RSS
czwartek, 20 maja 2004
Ostatni koniec wojny
Jeszcze jeden koniec drugiej wojny światowej, może nawet już ostatni. 6 czerwca w obchodach 60. rocznicy lądowania wojsk antynazistowskiej koalicji w Normandii udział weźmie Gerhard Schroeder, pierwszy kanclerz niemiecki zaproszony z tej okazji. Wydarzenie ma podwójną wymowę, symboliczną i polityczną
Symbolicznie biorąc, to paradoks. Niewykluczone bowiem, że właśnie Schroeder (urodzony w 1944 r.) - pierwszy szef rządu niemieckiego niemający wojennych wspomnień - przejdzie do historii jako ten polityk, który być może zamknie cykl wielkich aktów pojednania Niemiec z ich byłymi ofiarami i przeciwnikami. Uzyskując zaproszenie do Normandii, kanclerz otrzymał szansę dokonania gestu na skalę dziejową. Gestu, na jaki wobec Żydów zdobył się Brandt na kolanach u stóp pomnika getta w Warszawie, jakiego próbował dokonać Kohl wobec Francuzów, odwiedzając razem z Mitterrandem pole bitwy w Verdun, takiego wreszcie, na jaki, być może, zdobędzie się sam Schroeder albo prezydent Niemiec (gest bardzo pożądany w obecnej sytuacji) wobec Polaków, uczestnicząc w stolicy Polski w uroczystościach 60. rocznicy Powstania Warszawskiego 1944 r.
Tak więc w Normandii koło być może się zamknie: Niemcy, naród, który uczciwie i boleśnie podjął rozrachunek z przeszłością i podsumował (na ile to możliwe) "remanent" odpowiedzialności za okropne pasmo nieszczęść cudzych i własnych, spróbuje wrzucić swój "pierścień" w wody Atlantyku na znak, że jego zamiarem jest ostateczne pojednanie ze światem reprezentowanym przez ogromną koalicję przeciwników w drugiej wojnie światowej.
Jasne, "dazu braucht man zwei", po polsku: "aby dwoje chciało naraz". Jasne także, że o polityków możemy być spokojni, oni będą chcieli, oni żyją pragmatyzmem. Pytanie tylko, czy ci bardziej pamiętliwi, a głównie resztki weteranów z Ameryki, Polski czy Rosji (Putin też tam będzie, wschodni front jest tego godzien, chociaż Rosja swego obrachunku z przeszłością, np. za lata sojuszu z Hitlerem, jeszcze nawet nie zaczęła), do takiego ostatecznego zamknięcia cyklu już dojrzeli.
Wątpliwość tym bardziej uzasadniona, że nie brak nieufnych, którzy w operacji "Normandia 2004" dopatrują się mało szlachetnych manipulacji politycznych. Podejrzewają, że Schroeder, premier coraz bardziej osłabiony, chce po prostu pokazać się w wyjątkowym towarzystwie (królowa brytyjska, Bush, Putin, Blair, Kwaśniewski itd.) i godnie reprezentować Niemcy w szczególnie delikatnych okolicznościach, a potem to wykorzystać w nadchodzących, bardzo dla niego niepewnych, wyborach. Francja z kolei, w której imieniu Chirac zaprosił Schroedera, chce umocnić "duet" francusko-niemiecki jako zarówno motor (niektórzy mówią "dyrektoriat") Europy, jak i trzon antyamerykańskiej, np. w sprawie Iraku, polityki Unii Europejskiej.
Mniejsza o intencje. W każdym razie można sformułować trzy uwagi końcowe. Po pierwsze, że świat poszedł naprzód: 10 lat temu, z okazji 50., a więc wyjątkowo okrągłej rocznicy "D-day", kanclerz Kohl takiego zaproszenia się nie doczekał.
Po drugie, że zapraszając pokonanego, zwycięzcy wykazują, iż nareszcie nie tylko oni piszą historię.
I po trzecie, ponieważ uroczystości odbędą się głównie, co jest niestety zrozumiałe, na cmentarzach, to Anatol France miał rację, kiedy zauważył, iż "najłatwiej pojednaniu poddają się martwi". Co do żywych, to się okaże.
14:13, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
środa, 12 maja 2004
Terroryzm i olimpiada
"Ogłaszam otwarte Igrzyska 28. Olimpiady, Ateny 2004". Na dokładnie 100 dni przed 13 sierpnia, kiedy to strzał startera wrzuci na bieżnie pierwszych atletów, trzy wybuchy przed komisariatem policji w stolicy Grecji ogłosiły otwarcie tego największego "święta braterstwa narodów świata" odbywającego się co cztery lata.
Komu się tak spieszyło? Rząd grecki nie miał wątpliwości: to wina, oznajmił, "miejscowych ekstremistów". Możliwe. Międzynarodowy Komitet Olimpijski także zachował olimpijski spokój. Nic - powiedział - nie wskazuje na jakikolwiek związek między wybuchami a Igrzyskami. Też możliwe. Tak bardzo nawet możliwe, że ci mniej przekonani, którzy odważyli się wyrazić zaniepokojenie wybuchami w kraju mającym w tej dziedzinie spore doświadczenie, zostali natychmiast oskarżeni przez naszych greckich kolegów o sianie "histerii terroru".
Dziennik "Ta Nea" np. dziwił się, że niektórzy zagraniczni dziennikarze "tak się zagalopowali, że aż doszukali się związku między bezpieczeństwem Igrzysk a al-Kaidą". Gazeta "Ethnos" potępiła "światowe szaleństwo na granicy idiotyzmu w niektórych mediach zagranicznych, na temat rzekomych ataków al-Kaidy". Ale to dopiero dziennik " Elefterotypia" sięgnął do sedna sprawy. Winna jest, jak pisze, "wojownicza polityka Busha i Blaira", którzy zmierzają "do przekształcenia tak pokojowego wydarzenia jak Igrzyska w wojowniczą operację, aby wzmagać światową histerię pod pretekstami bez znaczenia".
Też możliwe. Ale zanim prasa grecka sięgnie po ostateczne wnioski, warto przypomnieć:
•  że „terroryzm olimpijski” jest starszy od Busha i Blaira i ich „wojowniczej polityki”. Zamach terrorystów palestyńskich na izraelskich sportowców w Monachium, który rzeczywiście „przekształcił to pokojowe wydarzenie”(dla niektórych co prawda tylko na krótko), przeprowadzony został w 1972 roku, 30 lat przed 11 września 2001 i narodzinami „wojowniczej polityki”;
•  że chyba nie chodzi o „idiotyzm” skoro Igrzyska ubezpieczyły się, m.in. od groźby ataku terrorystycznego, na 170 milionów dolarów, a niepełny koszt środków bezpieczeństwa Igrzysk już sięga miliarda dolarów;
•  że Igrzyska w Atenach to pierwsza Olimpiada po ataku na World Trade Center w Nowym Jorku, gdzie jakieś sto dni przed 11 września odbyła się „próba generalna” w tym samym miejscu i że bardzo szkoda, iż prasa światowa, w tym grecka, nie potrafiła wtedy właśnie wzniecić „światowej histerii”, wokół wydarzenia, które dziś określiłaby jako „pretekst bez znaczenia”; (że Olimpiada jest wspaniałym widowiskiem, ale - niestety - otwarta jest nie tylko dla sportowców, chociaż do nich powinna przede wszystkim należeć, a bez parawanu hipokryzji, trzeba stwierdzić, iż igrzyska olimpijskie zawsze się toczyły w cieniu jakiejś wojny i nigdy nie były wolne od intryg czy demonstracji politycznych: w Berlinie, gdzie sportowcy maszerowali przed Hitlerem, w Monachium, gdzie MKOl postanowił, że „the show must go on” mimo masakry Izraelczyków (mecz Polska-Rosja odbył się na tym samym boisku, na którym nieco wcześniej pożegnano izraelskie trumny), w Moskwie i Los Angeles, gdzie doszło do bojkotu dwóch kolejnych olimpiad z powodów wyłącznie i wyraźnie (sowiecka inwazja na Afganistan ) politycznych; (że życząc olimpiadzie ateńskiej jak najlepiej, trzeba - niestety - przypomnieć, że międzynarodowy (a także grecki) terroryzm stanowi właśnie jak najbardziej współczesną - i krwawą - formę uprawiania polityki. W Atenach także.
14:12, leopold.unger
Link Komentarze (6) »
piątek, 07 maja 2004
Witamy w Europie
Witamy w Europie. Te słowa wygłosił kilka dni temu Romano Prodi, przewodniczący Komisji Europejskiej, witając serdecznie w Brukseli pułkownika Kaddafiego. Był tak przejęty, że pofatygował się na lotnisko po drogiego gościa (nigdy przedtem takiego gestu nie uczynił). I w naszym imieniu (z uwagi na swą funkcję) dał wyraz "niecierpliwości", z jaką rzekomo Europa czekała na ten "wielki dzień".
Była to pierwsza po 15 latach podróż libijskiego przywódcy do kraju demokratycznego. "Dzień tak wielki", że Prodi nie wahał się - znowu w naszym imieniu - wyrazić przekonanie, iż teraz droga przed satrapą jest już otwarta, a jego Libia zajmie należne jej miejsce w międzynarodowej rodzinie.
Wczorajszy wyrok dowodzi, że Prodi się mylił; że dzień nie był wielki, lecz czarny; że kwarantanna trwała za krótko. A starania pułkownika o europejskie świadectwo moralności to zwyczajna manipulacja, jako że Kaddafi nie strąca już samolotów pasażerskich, ale po krótkiej przerwie w namiocie w Brukseli wrócił do tortur, gwałtów, łamania ludzi i oszukiwania świata. Państwa, w których imieniu Prodi witał Kaddafiego, nie powinny - mimo upojnego zapachu nafty - być z nim w tej samej rodzinie.
Carski gubernator zaprosił kiedyś miejscową arystokrację na wystawną kolację, a potem wezwał kozaków i kazał zlać gości nahajkami.
- Dlaczego? - spytali zdumieni i obolali.
- Żeby wam się w głowie nie przekręciło.
Pielęgniarki, naturalnie, nie zostaną rozstrzelane, humanitarny pułkownik każe je ułaskawić. Ale przesłanie jest jasne: Żadnych mrzonek, Panowie.
14:10, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 03 maja 2004
Prodi kompromituje Europę
Bruksela, miasto zielone, pełno drzew, na drzewach pełno ptaszków, wszystkie od dawna śpiewają, że Prodi to najgorszy, "ab urbe condita" ("od założenia Rzymu"), przewodniczący Komisji zarządzającej Unią Europejską. I że nic gorszego w tej branży nie może już nas spotkać. To nieprawda. Podejmując pułkownika Kaddafiego, Prodi pokazał, że może być gorzej.
Zygzaki w polityce to nic nowego w historii. Ciągle przecież gdzieś na świecie jakiś osobnik przestaje być, w ciągu kilku godzin, wrogiem ludzkości i bezboleśnie przechodzi do kategorii partnera czy sojusznika. Real-polityk nie zna pojęcia cnoty, zna tylko interesy. Gdyby polityka zagraniczna państw demokratycznych miała się ograniczyć do kontaktów z innymi państwami demokratycznymi, to zmieścilibyśmy się wszyscy w niewielkim salonie. Dlatego wystarczy, że kandydat ubiegający się o nowe dziewictwo uczyni kilka gestów, najlepiej popartych otwarciem dostępu do kasy lub surowców, aby nasze demokratyczne sumienia usnęły, a rygory zelżały.
To jednak, co pokazał Prodi, czołgając się prawie przed specjalnie zbudowanym beduińskim namiotem (żeby gość nie czuł się zbyt obco) pułkownika Kaddafiego, wykraczało poza najbardziej elastyczne normy traktowania dyktatorów, gwałcących, kiedy są u siebie, podstawowe reguły przyzwoitości.
Kaddafi, to prawda, siał petrodolary, przed i w czasie wizyty w Brukseli. Wczoraj jeszcze sponsor terroryzmu, na razie zrezygnował z jakiegoś, ciągle nie wiadomo jakiego arsenału, zapłacił, Amerykanom więcej, Francuzom - mniej, za każdego pasażera dwóch samolotów strąconych wybuchem bomby podrzuconej na pokład najpewniej z jego rozkazu, obiecał, że wykupi się także z bombardowania w 1986 roku amerykańskiej dyskoteki w Berlinie i wreszcie, to najważniejsze, podpisuje coraz większe umowy z zachodnimi nafciarzami.
Rozumiemy Kaddafiego i nafciarzy. Po co jednak Prodi, urzędnik europejski, ofiarował mu salony Komisji na pierwsze wejście w cywilizowany świat, otwarcie zachłystywał się uwielbieniem dyktatora? Kto go upoważnił do wyrażenia, w naszym imieniu!, "niecierpliwości", z jaką czekaliśmy na "wielki dzień" pojawienia się Kaddafiego w Komisji? Dlaczego, w ostentacyjny sposób, pofatygował się osobiście na lotnisko po drogiego gościa, chociaż nigdy przedtem takiego gestu, dla nikogo, nie uczynił?
Naiwne pytania. Prodiego też trzeba zrozumieć. On już nie myśli ani o Europie, ani o Komisji. On myśli już tylko o Włoszech, gdzie lewica czeka na niego, jak na Dawida, jedynego zdolnego powalić w wyborach Goliata o nazwisku Berlusconi. "Włoska wojna" w Brukseli trwa zresztą już od dawna - w listopadzie roku ubiegłego, kiedy Europa była w oku konstytucyjnego cyklonu, Prodi, szef europejskiej egzekutywy, ogłosił, jak gdyby nic, swój osobisty "manifest" do Włochów. W imię tej "wojny", Prodi, w salam-alejkumach przed Kaddafim i w oczekiwaniu na jego naftę, nie waha się kompromitować i tak mocno nadwyrężonego prestiżu najważniejszych instytucji wspólnoty, zmniejsza, i tak już postrzępione, zaufanie obywateli do technokratycznej maszyny europejskiej sprawiającej wrażenie, że aby zakopać przeszłość, Europa gotowa jest zrezygnować ze swych podstawowych wartości.
Prodi ma szczęście. "Brat" Kaddafi strącił samolot amerykański i francuski. Włoskiego nie zdążył.
14:08, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 26 kwietnia 2004
Rosyjskie fascynacje włoskiego premiera
Włoski premier Silvia Berlusconi chce ulepszyć formułę prezydenta Francji de Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu". Europa - mówił w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej, rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik
Nie przesadzajmy, premier Silvio Berlusconi to nie prezydent Bush, Włoch nie umiał powtórzyć sukcesu Amerykanina, który potrafił zajrzeć w głębię duszy Władimira Putina. Ale to, że do duszy się nie dostał, sprawia, iż podziw Berlusconiego dla Putina jest tym bardziej imponujący. Łza ze wzruszenia kręciła się w oku kiedy, niedawno, w Rosji, obaj przywódcy obejmowali się, padali sobie w ramiona, poklepywali z radością po plecach, brakowało tylko sowieckiego "niedźwiedzia i pocałunku prosto w usta", aby wróciły nam obrazy "bratnich wizyt" minionego okresu i aby świat poznał ogrom przyjaźni Berlusconiego dla Putina.
Ogrom chyba za ogromny. Prawda, powinniśmy być przygotowani. Szef rządu włoskiego od dawna już bierze Putina w obronę przed napastliwością świata, a zwłaszcza zachodniej prasy. Niedawno ostro bronił przecież rosyjskiej polityki w Czeczenii, oskarżając dziennikarzy o "rozsiewanie legend" na ten temat.
Teraz, w ramionach Putina, Berlusconi posunął się znacznie dalej. Europa - mówił w Moskwie - właśnie się rozszerza, ale w istocie sięga znacznie dalej, rozciąga się od Atlantyku po Pacyfik. Europa potrzebuje Rosji. Tylko razem z Rosją Unia Europejska stanie się wielkim organizmem zdolnym mówić jak równy z równym z potęgami świata Nie widzę powodu, dla którego Rosja nie miałaby stać się członkiem Unii Europejskiej i NATO..."
Berlusconi nie widzi, ma chyba zły wzrok. Że jest przyjacielem Putina, z którym, jak wiadomo, dzieli sympatię dla monopolu telewizji i antypatię do opozycji parlamentarnej, to jego sprawa. Że chce ulepszyć formułę de Gaulle'a, któremu wystarczyła Europa "od Atlantyku do Uralu", to komiczne, ale do wytrzymania. Jednak jego propozycja rozciągnięcia Europy od Atlantyku aż po Pacyfik, to inna jakość, każe przytoczyć "powody", których on "nie widzi".
Z okazji otwarcia drugiego mandatu prezydenta Putina, amerykańskie Centrum Studiów Międzynarodowych i Strategicznych przeprowadziło badania opinii, które, gdyby Berlusconi je "widział", uratowałyby go od zadawania niemądrych pytań. Otóż tylko 30 proc. Rosjan uważa, że demokracja jest zawsze lepsza, natomiast 34 proc. jest zdania, że "czasem system autokratyczny jest lepszy", 26 proc. gotowych jest głosować na Stalina (gdyby dziś kandydował), a 19 proc. waha się, ale nie wyklucza, że oddałoby głos na byłego wodza postępowej ludzkości.
Jasne, można się zastanawiać nad przyczynami tych rosyjskich "preferencji": amnezja narodowa, wypaczona nauka historii, manipulowane podręczniki, nacjonalizm, żałoba po imperium, brak mechanizmów demokratycznych, a przede wszystkim generalna odmowa rozliczenia się z przeszłością.
Można i warto się na tym zastanowić, bo to właśnie stanowi zaczyn odpowiedzi na wątpliwości Berlusconiego. Czy np. wyobraża on sobie państwo niemieckie, gdzie jedna czwarta ludności gotowa jest głosować na Hitlera, a niewiele mniej się nad tym zastanawia, a któremu zaproponowałby miejsce w unii narodów demokratycznych? A czy, to już znacznie bliżej Berlusconiego, on sam może sobie wyobrazić w tej unii państwo włoskie, którego prawie połowa obywateli zastanawiałaby się, czy nie warto wskrzesić Mussoliniego?
"Bez wpadania w przesadny realizm" - zakpił kiedyś z prezydenta Francji Francois Mitterrand, można jednak zaryzykować wniosek, że Niemcy leżą w Europie". Według Berlusconiego - Władywostok także.
14:06, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 19 kwietnia 2004
100 lat "L'Humanité"
Dramatem "L'Humanité" był jej obłąkany, bałwochwalczy kult Stalina i ZSRR. Zaprowadziło to gazetę, redagowaną żelazną ręką z Paryża, a teleredagowaną z Moskwy, do zajęcia na najczulszych zakrętach historii kompromitującego niewolniczego stanowiska zawsze zgodnego z interesem i wymaganiami Kremla
Prasa - powiedział La Fontaine - powinna płacić haracz diabłu. Francuski dziennik "L'Humanité" powinien płacić haracz raczej Stalinowi (co w oczach wielu wychodzi na jedno), ale szampan i tak lał się strumieniami. "L'Huma" obchodzi bowiem właśnie stulecie, pierwszy numer tej gazety ukazał się 18 kwietnia 1904 ze wstępniakiem jej twórcy, socjalisty Jeana Jauresa.
Socjalistyczna "L'Huma" długo nie pożyła. Kongres w Tours w 1920 roku rozbił francuską lewicę, a "L'Huma" stała się organem Francuskiej Partii Komunistycznej.
Od stu lat "L'Huma" niesie w masy (aktualizowane) komunistyczne słowo. Nic nie zmogło tej gazety. Ani wstrząsy ideologiczne, ani kryzysy polityczne, ani konwulsje finansowe. Nie wytrzymała jedynie, jak zresztą wszystkie organy partyjne, zmierzchu partii i ciągle wraz z nią zapada w zapaść ideową i polityczna.
Historia "L'Huma" byłaby patetyczna, gdyby nie była tak pełna nienawiści. Popisywali się w niej "ideolodzy", od Thoreza i Marchais'go po Castro czy Ho Szi Mina; drukowali pisarze i artyści: Aragon, Eluard, Neruda, Picasso, długa galeria świadomych albo manipulowanych "poputczyków" [tym, którym chwilowo było po drodze z komunistami - red.]. Dla wszystkich, "L'Huma" była największą trybuną propagandy komunistycznej i pro-sowieckiej na demokratycznym Zachodzie.
Dramatem "L'Huma" był jej obłąkany, bałwochwalczy kult Stalina i ZSRR. Zaprowadziło to gazetę, redagowaną żelazna ręką z Paryża, a teleredagowaną z Moskwy, do zajęcia na najczulszych zakrętach historii kompromitującego niewolniczego stanowiska zawsze zgodnego z interesem i wymaganiami Kremla: w czasie "procesów moskiewskich", kiedy Stalin likwidował starą kadrę partii i wojska, czy w okresie "przyjaźni" Hitler-Stalin, wobec Krawczenki, "z pierwszej ręki" świadka stalinizmu, autora "Wybrałem wolność", okrzyczanego agentem CIA, czy wobec kolejnych inwazji sowieckich na Budapeszt, Pragę czy Afganistan lub "herezji" jak "Solidarność".
"L,Huma" oddała w służbę partii swą kiedyś ogromną siłę mobilizacji ma w czasie strajków (nawet kiedy trzeba je było kończyć, bo tak kazała Moskwa) i kryzysów politycznych. Jej nakład tuż po wojnie, kiedy FPK była pierwszą czy drugą partią we Francji, przekraczał pół miliona. Długo to jednak nie potrwało. FPK traciła coraz szybciej wiarygodność i siłę przebicia, nakład spadał, a kiedy skończył się ZSRR i wyschły życiodajne abonamenty na Wschodzie, w kasie zrobiło się tak pusto, że niedawno mało brakowało, a "L'Huma" nie mogłaby szampanem gasić stu świeczek.
Historia wzlotu i upadku "L'Humy" to wielka lekcja, przestroga i, paradoks, triumf imperatywu (także finansowej) niezależności prasy. W okresie swojej partyjnej i ideowej niewoli była, jak to wieszczo zauważył jeszcze Flaubert, "szkolą ogłupiania, bo zwalniała ludzi od myślenia". Dziś z bezlitosnej maszyny wojny ideologicznej i prania mózgów "L'Huma" stała się skromną gazetą (50 tys. nakładu), komunistyczną, ale już bez partyjnej firmy. Jest, po "Figaro" i "La Croix", trzecim stulatkiem w prasie francuskiej, i los tej staruszki, mimo okropnej przeszłości i wszystkiego złego, co narobiła, zasługuje na chwilę zadumy. Stuletnia, finansowa i ideowa studnia bez dna, "L'Huma"ciągle twierdzi, że jest i pragnie być blisko tego, co zostało z proletariatu we Francji. I ciągle, najwyraźniej, bez wzajemności. Może w nowym stuleciu.
14:04, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 kwietnia 2004
Gruzja na trakcie do Europy
Marzec 1989, mój pierwszy przyjazd do Polski po 20 latach "non grata". Warszawa była okiem cyklonu, stąd szła zaraza na cały obszar sowiecki, premierem był Mieczysław Rakowski. Udzielił mi wywiadu dla "Le Soir". Był po wizycie w Moskwie. Zapytałem: "Nie boisz się zbrojnej reakcji sowieckiej na polskie ekstrawagancje?" Odpowiedział: "Nie dopóki na Kremlu jest Gorbaczow".
Odpowiedź poszła w świat. Historia zweryfikowała Rakowskiego. ZSRR się wykruszył, Polska przeżyła.
W kwietniu 2004 w oku (mniejszego) cyklonu jest Gruzja. Z Tbilisi także płynie na sąsiadów niebezpieczny zapach "różanej rewolucji". Kilka dni temu rozmawiałem z jej liderem, prezydentem Micheilem Saakaszwilim, który też był po wizycie w Moskwie i spotkaniu, nie z Gorbaczowem, ale z Putinem. Zapytałem go, czy nie boi się ostrej reakcji Putina na wyraźnie prozachodni rozwój sytuacji w Gruzji i na ostentacyjną obecność tam Amerykanów? "To pan sam przecież niedawno powiedział, przypominam prezydentowi, że Rosjanie z trudem akceptują suwerenność Gruzji, że pański kraj nie jest już kolonią. Czy pan naprawdę wierzy, że w swych snach o imperium Rosja zrezygnuje kiedyś z Gruzji?"
Na to pytanie Saakaszwili odpowiedział mniej więcej tak, jak Rakowski przed 15 laty.
„Ja nie znam rosyjskich snów, mówi szybko, przechodząc płynnie z francuskiego na angielski lub rosyjski, ale stwierdziłem radykalną zmianę w rosyjskim mówieniu o Gruzji. Już nie jesteśmy »schronieniem czeczeńskich bandytów «. Jesteśmy partnerem Rosji”.
"Pański rosyjski partner ma dwie ogromne bazy na pańskim terytorium. Pan proponuje ich ewakuację w ciągu trzech lat, Moskwa nie schodzi poniżej dziesięciu. Dziwne partnerstwo".
„Dobry przykład, ripostuje, bo to właśnie się zmienia. Bądźmy konkretni: rosyjskie bazy muszą opuścić Gruzję. Ale Moskwa nie określa już żadnych dat, a sam Putin mówił o »elastyczności « w tej sprawie. Rosjanie zaczynają rozumieć, że bazy to anachronizm, instrument nacisku z ubiegłego wieku. Mamy z Rosją wspólne interesy na Kaukazie: stabilność, pokój, wojnę z terroryzmem. W tym kontekście Rosja takiego „instrumentu” nie potrzebuje”.
"Pan także, wzorem pańskich licznych zachodnich kolegów, wyraźnie uległ fascynacji Putina".
"Nie mam złudzeń, odpowiada, ale Rosja się zmienia. Putin wydał mi się mężem stanu, politykiem chłodnym, ale otwartym, pragmatycznym, przewidywalnym. Putin, takie wyniosłem z Kremla przekonanie, zrozumiał, że należy zmienić politykę Rosji wobec jej sąsiadów".
"Dobra wiadomość - wrzucam - np. dla Bałtów, którzy nie są tego tak bardzo pewni".
"Dla nas także dobra, odpowiedział. Tym bardziej że Putin, takim mi się wydał, z trudem formułuje obietnice, ale kiedy raz się do czegoś zobowiąże, to słowa dotrzymuje. I mówi, że jest z tego dumny".
Pożywiom, uwidim Saakaszwili twierdzi, że nie jest ani prorosyjski, ani proamerykański, a jest proeuropejski. Coś w tym jest. Żonaty jest z Sandrą Roelofs, Holenderką, oboje wykształceni na Zachodzie, znają po kilka języków (ona sześć, uczy się siódmego, syn, dziesięć lat, też zna już cztery) i chcą, w czym ona mu bardzo pomaga, wrzucić Gruzję na trakt (wiedzą, że bardzo długi) ku Unii Europejskiej.
"Po jakiemu, pytam, rozmawiacie w domu?"
"Między nami po gruzińsku, odpowiada, z synem - także po holendersku. Ale uczy się już i po rosyjsku".
14:34, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 05 kwietnia 2004
Między dżumą i cholerą
Samobójcy, także kobiety, opasani granatami. Bomby. Zakładnicy. Gdzie? Na Bliskim Wschodzie? W Hiszpanii? Na Kaukazie? Nie, w Uzbekistanie. Wniosek: wystarczy mała wojna w jakimś kraju, aby natychmiast uzyskać bardzo dokładne informacje o jego geografii. Nie tylko geografii i nie tylko u nim.
Uzbekistan to jedna z pięciu azjatyckich republik posowieckich i najgorsza z dyktatur, w których przecież rządzą ciągle byli dygnitarze komunistyczni. Islam Karimow zmienił tylko tytuł z sekretarz generalny na pan prezydent.
Tak jak w innych "republikach-siostrach", po dziesięcioleciach dominacji rosyjskiej, społeczeństwo obudziło się w niepodległym Uzbekistanie mocno zlaicyzowane. Z tym, że podobnie jak u "sióstr" w pustce, nazwijmy ją ideowej, Islam w naturalny sposób stał się czynnikiem poszukiwania tożsamości. Nie religijnej, a narodowej. I tak jak w innych satrapiach (choć tu wyjątkowo cynicznej), z braku jakichkolwiek mechanizmów demokratycznych, Islam zaczął rodzić swą własną groźną, zawistną, chorą i gwałtowną karykaturę, to znaczy islamizm, i jego odpowiedź na wyzwania nowoczesności to jest terror lub, jak np. w Tadżykistanie, wojna domowa.
Jasne, dziś bomby w Taszkiencie to część walki o władzę przede wszystkim w Uzbekistanie. Ale nie tylko tam. Chodzi o Azję Środkową i jej niezmierzone bogactwa. Uzbekistan to złoto, w kolosalnych ilościach. Tadżykistan to srebro, w podobnych rozmiarach. Kazachstan ma więcej ropy niż cała Alaska, a także jedną czwartą światowych zapasów uranu. Turkmenistan to czwarte miejsce na liście zapasów gazu. Ropa naftowa w Azerbejdżanie? Nie ma ryzyka przecenienia jej rezerw w Morzu Kaspijskim.
Nic dziwnego więc, że świat się niepokoi. Nie, bynajmniej nie dramatem mordowanych Uzbeków, a groźbą przelania się zarazy do sąsiadów, to znaczy destabilizacji całego regionu. Tylko naiwni mogą sądzić, że islamistyczny terror ograniczy się do Żydów albo niewiernych na zachodzie. W Moskwie i w Waszyngtonie naiwnych nie ma. Dlatego wybuchy w Taszkiencie tam także wywołały lekkie trzęsienie ziemi.
Dla Rosji, poza naftą, ten region to kwestia bezpieczeństwa i marzeń. Bezpieczeństwa, bo tędy idą, i w Rosji częściowo zostają, wszystkie kontrabandy świata. Marzeń, bowiem Azja Środkowa to ciągle część rosyjskich snów o imperium.
Widziany z USA problem ropy naftowej także istnieje: ten rejon mógłby zmniejszyć zależność od dostaw ze Środkowego Wschodu. Ale przede wszystkim, dzięki chytrości Putina, który zrobił na tym bardzo opłacalny interes - wojsko amerykańskie korzysta z baz w Uzbekistanie, Kirgistanie i Tadżykistanie, niszcząc talibów i islamistyczny terroryzm w ogóle.
Historia, wiadomo, jest przewrotna. Rządzić to wybierać, powiedzieli sobie w Moskwie i - z pewnym trudem oraz ku oburzeniu części prasy - w Waszyngtonie. To cel, przypomnieli tam sobie, buduje koalicje, a nie odwrotnie. Wybór między dżumą a cholerą jest odrażający, ale konieczny. Po to, aby skutecznie bić terrorystów, trzeba nawet pomagać, płacąc w dolarach i chronić wyjątkowo ponurego satrapę. I co jakiś czas składać wieńce przed mauzoleum Tamerlana w Taszkiencie.
13:52, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 marca 2004
Żałoba po Jassinie
Operacja izraelska stanowi akt bandytyzmu i piractwa, który gwałci wszystkie zasady prawa międzynarodowego ". Chodzi, to wydaje się jasne, o reakcję rządów, zwłaszcza tych, które przestrzegają wspomnianych zasad, na "wyeliminowanie" przez Izraelczyków szefa Hamasu, szejka Jassina. A guzik! Cytowane zdanie pochodzi z protestu Związku Sowieckiego ogłoszonego w lipcu 1976 r. po operacji w Entebbe, gdy komandosi izraelscy odbili żydowskich (inni byli zwolnieni wcześniej) pasażerów boeinga porwanego przez palestyńskich terrorystów.
"To akt agresji dokonany z premedytacją przez izraelskich syjonistów". Nie, znów nie chodzi o Jassina. To cytat z powielonego przez niezliczone rządy uroczystego protestu Chin (także modelu państwa prawa) ogłoszonego w czerwcu 1981. Wtedy sumienia załkały po zbombardowaniu przez izraelskie phantomy w miejscowości Tamuz (30 km od Bagdadu) reaktora atomowego dostarczonego Irakowi przez Francję, gotowego do produkcji paliwa do broni nuklearnej. - Umowa z Francją - zdążył powiedzieć przedtem Saddam Husajn - to pierwszy krok do powstania arabskiej broni atomowej.
W istocie w obu wspomnianych epizodach, tak jak po śmierci Jassina, reakcja (prawie) powszechna wyrażała wyłącznie stanowisko oficjalne, przeznaczone do użytku publicznego, głównie w ONZ, gdzie można zawsze liczyć na ogromną większość antyamerykańską i antyizraelską. Prywatnie, w zaciszu gabinetów, albo lepiej - na spacerach w lesie, bardzo wiele rządów, z wyjątkiem naturalnie arabskich, a i to nie wszystkich, wyrażało dyskretne zadowolenie z izraelskiej "agresji" i jej skutków. Po prostu Izrael wykonał za nich mokrą i ryzykowną robotę, załatwił kilka delikatnych spraw, które spędzały sen z dostojnych oczu. Czy można sobie wyobrazić brak riposty na Entebbe i skutki bezkarności porywaczy cywilnych samolotów? Albo co by się działo, gdyby Saddam najechał na Kuwejt, mając bombę jądrową, lub wysyłał na Izrael scudy z głowicami atomowymi?!
Bez większego ryzyka można więc założyć, że "operacja Jassin" to nowy epizod w serialu politycznej schizofrenii. Zza parawanu fałszywego oburzenia słychać często głęboki oddech ulgi. Śmierć Jassina odpowiada interesom przede wszystkim Izraela, to wszak przywódca Hamasu wysyłał samobójców (kobiety i dzieci także) z zadaniem mordowania jak największej liczby Izraelczyków. Po masakrze w Madrycie państwa demokratyczne zaczynają rozumieć, że ostatecznym celem terroryzmu nie są Żydzi, lecz wolność, tolerancja, nasz zestaw wartości. To nie wszystko. Wśród dyskretnie zadowolonych jest także Arafat, świadom, że z żywym Jassinem nigdy nie przejąłby kontroli nad Strefą Gazy.
Zaś królewiątka żyjące z ropy na Bliskim Wschodzie wiedzą, że Jassin nie zawahałby się wysadzić w powietrze całego regionu. W ewentualnym utworzeniu państwa palestyńskiego Jassin widział tylko etap na drodze do całkowitego zniszczenia Izraela i zepchnięcia Żydów do morza. A jest to projekt wybuchowy, prowadzący, poprzez ripostę Izraela, do katastrofy w całym regionie, zagrażający feudałom i ich bogactwu. Emiraty w żałobie po śmierci Jassina? Bądźmy poważni
"Hipokryzja - powiedział La Rochefoucauld - to hołd, jaki występek składa cnocie". Dobrze powiedziane, hipokryzja i występek są, tylko gdzie jest cnota?!
13:48, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 22 marca 2004
Koordynator ds. terroru
Nie wiem, czy ben Laden czytał książkę Franza Fanona "Les damnés de la terre" (po polsku chyba "Wyklęci ziemi"), z przedmową samego Sartre'a, ale to właśnie szefowi al Kaidy udało się w Madrycie przeprowadzić ostatecznie dowód, że "gwałt zorganizowany i kierowany" stanowi istotę nowoczesnego terroryzmu. Że, inaczej mówiąc, ulubiony przez publicystów zwrot o "ślepym terrorze" można definitywnie skasować.
Pomińmy pytanie, kto wygrał tę drugą, po 11 września 2001, wielką bitwę czwartej (trzecia była zimna) totalnej wojny światowej: al Kaida czy hiszpańska partia socjalistyczna, strach czy demokracja? Dziś ważny jest wniosek: nowoczesny terroryzm ma bardzo dobry wzrok. Mózg także.
Wybór Hiszpanii na front pierwszego na kontynencie europejskim wielkiego starcia z zachodnią cywilizacją był arcydziełem strategii al Kaidy i pośmiertnym triumfem Fanona. 11 marca Hiszpania była "miękkim podbrzuszem" Europy. Szły wybory, panowało wysokie napięcie, ostro nacierała opozycja, naród się wahał, jego większość była przeciwna udziałowi Madrytu w wojnie i okupacji Iraku, a bliskość Afryki, dziurawa morska granica i skupienie uwagi policji przede wszystkim na ETA sprawiły, że w Hiszpanii gotowa do akcji była szeroka baza logistyczna i ludzka marokańskiego pochodzenia w służbie al Kaidy. Przygotowanie operacji pod hasłem "Pociąg śmierci", gwarantującej największą możliwie liczbę ofiar, wyszkolenie ludzi, podział ról, spowodowanie równoczesnego wybuchu dziesięciu bomb, wykazało wysoki poziom koordynacji i polityczną, a nie tylko morderczą skuteczność benladenowskiej pajęczyny. Pierwsze pytanie, jakie zadał główny podejrzany po kilkudniowej ciszy w więzieniu brzmiało: "Kto wygrał wybory?". Tak jak 11 września, tak 11 marca odbył się pokaz tego, co ktoś określił jako "terrorisme publicitaire", terroryzm marketingowy, taki, którego echo śmiertelne, medialne i psychologiczne jest najbardziej "rentowne" w stosunku do kosztów operacji. Europa nie powinna mieć wątpliwości: bomby w Madrycie były do niej adresowane. Europa musi wybrać.
Albo odtworzy syndrom amerykański. Przez kilkanaście dni po 11 września "wszyscy byliśmy Amerykanami", po czym naszło nas dziwne poczucie bezpieczeństwa, otarliśmy łzy i doszliśmy szybko do wniosku, że właściwie Amerykanie są sami sobie winni, że to ich "prywatna" wojna z ben Ladenem, że dostali to, na co zasłużyli, i że "nasza chata z kraja"... Albo się obudzi, zrozumie, że płyniemy na tej samej łodzi, Europa i Ameryka, że Madryt to tylko zadatek, że nie chodzi o Hiszpanię, a chodzi o światowy kalifat, o budowę, na gruzach demokracji i liberalizmu, imperium najbardziej reakcyjnej formuły islamu, o, dosłownie i w przenośni, reislamizację "Andaluzji". W tej wojnie nie ma niewinnych, są tylko niewierni.
Czy "niewierni" w to uwierzyli, czy są gotowi sprawić, aby zbrodnia się nie opłacała? To się okaże. Na razie odbywają zebrania. Trzeba było dwustu pogrzebów w Hiszpanii, aby władcy Europy postanowili usprawnić "współpracę w walce z terroryzmem". Jak? Nie wiadomo. Wiadomo tylko, że wielkie państwa Unii Europejskiej nie są gotowe dzielić się informacjami z małymi i nowymi, ale są gotowe utworzyć nowe stanowisko w Unii i powołać "koordynatora" od spraw terroryzmu. Po co? Taki "koordynator" już jest. Nazywa się ben Laden.
13:43, leopold.unger
Link Komentarze (1) »