RSS
piątek, 13 sierpnia 2004
Olimpijskie śpiewanie na życzenie Putina
Wytrzymały nietknięte przez dwadzieścia siedem wieków. Padły dopiero pod ciężarem reformatorskiej pasji Władimira Putina. Prezydentowi Rosji nie wystarczyła antyczna wersja haseł olimpijskich. Do pierwszego: "citius, altius, fortius" (szybciej, wyżej, mocniej), dodał "i głośniej", a drugie: "Ważne jest uczestnictwo" (a nie zwycięstwo), uzupełnił o słowa "i śpiewanie".
Dlaczego taki rewizjonizm? Prezydent Putin jest czynnym sportowcem i zapalonym kibicem. Potroił dotacje dla sportu, a ekipę olimpijską, która powinna, tak jak w epoce sowieckiej, wysoko nieść sztandar dumy narodowej, wyposażył nawet w ikonę św. Jerzego. Putin oglądał gehennę rosyjskich piłkarzy w czasie mistrzostw Europy w Portugalii i wściekł się nie tyle porażką swojej reprezentacji, ile tym, że rosyjska drużyna piłkarska żuła namiętnie gumę podczas grania hymnu narodowego. Prezydent wezwał więc swoich sportowców, a przede wszystkim olimpijczyków, do wyplucia gumy na czas ceremonii i do śpiewania, zamiast żucia, słów hymnu narodowego.
Łatwo mówić, trudniej śpiewać. Hymn rosyjski to cała Odyseja. Nawet sportowcy nie nadążają. W 1945 r. Stalin postanowił przekonać świat o pokojowych intencjach ZSRR i zamienił Międzynarodówkę, pieśń rewolucyjną, na mniej imperialny utwór skomponowany przez Borysa Aleksandrowa. Słowa napisał Siergiej Michałkow, ale mało kto je znał, a śpiewał tylko ten, kto musiał.
No, ale do Kremla wkroczył Chruszczow, który wyprowadził genialnego językoznawcę z mauzoleum i polecił posłusznemu Michałkowowi usunąć z tekstu hymnu wszelki cień Stalina. Toże krasiwo...
Nastał Jelcyn. Hymn ZSRR, nawet w nowej wersji, tego nie wytrzymał. W zrywaniu z przeszłością Jelcyn hymnu nie oszczędził. Zmienił ten relikt komunizmu na "Melodię patriotyczną" Glinki, niewinną i wygodną, bo nie miała... słów. Sportowcy mogli więc żuć gumę, która za Jelcyna była już dostępna w handlu, a nie tylko w kontrabandzie.
Po Jelcynie nadszedł Putin. Specjaliści wiedzieli, że Putin, patriota i reformator, w poszukiwaniu nowej tożsamości narodowej postsowieckiego Rosjanina, na pewno zmieni hymn, ale spodziewali się, że wróci do imperatorskiego "Boże, cara chrani" Czajkowskiego. Tymczasem Putin wybrał inną ciągłość, nawiązał nie co cara, lecz do Stalina i przywrócił melodię Aleksandrowa. Michałkow, już do tego nawykły, znowu zmienił słowa, do zachwytów nad wielkością Rosji dodał chwałę religii, zapominając, jak trzeba, o prawach człowieka i obywatela. W ten sposób hymn, który wybrał Stalin dla Związku Sowieckiego w 1945 roku, stał się, 8 grudnia 2000 r., hymnem postkomunistycznej Rosji. Najbardziej zachwyceni są komuniści. Teraz, powiadają, każdy obywatel budzi się o 6 rano przy radiowych dźwiękach sowieckiego hymnu.
Wszystko na pozór w porządku. Rosja ma swój hymn z melodią wybraną przez Stalina i słowami wybranymi przez Putina. Tylko że poza, może, Putinem i, na pewno, Michałkowem mało kto zna i śpiewa te słowa. Powstaje więc wątpliwość, czy sportowcy zajęci przygotowaniami do igrzysk, tak aby sprostać hasłu "szybciej, wyżej, mocniej", zdążą, między Portugalią a Atenami, dodać "i głośniej", nauczyć się słów i śpiewać (a nie udawać) hymn, zamiast żuć gumę.
Moskwa zapowiada, że do Grecji jedzie najpotężniejsza z dotychczasowych reprezentacja sportowa Rosji. Na złoty medal i rosyjski hymn w Atenach nie trzeba będzie więc długo czekać. Żuć gumy w czasie hymnu złoty medalista na pewno nie będzie. Czy potrafi śpiewać? Świat drży z niecierpliwości...
14:49, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 10 sierpnia 2004
Dziennikarze jak lustra
Zahra Kazemi, 54-letnia dziennikarka pochodzenia irańskiego z kanadyjskim obywatelstwem, została aresztowana w Teheranie latem ubiegłego roku. Robiła zdjęcia przed stołecznym więzieniem, gdzie ulokowani są m.in. działacze irańskiej opozycji demokratycznej. Przez 72 godziny była przesłuchiwana przez policję i kontrwywiad. Przesłuchanie było tak dokładne, że dziennikarkę trzeba było przewieźć z urazem czaszki do szpitala, gdzie zmarła nie odzyskawszy przytomności. W Kanadzie się zatrzęsło, ale skandal nie trwał długo, naciski ustały, świat poszedł naprzód, "śledztwo" szybko ucichło, a główny oskarżony, jakiś szary agent wywiadu, został właśnie, po roku od zbrodni, uniewinniony. Z braku dowodów.
Paul Chlebnikow, 41 lat, dziennikarz, obywatel amerykański pochodzenia rosyjskiego, nie został aresztowany, a od razu zginął na ulicy w Moskwie od kul dwóch zawodowych morderców. Chlebnikow też za dużo fotografował. Jako szef rosyjskiej mutacji amerykańskiego magazynu "Forbes" Chlebnikow naraził się sporej grupie osób o potężnych wpływach i środkach działania, kiedy wiosną br. jego pismo ogłosiło listę i zdjęcia stu najbogatszych Rosjan. W momencie kiedy kilku umieszczonych na tej liście musiało, tracąc spore majątki, szukać schronienia zagranicą, a największy z nich siedzi w kryminale, sfotografowana setka potrzebowała raczej subtelnej dyskrecji niż głośnej reklamy i jeden z nich lub jakiś potencjalny kandydat do następnej setki "Forbesa" mogli, razem albo oddzielnie, postanowić unieszkodliwić sam pomysł i jego autora.
Co mieli wspólnego pani Kazemi i pan Chlebnikow? Oboje byli dziennikarzami, oboje, obcy obywatele, wykonywali swój zawód w kraju ich pochodzenia, oboje czegoś szukali: Kazemi szła tropem uwięzionych dysydentów; Chlebnikow - śladem brudnych miliardów. I wspólna będzie też bezkarność ich morderców. W Teheranie już wiadomo, że nie ma morderców, bo nie było morderstwa. W Moskwie morderstwo było, ale nie będzie mordercy. Dlaczego? Bo jeszcze nigdy mordercy, który na specjalne zamówienie zamordował dziennikarza (kilku w mieście Togliatti, Listiewa i Chołodowa w Moskwie, panią Judinę w Kałmukii), odnaleźć się nie udało.
Dziennikarstwo to wspaniały, ale ryzykowny zawód. Dziennikarze, ci nie do zastąpienia, jedyni (w granicach możliwości) wiarygodni pośrednicy między prawdą a obywatelem, giną "normalnie" - na wojnie pod kulami terrorystów jak Waldemar Milewicz w Iraku albo jak Daniel Pearl na reportażu w Pakistanie pod nożem sfanatyzowanych islamistów. Ale Kazemi i Chlebnikow zginęli "nienormalnie", podobnie jak "nienormalnie" zginęła spora część z 42 dziennikarzy zabitych w ub.r. na świecie i jak "nienormalnie" prawie tysiąc dziennikarzy znalazło się w tym samym roku (w tym hurtowo na Kubie) w tiurmach.
Prasa jest częścią danego społeczeństwa w dokładnie określonym momencie. Kiedy społeczeństwo jest demokratyczne, prasa jest także wolna; w systemie totalitarnym każdy widział, jak jest. Prawda - i jej emisariusze - to pierwsze ofiary wojny i dyktatury. Dziennikarz to tylko małe, ale wrażliwe lusterko społeczności, w jakiej działa: kiedy dziennikarze są prześladowani, a wolność prasy tłumiona, ludność już jest albo zaraz znajdzie się także pod knutem. Kiedyś do Roberta Capy, króla wojennej fotografii, zwrócił się młody reporter z żalem, że choć był na pierwszej linii frontu, to zdjęcia mu nie wyszły. "Bo ciągle byłeś za daleko" - odparł Capa. Kazemi w Iranie i Chlebnikow w Rosji byli za blisko.
15:46, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 27 lipca 2004
Co robić z terrorem?
Po starcie z Aten samolot linii TWA został porwany przez terrorystów arabskich i 60 godzin później po kilku lądowaniach wokół Morza Śródziemnego wylądował w Bejrucie. Tam dokonano selekcji pasażerów, oddzielając Żydów oraz amerykańskich wojskowych. I mordując jednego od razu kulą w kark.
To wtedy Amerykanie po raz pierwszy zrozumieli, że terror puka do ich drzwi, że paszport USA nie zapewnia bezpieczeństwa, że dziś to nie żołnierze, ale cywile, kobiety i dzieci płacą życiem za niezrozumiałe dla nich problemy odległych rejonów. Samolotem TWA Amerykanie wlecieli w epokę politycznego terroru uświadomionego. Zdali sobie przy tym sprawę ze swoich poważnych słabości strukturalnych: nie wiedzą, jak ustrzec bezbronnych ludzi przed wariatami, którzy strzelają w kark 23-letniego faceta i gotowi są do samobójstwa, byle tylko zamordować jak najwięcej białych i bogatych innowierców. Amerykanie nie rozumieją, że terroryści uważają gwałt nie za środek do celu, ale za cel sam w sobie; że wierzą, iż "gwałt jest siłą oczyszczającą jednostkę, że uwalnia jednostkę z jej wszystkich kompleksów". Że niszczy instynkt moralny człowieka, wykorzystuje wolność, jaką zapewnia system demokratyczny i jego słabość wynikającą ze sprzeczności między koniecznością zwalczania terroryzmu a środkami, do jakich demokratyczne państwo musiałoby sięgnąć, a które mogłyby się okazać niezgodne z hasłami demokracji właśnie. Że międzynarodowy terroryzm wchodzi w ogólny bilans równowagi sił na świecie ze szkodą dla Zachodu i demokracji.
Wniosek: do terroryzmu przyzwyczaić się nie można, z terroryzmem nie można żyć. Podstawowym elementem akcji zaradczej mogą być tylko autorytet, rozwaga, znajomość przeciwnika, no i przede wszystkim wola walki oraz siła przede wszystkim USA. "Terroryzm wydał wojnę Ameryce - zawołał prezydent USA. To prawda. USA powinny więc walczyć. We właściwy sposób i właściwymi środkami. Inaczej tę wojnę przegrają. A my z nimi".
Tyle cytat. Samolot TWA porwany został 14 czerwca 1985 r. Prezydentem był Ronald Reagan. Artykuł, z którego pochodzą przytoczone krótkie fragmenty, pisany był w sierpniu, a wydrukowany w "Kulturze" paryskiej we wrześniu '85, 16 lat przed atakiem na Manhattan. I 20 prawie lat przed właśnie ogłoszonym raportem Kongresu (600 stron - model tego, jak powinny i mogą pracować komisje parlamentarne) na temat okoliczności tragedii z 11 września 2001.
Raport piętnuje brak wyobraźni, zaskoczenie, nieprzygotowanie i amatorszczyznę wszystkich ogniw administracji z Białym Domem, CIA i FBI, bałagan, chorą konkurencję między poszczególnymi ogniwami aparatu antyterrorystycznego, brak koordynacji, ślepotę dyplomatów, słabość analizy (Irak zamiast al Kaidy), nieznajomość zjawiska i niezdolność rozpoznania lokalizacji sieci międzynarodowego terroryzmu i jej ochrony przez niektóre państwa zaprzyjaźnione. No i wynikające z tej ignorancji stosowanie anachronicznych, z czasów zimnej wojny i innego wroga (nie ideologiczne państwo, ale ideologię bez państwa), sposobów jego zwalczania. Konkluzja: "Państwo nie sprostało zadaniu ochrony narodu" przed islamistycznym terroryzmem.
Nic dziwnego, że tak jak Reagan zawołał po porwaniu samolotu i zabiciu JEDNEGO żołnierza amerykańskiego, tak po 11 września i śmierci 3000 cywili prezydent Bush zawołał: "Terroryzm wydał wojnę Stanom Zjednoczonym". I tak jak Reagan, miał rację. I tak jak Reagan nie wie co robić, aby móc uchronić naród.
Prezydenci USA nie czytali "Kultury". Miejmy nadzieję, że czytają raporty Kongresu.
12:23, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 lipca 2004
Zbrodnie prasy
Istnieje być może w prasie zbrodnia pośpiechu, ale istnieje na pewno zbrodnia milczenia - to tylko lekka parafraza ("pośpiech" zastąpił "niedyskrecję") refleksji François Mauriaca, dobrego pisarza i publicysty.
Teraz trzeba to udowodnić. Najpierw fakty. W piątek 9 lipca sześciu młodych Arabów i Murzynów napadło w paryskiej kolejce na kobietę z małym dzieckiem. Wołają "Żydówka", atakują nożem, a na ciele kobiety rysują swastyki. Ofiara składa skargę, policja alarmuje władze, prasę. Wybucha burza: prezydent, premier, no i prasa, wyrażają w ostrych słowach oburzenie i potępienie.
Burza trwa 48 godzin. W poniedziałek napięcie opada, bo rodzą się wątpliwości. We wtorek wiadomo: kobieta to mitomanka, wszystko wymyśliła. Znowu burza. Władza się wije w wyjaśnieniach, prasa bije się w piersi: postąpiliśmy lekkomyślnie, wszystko trzeba sprawdzać. Mea culpa wypełniła całe strony gazet. I słusznie: nie przeprowadzając własnego dochodzenia, prasa nie dopełniła swojego świętego obowiązku.
To prawda. Ale nie cała. Nie chodzi ani o rozgrzeszenie, ani o pocieszenie, ale potrzebne jest podwójne uzupełnienie.
Pierwsze to to, że prasa powinna sprawdzać wszystko, o czym informuje, tylko że w wielu wypadkach, pod szantażem wagi i zasięgu wydarzenia, konkurencji internetu, telewizji i radia, jest to po prostu niemożliwe. W specjalnych wypadkach reporterom, agencjom i policji trzeba wierzyć, trzeba założyć, że swoje zrobili, że jeżeli sami nie sprawdzili, to naprawdę nie mogli zdążyć, nie mogli czekać. Wpadki się więc zdarzać muszą i - kiedy nie są skutkiem niechlujstwa, manipulacji czy złej woli - są nieuniknioną częścią ryzyka zawodu. Na tym polega "zbrodnia pośpiechu".
Wystarczy przecież sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby wydarzenia w kolejce okazały się prawdziwe: jakie gromy by padały na prezydenta, premiera oraz naturalnie na prasę gdyby - sprawdzając!!! - wszyscy oni przez 48 godzin przemilczeli skandal! To właśnie byłaby "zbrodnia milczenia".
W kolejce, i to jest druga poprawka do diagnozy, nie doszło do antysemickiej agresji wobec kobiety z dzieckiem, nie było noży ani swastyk na ciele, ale wszyscy we Francji natychmiast w to uwierzyli. Dlaczego? Bo to jest prawdopodobne, bo przez Francję idzie fala antysemityzmu, bo napady młodych muzułmanów z przedmieść na Żydów regularnie się zdarzają (na razie bez noży, chociaż w Belgii nóż już był w robocie), ale za to obficie, ręcznie i słownie, ze swastykami i Hitlerem. Mogło więc się zdarzyć i coś gorszego. Władze i większość mediów nie podejmują zdecydowanej walki (głosów arabskich jest dziesięciokrotnie więcej niż żydowskich) z przenoszeniem do Francji konfliktu izraelsko-palestyńskiego, nie potrafią wyciszyć islamistycznej propagandy ani spacyfikować importowanych mułłów przekonujących zagubioną młodzież muzułmańską, że jeżeli nie nad Jordanem, to można wygrać wojnę z Izraelem nad Sekwaną. Przygotowały w ten sposób łoże dla poczęcia we Francji nowego rodzaju rasizmu (mieszaniny antysemityzmu i antyamerykanizmu), obrzydliwego płodu kopulacji skrajnego islamizmu ze skrajną lewicą. Paradoksalny skutek: tchórzliwa odmowa wskazania prawdziwego źródła zarazy obciąża zbiorowo i niesłusznie społeczeństwo francuskie.
Zjawisko jest ważne i niebezpieczne i nie należy go nie doceniać. Nie należy go także wyolbrzymiać. Wystarczy to, co jest.
16:23, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 13 lipca 2004
Spadek i zawód
Dobrze wyuczony zawód wart jest więcej niż duży spadek. Władimir Putin w czepku się urodził: ma jedno i drugie. Znakomicie poznał swój zawód funkcjonariusza KGB i przejął spadek po swoim mistrzu Juriju Andropowie. Ten podobnie jak uczeń i następca, tylko że 20 lat wcześniej objął rządy na Kremlu, a przedtem sprawował władzę nad KGB.
Władimir Putin pielęgnuje wspomnienia. Jednym z pierwszych jego gestów jako szefa KGB, wyniesionego nagle w 1999 r. na stanowisko premiera, było wmurowanie na siedzibie dawnej KGB (dziś FSB) na Łubiance tablicy upamiętniającej mistrza. Obecnie Putin, już nie premier a prezydent, nadał wyjątkową pompę 90. rocznicy urodzin Andropowa. Kwiaty otuliły jego grób na Placu Czerwonym, powstała sieć stypendiów dla słuchaczy szkół KGB, ze specjalnym uwzględnieniem Akademii im. Andropowa - z uwagi na jej najsłynniejszego absolwenta, obecnego szefa państwa. Wśród licznych aktów hołdu byłemu szefowi KGB właściwie brak tylko powrotu Żelaznego Feliksa na pusty cokół na Łubiance, skąd w owym wielkim sierpniu 1991 roku zrzuciły go broniące świeżutkiej demokracji wzburzone tłumy Moskwiczan.
Symbolika i znaczenie polityczne uzasadniają głębię tego wzruszenia. Andropow kierował aparatem KGB w latach 1967-1982, kiedy zajął miejsce Breżniewa. Ścigał w tym okresie w wyjątkowo ostry i "skuteczny" sposób dysydentów i wrogów politycznych - powiadały do niedawna podręczniki. Aktualna wersja jest lekko podrysowana: oficjalne wspomnienia nie mówią już, że Andropow "był twórcą skutecznych metod walki z dysydentami", a co brzmi aktualnie - "z terrorem". Andropow rządzić ZSRR właściwie nie zdążył, bo umarł w 1984 roku. Ale - mistrz manipulacji - potrafił przekonać zarówno bliskich współpracowników, co i niektórych zachodnich sowietologów, że jest szefem twardym i wymagającym, ale pragmatycznym, o tendencjach reformatorskich, ponieważ dzięki wszechobecnej ośmiornicy KGB on jeden znał dokładnie stan państwa i zrozumiał, że poza reformą dla reżimu zbawienia nie ma.
Fachowcy dopatrują się podobieństw między polityką Mistrza a obecną wersją autorytarnej "kontrolowanej demokracji" jego najlepszego ucznia. Sądzę, że takie porównanie krzywdzi Putina. Putin naprawdę reformuje Rosję. Na swój sposób.
Sprawa Chodorkowskiego to dobry przykład. Podobne afery "toute proportion gardée" z Bierezowskim, Gusińskim czy innymi, Putin załatwiał szybko i bezboleśnie, dążąc do możliwie bezszmerowego zagrabienia ich mienia (przede wszystkim stacji telewizyjnych). Pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego właśnie sprawie Chodorkowskiego Putin nadał taki rozgłos? W jakim celu otoczył ją tak ogromną ostentacją? Pieniądze mógł zagrabić i Jukos przejąć, to już widać, także bez operacji na skalę wojskowych manewrów i to przed kamerami całej Rosji i świata?
Operacja "Chodorkowski" cieszy się wyjątkową popularnością wśród ludu rosyjskiego: człowiek powiązany z Zachodem, biznesmen w amerykańskim stylu, rekin, który chciał zubożyć Rosję, liberał, no i Żyd czegóż więcej trzeba, aby z braku "chleba" dać narodowi "igrzyska". Może dlatego, że tego "chleba" będzie mniej, że np. nie obejdzie się bez generalnej podwyżki cen ropy i energii w ogóle. Założenie, że zajęci igrzyskami Chodorkowskiego i pogromem oligarchów Rosjanie ograniczą dobrowolnie (jak nie, to sobie poradzimy) konsumpcję chleba, to jest właśnie coś z repertuaru taktycznego reformatora Andropowa. Spadek widać jest jak DNA - nie można sobie wybrać innego.
11:28, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
środa, 30 czerwca 2004
Sarajewo 1914
Prawdziwy bohater, powiada cynik, to ten, który umiera za sprawę, w którą nie wierzy. Nie zawsze. Gawriło Princip zginął, bo wierzył w serbską Bośnię i wierzył, że mordując arcyksięcia Franciszka-Ferdynanda, następcę tronu cesarstwa austro-węgierskiego, przyczyni się do powstania niepodległego państwa południowych Słowian.
Reszta jest znana. Arcyksiążę zginął, Austria wypowiedziała wojnę Serbii odpowiedzialnej, zdaniem Wiednia, za zamach, Rosja przyłączyła się do Serbii, Niemcy - do Austrii, Francja i Wielka Brytania do Rosji i Serbii, później do wojny weszły Stany Zjednoczone, a nawet Chiny, w końcu mięso armatnie 30 państw mordowało się wzajemnie przez ponad cztery lata. Princip został bohaterem ponad wszelkie oczekiwania, nikt nie przypuszczał, że do tego stopnia: pozostawił na rozmaitych polach bitwy ponad 10 milionów zabitych.
Dlaczego o tym dziś rozmawiamy? Z przyczyn pedagogicznych: do zamachu doszło dnia 28 czerwca 1914, czyli dokładnie 90 lat temu. Taką rocznicę warto uszanować, albowiem, z wyjątkiem zawodowych historyków i zwolenników Karadżicia, nikt już nie wie, że dzień 28 czerwca 1914 roku, dokładnie 90 lat temu, uznany jest za początek pierwszej wojny światowej, i że to tego dnia, a nie, jak wszyscy sądzą 31 grudnia 1899, skończył się naprawdę wiek XIX, a zaczął XX.
Z przyczyn także filozoficznych, z rozważań nad losem bohaterów. Im dalej od aktu bohaterstwa, tym bardziej zrelatywizowana jest tego aktu – i bohatera – ocena. W Jugosławii Princip był dla Serbów, Chorwatów i muzułmanów (w Jugosławii to była narodowość) obowiązkowym bohaterem. Kiedy się titowskie imperium rozleciało, rozwiał się także mit Principa. Dziś dla Muzułmanów i Chorwatów Princip to serbski nacjonalista, terrorysta i morderca.
Ale najważniejszy jest powód, nazwijmy go, polityczny. Swym okrucieństwem, pogardą dla życia ludzkiego, haniebnymi stosunkami w armii, cynizmem wobec losu żołnierzy i ludności w ogóle, pierwsza wojna światowa zniszczyła pełny zestaw wartości, które, wydawało się, tkwiły u podstaw europejskiej cywilizacji. To z zatrutej (w przenośni, ale i dosłownie -  gazami) gleby tej wojny wyrosły dwa najstraszliwsze totalitaryzmy, które, mimo różnic jakie w sferze “motywacji” między nimi zachodzą, razem skazały na śmierć demokrację, tolerancję, liberalizm, prawdę i prawa człowieka, i razem, wspólnie, choć każdy na swój sposób, zamieniły Europę w piekło i czarną dziurę świata. Bękarty wojny - bolszewizm i nazizm - wniosły do polityki to, co wyniosły z okopów pierwszej światówki: nawyk gwałtu, zwyczajność skrajnych zbrodniczych odruchów, pogardę dla jednostki, jej podrzędność wobec kolektywu, bezkarność hierarchii, łatwość manipulacji ideowej i zamiany prawdziwego patriotyzmu w nacjonalistyczny fanatyzm, a słusznego gniewu wobec wojskowej nędzy i poniżenia w poddaństwo uzurpatorom. Fatalne traktaty (Wersal itp.) dokonały reszty, do poczucia klęski doszło poniżenie i pauperyzacja pokonanych.
Spór o różnice i podobieństwa obu totalitaryzmów trwa nadal. Ale wspólne jest ich mesjanistyczne dążenie do stworzenia za wszelką cenę “nowego człowieka”, sojusz terroru i ideologii jako sposób realizacji tego celu. I wspólny jest wniosek: oba nieuchronnie kończą na zbrodni i ludobójstwie. Oba razem to klucz do zrozumienia XX wieku. Princip jest zapomniany, ale sądząc ze stanu świata, ten klucz się może jeszcze przydać.
20:50, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 czerwca 2004
Futbol i Europa
Futbol to nie jest sprawa życia czy śmierci. To coś znacznie ważniejszego. Na tle Euro 2004 w Portugalii jest to tylko lekka przesada. Nikt przecież tego nie powie o równoległej imprezie, to znaczy eurowyborach do europarlamentu, które zainteresowały w UE niespełna połowę z uprawnionych do głosowania, czyli ok. 130 milionów obywateli. Europiłkę obejrzy ponad 10 miliardów widzów.
Wspólna nazwa ma coś z przeznaczenia. Eurounia i europiłka powstały równocześnie z końcem lat 50., rosły razem i razem przechodziły wszystkie historyczne progi kolejnych "transformacji" i "restrukturyzacji" kontynentu. Z mapy kontynentu i z jego stadionów znikły Związek Sowiecki i NRD, Jugosławia i Czechosłowacja. Minęły czasy, kiedy Franco zabraniał swoim sportowcom mierzyć się z Sowietami lub kiedy Dania cudem wcisnęła się do Euro 1992 (i wygrała!) na miejsce zwolnione przez Jugosłowian zajętych wówczas wojną prawdziwą, a nie futbolową.
Futbol świata nie zmieni, ale odgrywa (dosłownie i w przenośni) specjalną rolę w czasach integracji, globalizacji i regionalizacji, trzech równoległych procesów wpływających na zanik, na atrofię specyficznych cech narodowych. W obliczu tych raczej naturalnych i nieuchronnych tendencji futbol poza kolosalną zabawą daje w zasadzie (kasa!!! gwiazdy kosztują) małym i dużym równe szanse na starcie, wiąże patriotyzm i życie codzienne, dumę narodową ze sprawami zwyczajnych ludzi, wyzwala i umacnia poczucie tożsamości narodowej i jej odrębność wobec innej, pozwala na spontaniczny odruch entuzjazmu narodowego, powoduje tłumny śpiew hymnu narodowego, jeżeli tłum zna jego słowa. Inaczej mówiąc, futbol jak wicher rozwiewa strachy rozsiewane przez rozmaite ligi (nie piłkarskie) przed widmem Europy niszczącej to wszystko, co najdroższe w duszy i sercu prawdziwego Polaka (Niemca, Francuza, niepotrzebne skreślić).
Powoli, jest druga strona medalu. Ten sam wicher niesie szowinizm, słowa hymnów opiewają nacjonalizm, rodzi się natychmiast nastrój gwałtu i nietolerancji. Mecze futbolowe to pedagogika nienawiści, zgodnie z tym, jak uczył szachista Bobby Fischer, ale w futbolu nie jest inaczej: "Żeby wygrać trzeba nienawidzić przeciwnika". Ktoś inny dodał: "Futbol to wojna, ale bez ofiar". Nieprawda, z ofiarami. W Monachium atleci izraelscy zostali zmasakrowani przez Palestyńczyków, ale piłka natychmiast wróciła na boisko. Na stadionie Heyzel w latach 80. w Brukseli zginęło zadeptanych w tłumie kilkudziesięciu kibiców, ale Juventus i Manchester swój "finał na trupach" rozegrali. W ciągu kilku lat sport zaliczył 800 zabitych. Na stadionach, nie licząc zniszczeń, jakie sieją kibice po laniu spuszczonym ich drużynie.
Stadiony przypominają pola bitwy, boiska sprawiają wrażenie dżungli, gdzie wszystko zmierza od oplucia przeciwnika do zniszczenia go siłą, gdzie szerzony jest kult jednostki ze sprawną nogą, lewą czy prawą. Po meczu w 1945 r. Orwell powiedział: "Sport jest niewyczerpanym źródłem najgorszych instynktów".
Jest jednak tak popularny, że gdyby kandydata na przewodniczącego Komisji Europejskiej, którego szczyt w Brukseli nie potrafił wyłonić, wybierali tego dnia piłkarze i kibice, to zostałby nim na pewno Zidane. Byłoby to może z korzyścią dla Europy (dużo gorzej być nie może), tylko że niestety na razie się na to nie zapowiada. Jak to już dawno zauważył Słonimski: "Świat nie jest piłką futbolową, świat się podbija głową, głową, głową". Nie każdą, ale jednak.
15:50, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 15 czerwca 2004
Ronald Reagan był prezydentem, który trafił w swój czas
Prawdziwa wielkość różnych postaci historycznych przejawia się także w paradoksie, że jeszcze długo po ich śmierci nie ma pewności, iż już nie żyją. Po długim tygodniu pełnym nostalgii i jakby żalu za rajem utraconym, jaki Amerykanie właśnie sobie zafundowali, można się zastanawiać, czy Ronald Reagan był wystarczająco wielki, aby zmieścić się w tym paradoksie.
Jeżeli pominąć Waszyngtona, Lincolna, Jeffersona i Roosevelta, którzy mają swoje pomniki w stolicy, konkurencja nie jest zbyt ostra. Kennedy rządził za krótko, Truman opuścił Biały Dom, mając zaledwie 23-procentowe poparcie, Nixona załatwiła afera Watergate, Johnsona - Wietnam, Cartera - zakładnicy w Teheranie, etc. Reagan także ma niewąskie konto (Irangate), no i młodo nie umarł, a przecież to wokół jego trumny nagle wybuchła prawie powszechna (czarni, i słusznie, byli powściągliwi) histeria czy katharsis. Dlaczego? Różne mogą być interpretacje.
Po pierwsze, nikt - z wyjątkiem żony i lekarzy - nie widział go od 10 lat, chowano więc nie człowieka, a nagle przywróconą, upiększoną pamięć o nim, właściwie legendę. Po drugie, Reagan pozostał w pamięci jako "człowiek opatrznościowy", zjawił się na właściwym miejscu we właściwym momencie: przywrócił Ameryce uśmiech po smutnych latach Cartera, wyzwał "imperium zła" i zaszantażował go "wojną gwiezdną", wyczuł, że ZSRR nie wytrzyma zbrojeniowej konkurencji z USA. I wreszcie, po trzecie, tęsknota za Reaganem - charyzmatycznym, ciepłym, prosto z Hollywood, "komunikatorem" - jest tym bardziej zrozumiała, że aktualny prezydent rewindykuje jego dziedzictwo, choć w kwestii "komunikowania się" jest jego przeciwieństwem. Nikt się też w Ameryce nie dziwił, że msza żałobna przypominała chwilami święto rodzinne, a nie ostateczne pożegnanie. Nabożeństwo celebrowane było przez Johna Danfortha, pastora anglikańskiego, byłego senatora, a obecnie ambasadora USA przy ONZ. Smutne pienia bywały przerywane wybuchami śmiechu, żegnano bowiem człowieka o ogromnym poczuciu humoru, co także go różniło od jego samozwańczego dziedzica.
Dwóch ludzi wśród kilku tysięcy żałobników w katedrze było może bardziej wzruszonych od innych. Michaił Gorbaczow i Lech Wałęsa mogliby, choć głosu nie zabrali, powiedzieć o zmarłym bardzo wiele dobrych rzeczy. Obaj reprezentowali prezydentów swoich krajów, których obecność mogłaby nieco razić z uwagi na zajęcia i poglądy, jakie wyznawali w czasie prezydentury Reagana. Obaj, jak Reagan w USA, znaleźli się w swoim kraju, na swoim miejscu, w odpowiednim momencie. Pierwszy posłuchał rady Reagana: "Mr. Gorbaczow, tear down this wall". Zrozumiał, że ponieważ mur berliński i tak już się chwiał, a wojskowe argumenty amerykańskie były coraz bardziej przekonywające, to lepiej w obalaniu muru pomóc, skoro siłą się nie uda i nie opłaci przeszkadzać.
Drugi, to znaczy Wałęsa, też znalazł się na swoim miejscu i, w odpowiednim momencie, dzięki "argumentacji" Reagana, mógł na czołgu "Solidarności" dokonać w tym murze pierwszego wyłomu. Obaj są więc z Reaganem mocno związani. Tak mocno, że bez roli jaką, każdy w swoim rejestrze, odegrał, cały pogrzeb bylby na nic.
Obaj także są laureatami pokojowej nagrody Nobla. W dużym stopniu zawdzięczają ją Reaganowi. Dlatego także, choć w żałobie, w katedrze w odpowiednich momentach dobrze się bawili.
19:08, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 czerwca 2004
Wdzięczność Europy
Reflektory zgasły, werble ucichły, weterani wyjechali, plaże opustoszały, jeszcze tylko resztki dekoracji chwieją się na morskiej bryzie. Wspaniałe i wzruszające święto się skończyło. Dzień był wielki. I mylący.
Był wielki, albowiem po raz pierwszy hołd wszystkim poległym oddali razem wrogowie i sojusznicy z dwóch największych - każda w swoim rodzaju - wojen europejskich: gorącej i zimnej, dwóch, z Arromanches to było widać, wojen właściwie domowych. Był wielki, bo świadczył, że żadna wojna na tym kontynencie nie jest już prawdopodobna. Bo zamknął XX wiek, czas nieszczęść i zniszczeń, i dokonał tego, to prawdziwy symbol, w momencie kiedy rozszerzona Europa wróciła do swoich prawdziwych granic.
Ale był to także dzień dwuznaczny. Przypomniał, że to Amerykanie dwa razy w ciągu jednego pokolenia, w 1918 i 1944 roku, przynieśli Europie wolność, i że to oni, przez 40 lat, bronili potem demokratycznej Europy przed komunizmem i Związkiem Sowieckim. Ale nie przypomniał, że przyszła może kolej na wdzięczność Europy.
Albowiem nawet tak głęboki hołd oddany cieniom przeszłości nie mógł ukryć jakby zażenowania, że to właśnie dzisiejsza Ameryka ten hołd odbiera. Zrobiono sporo, aby podkreślić różnice między tymi dwoma "Amerykami", tak aby, tak jak to się stało po 11 września, D-day miał pozostać "primadonną jednego dnia" i aby nikt, pojutrze, nie wątpił, że Bush to nie Ameryka, choć rozwaga dyktowałaby poczekać do co najmniej 2 listopada.
Jasne, jest o czym mówić. I o tym, co wtedy, i o tym, co dziś. Przypomniano nagle gwałty amerykańskich GI na francuskich kobietach, cywilne ofiary amerykańskiego bombardowania miasteczek w Normandii, perfidne próby wyeliminowania de Gaulle'a z gry o władzę w wyzwalanej Francji. Rośnie równocześnie spirala oporu wobec polityki amerykańskiej w Iraku, wynaturzeń okupacji, krótkowzroczności i arogancji Waszyngtonu. Tylko że ta fala niesie nie tylko konkretną i jakże uzasadnioną krytykę polityki Busha, ale także prostacki antyamerykanizm skupiający, od skrajnej lewicy po skrajną prawicę, najbardziej sfrustrowane elementy rozleniwionej Europy.
Wielu zastanawia się nad źródłem tej fali, pyta, dlaczego Wietnam, choć był większą tragedią niż Irak, rozwodu między obu brzegami Atlantyku nie spowodował. Jedni sięgają po Freuda i zjawiska nienawiści wobec tego, komu się najwięcej zawdzięcza. Inni uznają, że skoro Europa dziś już nikogo, jej zdaniem, nie musi się bać, to opieki amerykańskiej nie potrzebuje. Inni jeszcze uważają, że superpotęgę europejską zbudować można wyłącznie w opozycji do USA.
Klimat robi się taki, że trzeba odwagi, aby tłumaczyć, że wobec terroryzmu i innych wyzwań wspólnota akcji z Ameryką, Busha i nie Busha, mimo różnic politycznych, mimo błędów Ameryki, mimo, a może właśnie dlatego, że jest w tarapatach, nie jest zdradą Europy, a leży dziś w interesie całego demokratycznego świata. Że, inaczej mówiąc, aż do odwołania, Bush jest w takim samym stopniu Ameryką, co Chirac - Francją.
Wartość rocznic mierzy się trwałością mostów, jakie pozwalają budować w przyszłość. To miał chyba na myśli Mitterrand, który w 50. rocznicę D-day wzdychał, jak trudno jest przezwyciężyć sprzeczności wspólnego zwycięstwa. W tym sensie z wnioskami z 60. rocznicy lądowania w Normandii warto jeszcze poczekać. Nie wiadomo, na jakich plażach przyjdzie nam jeszcze lądować.
13:24, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 24 maja 2004
Gra w Azję
Z helikoptera Grozny wygląda strasznie  - westchnął Władimir Putin po locie nad zniszczoną stolicą Czeczenii. Prezydent Rosji wie, co i o czym mówi. Putin odwiedził niedawno (z "okazji" zamachu na Kadyrowa) byłe miasto Grozny po trzech latach nieobecności i od razu zauważył różnicę. Nic dziwnego, to on przecież jako kandydat na prezydenta taki widok miasta wyrysował: zapowiedział "ścigać będziemy Czeczenów aż do latryny", co, to wszak logiczne, zakłada uprzednie, po drodze do latryny, zniszczenie stolicy.
Putin mówił o ruinie miasta, ale patrząc z góry (nawet bez helikoptera), mógł mieć na myśli coś większego. Widziany z góry, to znaczy z Moskwy, dramat Czeczenii to tylko krwawy epizod. Putin przeleciał nad Groznym, aby potwierdzić dominację rosyjską nad zrujnowaną Czeczenią, ale, politycznie biorąc, "dalsza bliska zagranica" Rosji nie jest w dużo lepszym stanie.
Np. sąsiad gruziński. Łagodna perswazja Kremla w Adżarii pchnęła na komfortową emigrację Asłana Abaszydzego, wielkiego gangstera, sojusznika Moskwy. Rosja traci w ten sposób nie jednego agenta, ale bardzo istotny punkt oparcia na Kaukazie. Stawka jest spora. Od rozpadu ZSRR w 1991 roku Kreml stara się utrzymać wpływy na Kaukazie, strategicznym punkcie na styku z Turcją, członkiem NATO, i z Iranem. Głównym instrumentem intryg i argumentem nacisku w tej okolicy są dwie bazy rosyjskie w Gruzji, w tym jedna właśnie w Adżarii.
Rachunek więc niełatwy. Użycie siły przez Rosję wobec sąsiadów nie wchodzi raczej w grę ani politycznie, ani wojskowo (drugi front tuż obok Czeczenii?!). Podobnie więc jak wobec "rewolucji róż", usunięcia Szewardnadzego i wyboru Saakaszwilego w Tbilisi, Kreml, kiedy musiał wybierać, także w Adżarii wybrał pragmatyzm i stabilizację.
Ta gra ma szersze i bardziej skomplikowane znaczenie. Od pewnego czasu "bawi" wszak w regionie inny jeszcze aktor dziejów, Waszyngton mianowicie, a z nim się (na razie) godzić trzeba. Ma coś do powiedzenia w miejscowych sprawach, choćby poprzez swoją obecność, skromną, ale symbolicznie ważną, w Gruzji właśnie, a przede wszystkim chyba poprzez budowę w poprzek Gruzji rurociągu z naftą kaspijską i w ogóle azjatycką na zachód, ale z ominięciem Rosji, która bardzo niechętnie widzi koniec jej monopolu na transport energii z terenów jej byłych republik.
Należy więc powiększyć mapę zmartwień Putina. Moskwa stara się utrzymać jak najlepsze stosunki ze Stanami Zjednoczonymi. To Bush gwarantuje Putinowi "superwielki" status, to Bush oficjalnie uznał rosyjską politykę spalonej ziemi w Czeczenii za część sprawiedliwej wojny z terroryzmem. Bush to więc bezcenny sojusznik. Ale sojusznik, który ma także swoje interesy. Putin więc zastanawia się nad intencjami USA, które coraz wyraźniej instalują się w bazach ulokowanych w 2001 roku w posowieckiej Azji Środkowej w ramach operacji przeciwko talibom w Afganistanie. Amerykanie zapewniają, że opuszczą bazy natychmiast po zakończeniu działań wojskowych w Afganistanie, ale nie podali dokładnego terminu
Prezydencka wycieczka helikopterem nie trwała długo. Po wylądowaniu w Groznym Władimir Putin powiedział: "Najważniejsze, że mamy poparcie ludności Czeczenii". Nie tylko w Czeczenii, lecz posowieckiej Azji w ogóle. Takie poparcie, jakie mają Amerykanie w Iraku.
14:14, leopold.unger
Link Komentarze (1) »