równe szanse.
Dziennikarze w niewoli morderców w Iraku szansy nie mają żadnej. Tam rewolwer z jedną kulą jest tylko w jednym ręku i nie jest skierowany do własnej skroni. Nie wiadomo, jak się to skończy. Czy i do jakiego stopnia bezprecedensowa dyplomatyczna operacja rządu francuskiego się uda i za jaką cenę.
Ale pomyśleć już warto. Po pierwsze, to nie rewelacja: dziennikarstwo to zawód niepopularny, a jeszcze mniej, zwłaszcza w reporterce wojennej, bezpieczny. Konwencje i zwyczaje chroniące dziennikarzy nie są przestrzegane na żadnej wojnie. Na wojnie w Iraku mniej niż na jakiejkolwiek innej. Tutaj nie ma linii frontu, tutaj frontu w ogóle nie ma. Tu jest nóż, strzał za węgła.
Tylko że tu nie chodzi o dziennikarzy. To tylko instrument szantażu, wyjątkowo, dzięki telewizji, skuteczny, jak widać z ogromnej mobilizacji we Francji, bardziej skuteczny niż porwanie np. szofera ciężarówki. W wypadku Francji chodzi o chusty w szkołach, dziennikarz z Rzymu zapłacił życiem za włoskich żołnierzy w Iraku.
Dziennikarze to więc pretekst, porywacze przecież wiedzą, że ani rząd francuski, ani włoski, otwarcie i oficjalnie, a tylko taka kapitulacja się naprawdę liczy, temu szantażowi ulec nie mogą. Nie szkodzi, w istocie islamistom nie chodzi ani o chusty, ani o żołnierzy, tylko o wojnę z demokracją i z niewiernymi.
Po drugie, był naiwnością pogląd, że "normalne" jest, z uwagi na politykę Berlusconiego, zamordowanie dziennikarza włoskiego, ale że dziennikarze francuscy są chronieni, że - z uwagi na negatywne stanowisko Chiraca wobec wojny w Iraku - korzystają ze swoistego immunitetu. Jasne, Francuzom może (daj Boże) uda się uratować swoich dziennikarzy (kulisy i cena pozostaną na długo tajemnicą), ale sam fakt, że tak czy inaczej, bardziej czy mniej bezpośrednio, Chirac, mimo swej antyamerykańskiej polityki, musiał wejść w jakieś negocjacje z mordercami i szantażystami lub, co bardziej prawdopodobne, ich politycznymi, wojskowymi i finansowymi protektorami, stanowi już sukces terrorystów.
Po trzecie, od chwili zamordowania w Pakistanie reportera "Wall Street Journal" Daniela Pearla (bo Żyd, dziennikarz i Amerykanin) przez praktycznie biorąc tych samych terrorystów co ci, którzy zamordowali Włocha Enzo Boldini (bo wojsko) w Iraku, wiadomo, że pewien próg "logiki" został przekroczony.
Porwanie to stara metoda terrorystów, szeroko stosowana np. kiedyś w Libanie. Ale mordowanie porwanych dziennikarzy to "wynalazek" islamistów. A to jest po prostu głupie. Dziennikarz jest przecież obserwatorem, a nie uczestnikiem, jest jedynym możliwym, zawodowo neutralnym "pośrednikiem" między porywaczami a światową opinią publiczną, jedynym posłańcem zdolnym do wiarygodnego przekazania światu tego, co terroryści mają (jeżeli mają) mu do powiedzenia.
Mordując pośrednika, terroryści ogłaszają, że w Iraku neutralnych być nie może. Iraccy terroryści nie mają pojęcia o roli i miejscu prasy w krajach zachodnich, dla nich dziennikarz to taki sam niewierny jak każdy inny.
Wniosek: zakładnikami w Iraku nie są dziennikarze, lecz jesteśmy my wszyscy. Nie w wojnie w Iraku, a w - cokolwiek sądzą zawodowo ostrożni politycy - w wojnie cywilizacji.
11:31, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 25 sierpnia 2004
Piknik narodów, czyli o pożytku z historii
Wspomnień mam tyle, jakbym miał tysiąc lat. To parafraza Baudelaire'a, która, choć nie jestem poetą, pasuje jak ulał. Wiem, że najciekawsze są te rocznice, które sami wymyślamy, ale nazbierało się właśnie kilka prawdziwych wartych uwzględnienia, i to nie tylko z powodu mojej, jak mi ktoś już to zarzucił, obsesji udowadniania, że historia nie jest "stekiem kłamstw na temat wydarzeń, które się nigdy nie wydarzyły, opowiedzianych przez osoby, które nigdy w nich uczestniczyły". To już nie Baudelaire, ale Heidegger.
Niemcy właśnie, choć raczej od wspomnień starają się uciec, wiedzą lepiej od innych, że Heidegger się myli. Czy 19 sierpnia to kłamstwo? Rok był 1989, dokładnie 15 lat temu, kiedy na granicy węgiersko-austriackiej odbył się najważniejszy chyba piknik we współczesnej historii Europy. Niewinna pozornie zabawa, w której w klimacie sowiecko-węgierskiej pierestrojki fraternizować mieli się autochtoni z przygranicznych okolic, przekształciła się w wydarzenie epokowe - pierwszy prawdziwy cios w mur berliński. Na otwarcie "pikniku" zwiało przez otwartą granicę do Austrii 700 "turystów" z NRD. Kilka tygodni później było ich już 70 tys. Mur stracił rację bytu. NRD także. Historia nabrała rozpędu.
I już się nie zatrzymała. "Piknik" bowiem oznajmił koniec pewnej i początek innej epoki, jego rocznica pozwala przypomnieć czas, o którym coraz więcej ludzi z dziwną łatwością zapomina, czas "Europy porwanej", a raczej Europy rozdartej.
Rocznica "pikniku", pierwszej prawdziwej i decydującej dziury w żelaznej kurtynie, jest poza tym pożyteczna. Wpisana jest bowiem niejako logicznie w dwa inne etapy rozpędzonej historii.
Z jednej strony "piknik" zapowiedział, tak jak o to wołał Ronald Reagan, zwalenie i rozbiórkę muru w Berlinie. Jasne, prawdziwe, wesołe święto odbyć się miało za kilka tygodni, w listopadzie, ale przy okazji warto wspomnieć - to także właściwie, choć smutna, prawie-rocznica - że 13 sierpnia (1961 roku) ten mur nagle stanął. Zanim "piknik" zaczął go niszczyć, ponad tysiąc Niemców zginęło w czasie prób pokonania żelaznej granicy.
Z drugiej strony, przypomnieć trzeba Gorbaczowa, który był na wakacjach na Krymie (wówczas sowieckim) i być może także piknikował, kiedy zaskoczył go pucz, którego próbę 19 sierpnia 1991 podjęli jego najbliżsi, na ogół pijani, towarzysze. Pucz został sfuszerowany, a jako że rocznica nie okrągła, a świat zajęty gdzie indziej nie ma czasu o niej pamiętać, Gorbaczow musiał sam o niej przypomnieć. Były pierwszy i ostatni prezydent ZSRR, laureat pokojowej Nagrody Nobla przyznanej właśnie za jego wkład w rozbiórkę żelaznej kurtyny w Europie, wykorzystał rocznicę puczu - który, warto to również przypomnieć, przyspieszył agonię i jego władzy, i jego państwa - aby publicznie w Moskwie wyrazić zaniepokojenie losem demokracji i ostrzec przed możliwym powrotem autorytaryzmu w Rosji.
Na tym klamrę otwartą "piknikiem" na granicy węgiersko-austriackiej, idącą przez mur berliński a sięgająca do Gorbaczowa, bez którego nie byłoby pikniku, a mur może zabijałby jeszcze i dziś, można by spokojnie zamknąć. Dodając jednak, że nie chodzi tu o żadną obsesję wywoływania duchów spróchniałych wydarzeń, a o świadomość, że historię trzeba znać - nie dlatego, że czyta się w niej przeszłość, ale dlatego, że można z niej wyczytać przyszłość.
11:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 17 sierpnia 2004
ONZ w Iraku
Ciszej nad tymi trumnami - można by westchnąć w pierwszą rocznicę krwawego zamachu na siedzibę ONZ w Bagdadzie. W Nowym Jorku zostanie odsłonięta tablica pamiątkowa z nazwiskami 22 ofiar zamachu. Przed gmachem zawiśnie ta sama błękitna flaga, która rok temu powiewała nad budynkiem ONZ w Bagdadzie. W stolicy Iraku jest dziś zbyt niebezpiecznie nie tylko na takie ceremonie, ale przede wszystkim na powrót międzynarodowego personelu, który miałby znowu, gdyby mógł, nieść pomoc narodowi irackiemu.
Ale o ciszę będzie trudno. I dlatego, że trudno będzie głośno nie stwierdzić, że terroryści osiągnęli swój cel i że ONZ do Bagdadu się na razie nie wybiera. Trudno się dziwić, ONZ jest bezsilna, nie znaleziono na razie kilku państw (USA są, z jasnych powodów, wykluczone) gotowych do wysłania i opłacenia kilku tysięcy żołnierzy niezbędnych do ochrony personelu ONZ.
Cicho także być nie może, bo nad ONZ unosi się czarna chmura największej chyba w historii afery korupcyjnej, w której występują połączone siły i interesy Saddama Husajna, kilkuset biznesmenów z dwudziestu dwóch państw, długa lista przedsiębiorstw, biurokracja ONZ, w tym trzech jej bardzo wysokich funkcjonariuszy, i gdzie stawką jest autorytet i wiarygodność (lub to, co jeszcze z nich zostało) Narodów Zjednoczonych i ich sekretarza generalnego.
Całość nosi nazwę "Ropa za żywność", humanitarny program, który pod firmą ONZ i pod kierownictwem jednego z jej dygnitarzy - Cypryjczyka Benona Sewana - pozwolił w 1996 roku Irakowi mimo embarga sprzedawać pewną ilość ropy, aby móc zakupić żywność, leki i artykuły pierwszej potrzeby dla ulżenia niedoli narodu irackiego dotkniętego sankcjami międzynarodowymi. Pan Sewan znalazł się w ten sposób w centrum interesów nieprecyzyjnie wycenionych na 40 do 100 miliardów dolarów.
Mniejsza o szczegóły, kilka ważnych komisji z trudem w tej chwili je bada. Ale już dziś wiadomo, że, po pierwsze, Saddam z każdej "humanitarnej" transakcji kazał nabywcom nafty i dostawcom artykułów dla ludności, przekazywać 10 proc. na swe prywatne konta za granicą. Że, po drugie, jego kontrahenci się na to godzili i przekazywali, co i jak trzeba. Że, po trzecie, wszyscy zainteresowani, także w gmachu ONZ, o tym wiedzieli, że milcząco to tolerowali i że dopiero dokumenty ujawnione przez wskrzeszone irackie ministerstwo nafty oraz awantura w prasie tej dyskrecji położyły kres. Benon Sewan (na urlopie i tuż przed emeryturą) odrzuca oskarżenia, co nie dziwi, ponieważ sam podejrzany jest o "udział w zyskach" w wysokości 3,5 miliona dolarów. Drobiazg, można powiedzieć, jako że pierwsze wnioski amerykańskiej komisji śledczej oceniają wysokość sum nielegalnie przechwyconych w trakcie realizacji ONZ-owskiego programu "Ropa za żywność" na 10 miliardów dolarów. Z tego Saddam miał zainkasować 4,5 miliarda. Ma z czego opłacić adwokatów...
ONZ nie ma dobrej opinii na świecie. Od Srebrenicy, poprzez Ruandę, po Darfur, trwa pasmo jej niemocy, żeby nie powiedzieć kompromitacji. "Ropa za żywność" tej opinii nie poprawi, ukradzionych miliardów narodowi nie przywróci. Potwierdzi tylko to, co było jasne już w chwili jej przyznania, że w 2001 roku pokojowa Nagroda Nobla dla ONZ raz jeszcze trafiła pod niewłaściwy adres.
12:07, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »