RSS
wtorek, 24 czerwca 2008
Spisek Bolków

"Zbieraj kamienie, jakie na ciebie rzucają. To początek budowy twojego piedestału". Belgijski "Le Soir" musiał sięgnąć aż do aforyzmu Hectora Berlioza, kompozytora niegdyś także przez krytyków kamienowanego, by podjąć, właściwie beznadziejną, próbę wytłumaczenia zachodniemu czytelnikowi "afery Wałęsy".

Beznadziejną, bo przecież niełatwo jest przekonać czytelników zachodnich, że Wałęsa, którego legenda ciągle tutaj ludzi fascynuje, był osią spisku komunistycznego, dzięki któremu z komunizmu wyszła Polska, a za nią cała strefa sowiecka.

To, że w Polsce toczy się surrealistyczna debata wokół książki jeszcze niewydanej, nikogo nie zdumiewa. Takie operacje są tutaj na porządku dziennym i mają na ogół nie merytoryczny, ale zwyczajnie reklamowy charakter.

Kiedy jednak do takiej dyskusji „w ciemno” tutaj dochodzi, to - zwłaszcza w oskarżycielskich personalnych sprawach - drukowane są bonnes feuilles, czyli charakterystyczne fragmenty zapowiedzianej książki. W Polsce przecieki książki o „Bolku” kursują i dyskusja się toczy, ale żadnej próbki nie ma.

Ważniejsze, że nikt, kogo to obchodzi, nie może pojąć, iż Okrągły Stół, symbol ogromnego przełomu (bez gwałtu i bez zachodnich kosztów) w układzie sił w Europie, mógł być skutkiem nie ogromnych drgań historii, działania ludzi, którzy z nich właściwe wnioski wysnuli i właściwe decyzje podjęli, ale spisku "Bolków", jaczejki współpracowników tajnej politycznej policji komunistycznej, z "Bolkiem" jako ważnym ogniwem w łańcuchu misternej konspiracji.

Zdziwienie jest tym większe, że Wałęsa jest przecież jedyną dziś symboliczną, budzącą sympatię i zaufanie (zwłaszcza po szoku niedawnych dwóch lat) twarzą Polski na świecie. Kto i jaki, pytają, ma interes, by raczej ubogi w autorytety wizerunek Polski na świecie tak lekkomyślnie deprecjonować?

Chłopak ze wsi, Wałęsa, coś tam rzekomo podpisał. Tutaj nikt nie potrafi usunąć z pamięci i wyobraźni obrazu robola na czele 10 mln ludzi "Solidarności", nieugiętego wobec presji junty generałów, laureata Nobla, symbolu przewracanych murów i rozpadu wielkiego imperium.

Mitterrand był urzędnikiem kolaboranckiego Vichy, zanim dołączył do ruchu oporu, kontynuował po wojnie przyjaźń z byłym dygnitarzem policji Petaina, miał nieślubne dziecko i kłamał na temat swojej nieuleczalnej choroby. A potem był także przez 14 lat prezydentem Francji.

Złe stosunki między prezydentem a premierem też nie są specjalnością Polski. Sarkozy i Fillon czy Chirac i Mitterrand się nie ubóstwiali, ale kiedy Lech Kaczyński mówi, że Wałęsa był agentem, to żaden następca Mitterranda nie mówił o byłym prezydencie "kolaborant".

Zdaniem premiera Donalda Tuska prezydent Kaczyński powinien się wstydzić swoich słów o Lechu Wałęsie. Na to najbliższy człowiek prezydenta, sekretarz stanu Michał Kamiński odpowiada, sięgając aż do Inków, że "ponieważ Tusk dobrze zna historię tamtych czasów w Gdańsku, to jego wypowiedź określę jako Machu Picchu hipokryzji".

Taka wymiana serdeczności nie narusza ogromnej popularności Wałęsy w świecie, ale osłabia autorytet państwa, który w takie międzynarodowe atuty przesadnie bogaty nie jest. Ci, których to interesuje, czekają z niecierpliwością na ciąg dalszy. Wiedzą, że piedestał dla Wałęsy niektórzy może i chętnie by pomogli budować, ale po jego śmierci. Poczekają. Powinni pamiętać, że jak powiadają Francuzi, zemsta to danie, które się spożywa na zimno. A Wałęsa, jak widać, ciągle parzy.
15:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 18 czerwca 2008
Co łączy Jerzego Giedroycia i François Fejtö

Dwóch starszych ode mnie (a to nie takie łatwe) panów, każdy w innym wymiarze, ale na wspólnej fali, naznaczyło 40 ostatnich lat mojego dziennikarstwa. O roli i miejscu Jerzego Giedroycia i jego "Kultury" zwanej paryską, choć była najbardziej polska ze wszystkich, nie trzeba się tutaj rozwodzić. O roli i miejscu François, a właściwie Ferenca Fejtö, warto i trzeba kilka słów powiedzieć. Dlaczego o obu panach razem?

Po pierwsze dlatego, bo obaj żyli bardzo długo. Giedroyc umarł, mając lat 95, Fejtö jeszcze "lepiej", bo odszedł cicho kilka dni temu w wieku lat 98. Po drugie dlatego, bo obaj, choć się bardzo rzadko spotykali, a w późniejszej fazie ich życia w ogóle nie, to się cenili (Fejtö drukował w "Kulturze").

Wreszcie, żyli nie tylko długo, ale i, z punktu widzenia ludzkości, bardzo pożytecznie. I Giedroyc, i Fejtö równolegle: w tym samym okresie, w tym samym miejscu - bo w Paryżu, robili to samo: otwierali głowy i oczy swych współczesnych na rzeczywistość świata, na zagrożenia i wyzwania ich epoki oraz na szanse im sprostania. To, co Giedroyc, z lepszym lub gorszym skutkiem, robił na użytek Polaków, to Fejtö robił na użytek Zachodu i także z lepszym lub gorszym skutkiem.

Fejtö, mało w Polsce czytany, był uznanym autorytetem w dziedzinie historii współczesnej, a dokładniej - w analizie zygzaków polityki krajów Europy Środkowej i Wschodniej. Węgier z urodzenia, emigrant we Francji od 1938 roku, Fejtö, historyk, filozof, pisarz i publicysta, był doskonałym produktem "Mittel-Europy" Habsburgów - przeżył, przemyślał i przekazał milionom zachodnich czytelników wszystkie fazy i powikłania historii wielonarodowego imperium, od Franciszka Józefa i mordu w Sarajewie po koniec Jugosławii. Wydał mnóstwo książek, szeroko tłumaczonych, znał wszystkich, był prawdziwym guru politologów, wiarygodnym świadkiem wieku niszczących ideologii i nacjonalizmów. To on pierwszy, przy wściekłym ujadaniu potężnych wówczas francuskich komunistów i nieukrywanej nieufności otumanionej części intelektualistów, ujawnił na zachodzie prawdę o dramacie Laszla Rajka, węgierskiego komunisty, ofiary stalinizmu, a przy okazji cały mechanizm stalinowskiego systemu. "Egzekucja Rajka - pisał - to komunistyczna sprawa Dreyfusa", ale prawicowa gazeta zgodziła się to wydrukować tylko z zastrzeżeniem, że "twierdzeń autora nie byliśmy w stanie sprawdzić". Z prawdą więc przedzierać się musiał, nie bez porażek, przez środowisko francuskich poputczyków tej klasy co (do czasu) Sartre czy komunistów (do końca) jak Aragon. Wychował kilka pokoleń specjalistów od Europy Środkowej. I rzesze świadomych obywateli Europy.

Mam wobec François Fejtö dług osobisty. Kiedy 40 lat temu zaczynałem drukować w prasie zachodniej, miałem na biurku, pod ręką, jego dwutomową "Historię demokracji ludowych". Nie było wtedy internetu. Fejtö był moim Googlem. Bez niego nie dałbym rady. Kiedy mnie zaczął czytać w dużych gazetach, najpierw się zdziwił, a potem, kiedy mnie poznał, zachęcał i w końcu zrozumiał: ja przecież także z mittel-europejskiego, galicyjskiego Lwowa. Prof. Jacek Purchla, dyrektor Międzynarodowego Centrum Kultury w Krakowie, polskiej świątyni mittel-europejskiej, powinien zorganizować konferencję o Ferencu Fejtö. O ostatnim habsburskim Europejczyku w Europie. O historyku, który nie przestawał aż do końca głosić, że proces rozumienia Europy należy zaczynać od '48 roku. I precyzował: nie, nie od 1948 roku, czyli puczu komunistycznego, a od roku 1848, czyli od Wiosny Ludów.
16:11, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 czerwca 2008
Jak ratować system


Można ciągle aresztować dysydentów, tłumić wrogów ustroju i kneblować słowo, ale że na glebie ludzkiego nieszczęścia czy ludzkiej trwogi wobec autorytarnej władzy rodzić się będzie społeczność i solidarność obywatelska, a wraz z nimi nowe aspiracje i nowe żądania społeczne i polityczne.

26 kwietnia 1986 r. wybuchł reaktor nr 4 elektrowni atomowej w Czarnobylu na sowieckiej Ukrainie. Była to, jak się okaże, największa do dziś cywilna katastrofa atomowa. Jej skutki są znane, wniosek także.

Wraz z reaktorem w Czarnobylu wybuchł sowietyzm. Bezradność władzy komunistycznej wobec katastrofy ujawniła wszystkie wady systemu: kult tajemnicy i kłamstwa, paraliż i bezkarność aparatu, pogardę dla ludzkiego życia. Chmura radioaktywna kpiąc z żelaznej kurtyny zawisła nad sporą częścią ZSRR i Europy.

Gorbaczow zrozumiał, że z zakneblowanym społeczeństwem niczego nie zbuduje, głasnost otworzyła ludziom usta, dała początek obywatelskiej świadomości i jej aspiracjom. To w Czarnobylu Rosja zaczęła swój pochód w XXI wiek.

Takie podejście do roli Czarnobyla w historii jest dziś wyjątkowo popularne. Wielu komentatorów posługuje się nim jako kluczem do analizy i oceny wyzwania, wobec którego stanęły trzy kraje o ustroju mającym w różnym stopniu cechy, jakie sprawiły, że w obliczu katastrofy o podobnej skali jak w Czarnobylu system sowiecki się załamał. Chodzi naturalnie o Chiny po trzęsieniu ziemi, Birmę po powodzi, no i Kubę po odejściu Fidela Castro.

Ta tendencja jest kusząca, ale uzasadniona tylko do pewnego stopnia. Rok 2008 to nie rok 1986. Każdy z tych krajów podszedł do swojej katastrofy inaczej. Kapitalistyczno-komunistyczne Chiny - elastyczny, bezideowy reżim w rękach technokratów w pełnym sprincie gospodarczym - liczą już dni do otwarcia igrzysk, świętej sprawy, której sukces ma symbolizować akces do klubu superpotęg. Pekin bardzo szybko zrozumiał, że świat wszystko widzi, że musi się przed tym światem otworzyć, zadbać o ofiary i o wizerunek.

Tępa dyktatura wojskowa, która dławi wynędzniałą Birmę, ciągle opiera się oburzeniu świata, ale także musiała nieco świeżego powietrza wpuścić. Wreszcie Kuba, gdzie kilka pokoleń innego przywódcy niż Fidel nie znało, zaczęła w oparciu o wojsko bardzo łagodnie, ale jednak, zmieniać anachroniczne rygory rujnujące kraj i ludzi.

Można więc powiedzieć, że w jakimś stopniu i każde inaczej, te trzy państwa potrafiły, za cenę widocznych koncesji, ale bez ryzyka całkowitego rozpadu, swój system uratować. Ale można też założyć, że, historycznie biorąc, to ratunek na krótką metę.

Że dynamika tych trzech specyficznych głasnosti może być hamowana, ale jest nie do powstrzymania. Że można naturalnie ciągle aresztować dysydentów, tłumić wrogów ustroju i kneblować słowo, ale że na glebie ludzkiego nieszczęścia czy ludzkiej trwogi wobec autorytarnej władzy rodzić się będzie społeczność i solidarność obywatelska, a wraz z nimi nowe aspiracje i nowe żądania społeczne i polityczne.

Do czego ten proces doprowadzi, jaka będzie reakcja "grup trzymających władzę"? Bądźmy ostrożni. Przepowiednie zawsze są ryzykowne, powiada humorysta, zwłaszcza kiedy dotyczą przyszłości.

26 kwietnia 1986 r. nikt nie przewidział do czego doprowadzi wybuch w Czarnobylu. A przecież, cokolwiek złego czy dobrego można powiedzieć o Putinie i jego modelu władzy, to dzisiejsza Rosja jednak bardzo się różni od Rosji carów czy bolszewików. Czy to dla nas gorzej czy lepiej, tylko przyszłość pokaże, ale warto się przygotować na obie ewentualności. Nie zapominając, że rację na ogół mają pesymiści.

14:50, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 czerwca 2008
Czas Rosji

Pół wieku temu Frank Sinatra miał szlagier "My way", czyli "Po mojemu". Sergieja Biełokoniewa jeszcze wtedy nie było na świecie, ale ten swieżutki deputowany do Dumy, uważa, jak Sinatra, że rozwój Rosji zakłada "swoją drogę", że idąc "po swojemu" Rosja, położona ani na Wschodzie, ani na Zachodzie, dobije niedługo do grona pięciu najbogatszych krajów świata.

Bardziej doświadczony przewodniczący sesji czwartego już Forum Europa-Rosja (tym razem w Rzymie), pogratulował deputowanemu młodzieńczego optymizmu i przeszedł do rzeczy poważniejszych: szukania odpowiedzi na pytanie "Partnerstwo czy konfrontacja?" z Rosją w takich dziedzinach, jak handel, energia, polityka i bezpieczeństwo, wartości, itd.

Omówić przeładowanego programu Forum się nie da. Ale wyjechać z Rzymu zupełnie bez wrażeń też nie można. Uderzał sceptycyzm. Wzajemny. Cierpliwości! - wołali niektórzy. Na rozszyfrowanie tajemnicy pary Putin-Miedwiediew jest naturalnie za wcześnie. Wróżenie z foteli jakie obaj zajmują, jak kiedyś z kolejności wchodzenia na mauzoleum Lenina, nie ma sensu.

Zamiast więc ryzykownej sondy w przyszłość, ktoś z Rosjan sprytnie, w 10 punktach, zbilansował przeszłość, czyli lata Putina: 6 punktów (np. stabilne państwo, bogactwo, duma mocarstwowa) zaliczył na plus, 4 na minus i zaproponował udzielenie Rosji absolutorium.

Pudło. Te cztery minusy dotyczyły bowiem takich drobiazgów jak brak państwa prawa, kontrola mediów i sądownictwa, gwałcenie praw człowieka i rdzy korupcji, oraz punktu dodanego z sali: ciszy nad Czeczenią. Ktoś inny podsumował złośliwie: tu chodzi nie o europeizację Rosji, a o rusyfikację Europy. Absolutorium nie było.

Uderzała też skala nieporozumień. Inaczej niż młody deputowany, Forum nie miało wątpliwości: Rosja jest w Europie. Pytanie: w jakiej Europie? Mówiącej jednym głosem? Naturalnie, nie, odwrotnie. Rosja wie czego chce. I dlaczego.

Nadszedł - oznajmił pewien uczestnik z Moskwy - czas Rosji. No i dokonał cudu: sprawił, że zmartwychwstał Rumsfeld i jego hipoteza Europy starej i nowej. Przy czym ta nowa, chora rzekomo na rusofobię, przeszkadza w dogadaniu się Rosji z Europą, najlepiej na zasadzie rozmów w cztery oczy z każdym z 27 państw UE, nowych i - lepiej - starych, oddzielnie.

Przedstawiona właśnie w Brukseli przez min. Sikorskiego inicjatywa Wschodniego Partnerstwa, umocni przekonanie Rosji o perfidii jej zachodnich sąsiadów. Pomieszanie pojęć, nazwijmy to delikatnie, sięga daleko. Ktoś z Rosjan porównał przyjazne dzisiaj, mimo trudnej przeszłości, stosunki Finlandii z Rosją do mniej sympatycznego stanowiska Polski. Musiałem mu łagodnie wytłumaczyć, jaka jest różnica między finlandyzacją i sowietyzacją.

Czy jednak oznacza to, że taki trzydniowy "dialog głuchych" nie ma sensu? Odwrotnie. Spotkanie głuchych, ale kompetentnych zawsze ma sens. Wpływu na decyzje polityków nie mają (czasem to i lepiej), ale ustalają stan rzeczy, formułują konkretne sprawy możliwe do załatwienia i pozwalają rozmowę toczyć nadal.

Dowód? Polskie Forum Krynickie. Eksportuje się ono coraz lepiej i pokazuje się w coraz lepszym towarzystwie. Było w Kijowie i Wilnie, niedawno we Wiedniu, a teraz, wraz z mediolańskim Instytutem Spraw Międzynarodowych zorganizowało nowe, można powiedzieć, Forum Romanum. Z lepszym skutkiem? Zobaczymy, taka inwestycja jest zawsze niepewna, ale warta ryzyka.

Jeden z paneli nosił niezamierzenie chyba leninowski tytuł: "Kto kogo zdradził: Rosja Europę, czy Europa Rosję?". Poczułem dreszcze. Ktoś spytał, co złagodziłoby moje strachy. Odpowiedziałem: wolność dla Chodorkowskiego. Marzyciel?
11:46, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 czerwca 2008
Książki na stosie

"Nie ma książek tak złych, aby nie można się było z nich czegoś nauczyć". Nie wiem, czy dominikanin Girolamo Savonarola, który w 1497 r. zapalił we Florencji pierwsze autodafe, znał ten aforyzm Pliniusza (Starszego). Ale to właśnie ze strachu przed trującym opadem czytania ten fanatyczny mnich rzucił i zrealizował hasło palenia książek uznanych przez niego i inkwizycję za pogańskie, bluźniercze i amoralne.

Naziści, którzy lepiej znali "Mein Kampf" niż starożytnych filozofów, udoskonalili inkwizycję. Pierwsze hitlerowskie autodafe oświetliło Berlin 10 maja 1933 r., uruchomiło następne, które z entuzjazmem puszczały z ogniem książki Brechta, Feuchtwangera, Freuda, Marksa czy obu Zweigów

Jakich książek obawia się zachodnia skrajna lewica wspólnie z grupami propalestyńskimi, rzucając na znak protestu przeciw zaproszeniu Izraela w charakterze gościa honorowego hasło bojkotu dwóch kolejnych, bardzo prestiżowych salonów książki w Paryżu i Turynie? W obu miastach hasło skończyło się pudłem, a podejmując setki tysięcy zwiedzających, oba salony potrafiły się obronić przed niesalonowymi gośćmi i godnie uhonorować nie tyle Izrael obchodzący właśnie swoje 60. urodziny, co - jak powiedział wielki rabin Turynu - 4 tys. lat istnienia "narodu Książki".

Pojawienie się tych "Savonaroli XXI wieku" warte jest jednak chwili refleksji. Po pierwsze, bojkot, zwłaszcza w dziedzinie ducha, jest zawsze błędem, albowiem uniemożliwia dialog i jedyną nieraz możliwą platformę wymiany poglądów. Bywają sytuacje, w których innej takiej platformy, poza duchem, to znaczy intelektualistami i artystami, w ogóle nie ma.

Dlatego pisarze nie powinni być utożsamiani z państwami, których są obywatelami, pisarz angażuje bowiem tylko siebie samego. Pomysł bojkotu pisarzy i książek Izraela, którego polityka, jak każdego innego państwa demokratycznego, może być, powinna i jest poddana krytyce i ocenie, i to przede wszystkim przez swoich obywateli, jest przy tym wyjątkowo głupi (albo perfidny), albowiem wśród izraelskich twórców obecni byli m.in. Abraham Yehoshua, David Grossman, Amos Oz czy Aaron Appelfeld, zwolennicy dialogu i pokoju z Palestyńczykami.

W skrócie powiedziałbym, że bojkot żydowskich książek w Paryżu czy Turynie (w Warszawie chyba nawet nie próbowano) tyle przyniósł korzyści sprawie Palestyny co - z zachowaniem wszystkich proporcji - masakra żydowskich atletów w 1972 r. na olimpiadzie w Monachium.

Druga uwaga jest bardzo osobista. Nikt, wydaje mi się, nie wołał o bojkot Filipa Rotha czy Normana Mailera z powodu amerykańskiej wojny w Wietnamie ani Sartre'a czy Camusa po francuskich okrucieństwach w Algierii, ani Cervantesa z powodu Franco, ani, cóż za paradoks, nikt rozumny nie wołał o bojkot książek Manna czy Zweiga z powodu zbrodni niemieckich.

Dlatego, w moim odczuciu, takie wyróżnienie Izraela wydaje bardzo podejrzany odór rasizmu i antysemityzmu. Skojarzenie w jednym zdaniu takich słów jak "bojkot", "książka" i "Żyd" przywołuje niedobre obrazy z mojej przeszłości niemające nic wspólnego ze sprawą Palestyny, a przypominające hitlerowskie autodafe. Przywraca i ożywia pamięć o czasach, kiedy najpierw bojkotowano Żydów, następnie palono ich książki, a potem palono ich autorów i czytelników.

Tam, powiedział Heinrich Heine na długo przed epoką pieców, gdzie palone są książki, tam będzie się palić także ludzi. Od siebie dodam - nie tylko Żydów.
11:16, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 czerwca 2008
Dokąd zmierza świat

Najtrudniej, powiedział mędrzec, jest przewidywać przeszłość. Nieprawda. Równie trudno albo i trudniej jest przewidywać przyszłość.

15 lat temu amerykański socjolog Robert Jervis wyliczył osiem przyczyn bezradności uczonych z końca XX w. w trafnym prognozowaniu rozwoju świata. Wszystkie można przeczytać w tekście prof. Adama Daniela Rotfelda otwierającym 600-stronicowy zbiorowy tom pod tytułem "Dokąd zmierza świat?" wydany przez Polski Instytut Spraw Międzynarodowych (PISM).

Tom zawiera kilkadziesiąt prac polskich naukowców, specjalistów w dziedzinach, bez znajomości których nie da się prawidłowo ocenić stanu stosunków międzynarodowych, nie mówiąc już o próbie zapowiedzi ich ewolucji.

Rotfeld nie twierdzi, że zna odpowiedź na zadane w tytule pytanie. Odwrotnie. Były polski minister spraw zagranicznych i były dyrektor SIPRI, sławnego think-tanku w Sztokholmie, ostrożnie przypomina, że "żaden z niezliczonych ośrodków sowietologicznych na Zachodzie nie przewidział upadku Związku Radzieckiego w XX w.".

Dodam, że bywało wprost przeciwnie. Pamiętam, jak pewien amerykański trust mózgów oznajmił, że ZSRR jest i będzie stałym, nie do pominięcia czynnikiem sytuacji międzynarodowej. A był już chyba rok 1985 i był już Gorbaczow.

Publicystom, mniej związanym rygorami nauki, było łatwiej przewidywać i niektórym dojść do ryzykownego, ale, jak się okaże, trafnego wniosku, że totalna niezdolność państwa sowieckiego stawienia czoła katastrofie w Czarnobylu w roku 1986 oznajmiła początek szybkiego końca "stałego" ZSRR.

Chociaż autorzy na ogół związani z PISM-em zastrzegają się, że nie formułują "prognozy czy też wizji rozwoju świata", to niektóre zapowiedzi jednak ryzykują. Rotfeld np. zakłada, że w roku 2025 Unia Europejska będzie jednym z najbogatszych i najbezpieczniejszych obszarów świata i że ta Unia, i Polska razem z nią, odgrywać będzie zasadniczą rolę w systemie międzynarodowym.

Aby tak było - to już ode mnie - trzeba się o to mocno starać i zamiast marnować czas w zbędnych i błędnych, prowincjonalnych i anachronicznych awanturach polsko-polskich, uczestniczyć jako dojrzałe państwo w wypracowaniu europejskiej riposty na zagrożenia, jakie osiągnięciu tej nirwany mogą i będą przeszkadzać. Chodzi o to, by sformułować to bardziej konkretnie, na przykład o napięcia między państwami prawa i demokracji z jednej strony, a agresywnym fundamentalizmem religijnym czy autokratycznym z drugiej.

Jasne, praca zbiorowa, gdzie wszyscy autorzy są profesorami i doktorami z reguły habilitowanymi (co wychodzi z mody, ale jednak jest pewną gwarancją powagi), wymaga i warta jest poważnego omówienia, a nie tylko dziennikarskiego sygnału.

To powiedziawszy, na pytanie "Dokąd zmierza świat?" książka sugeruje tylko jedną wiarygodną odpowiedź, tę mianowicie, że świat zmierza w złym kierunku. Takie stwierdzenie zgodne jest z tezą, że pesymiści mają zawsze rację.

Tylko że taka prognoza nie wystarczy, by na jej podstawie zbudować jakąkolwiek skuteczną strategię polityczną i zmienić kierunek. Można naturalnie próbować odpowiedzieć inaczej. Ale żadna, zawierająca choćby cień wiarygodności odpowiedź nie powinna, ba, nie może być sformułowana bez uwzględnienia kapitału myśli i wiedzy zawartej w książce pytającej "Dokąd zmierza świat?". Elementy niezbędne do sformułowania przekonywającej odpowiedzi są więc pod ręką.

Chateaubriand, a to był fachowiec, powiedział, że w polityce prawie zawsze wynik jest odwrotny do przewidywanego. Może, ale próbować warto.
08:42, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Rule Britannia no more

Nigdy nie byłem piratem i z wyjątkiem przygód (takich sobie) w filmie Polańskiego i w (znakomitym) "Buncie na Bounty" z Clarkiem Gable'em i Charlesem Laughtonem nie brałem, po żadnej stronie, udziału w wojnie z - ani między piratami.

Ale to właśnie przez podziw dla chwały brytyjskiego piractwa śpiewałem z Anglikami "Rule Britannia! Britannia, rule the waves!" po kolejnych bitwach gorącej i zimnej wojny, na meczach Anglii z Niemcami, a także na zakończenie ostatniego koncertu Proms, dorocznego festiwalu promenadowego w Londynie. Od dziś - koniec. Nigdy więcej. Wstyd.

Piraci, owszem, są, ale Britannia nie rządzi na morskich falach. W ciągu ostatnich kilku tygodni somalijscy piraci porwali francuski luksusowy okręt "Ponant", kilka rybackich statków hiszpańskich i japoński tankowiec. Według Biura Bezpieczeństwa Morskiego w samym tylko roku 2007 na ogromnej morskiej przestrzeni wzdłuż wschodniego wybrzeża Somalii aż po Aden ponad 450 marynarzy zostało porwanych, a trzech najpewniej zamordowanych.

W ciągu ubiegłych dziesięciu lat ponad 3 tys. marynarzy stało się zakładnikami piratów, 500 zostało rannych, a 160 zabitych. Wykup zakładników sięgnął sporych sum. Jak było przedtem, nie wiem, ale ostatnie akty piractwa przyniosły porywaczom somalijskim po 700 tys. od sztuki, to znaczy za zwrot porwanego okrętu, przy czym dodajmy dla pikanterii, że okup, całkowicie lub częściowo, trafiał do zasobów islamskich terrorystów szczególnie aktywnych w tej okolicy.

Jest bowiem jasne, że ktoś uzbraja (szybkie łodzie, broń, nowoczesny ekwipunek nawigacyjny) somalijskich piratów pozbawionych, na skutek wojny domowej innych zajęć.

Istnieje, jak wiadomo, kilka sposobów zwalczania współczesnego, XXI-wiecznego terroryzmu. Pierwszy z nich, i jak dotąd najbardziej ryzykowny, choć także najbardziej skuteczny, to model izraelski. W 1976 r. komandosi izraelscy wylądowali bez uprzedzenia na lotnisku Entebbe w Kampali, stolicy Ugandy, którą władał wówczas osławiony dement, niejaki Amin Dada, i siłą, odwagą i sprytem wyzwolili zakładników porwanych przez terrorystów palestyńskich wraz z samolotem Air France.

Inną propozycję sformułował prezydent Francji Nicolas Sarkozy. Okup za zwolnienie "Ponanta" został wpłacony, ale natychmiast potem ruszyła operacja komandosów francuskich, którzy helikopterami dopadli piratów gdzieś w środku pustyni, dali im łupnia, aresztowali, oddali w ręce policji francuskiej, a nawet odzyskali część okupu. Logicznie wnioskując, Francja zaproponowała wtedy powołanie sił międzynarodowych do walki z piractwem.

Mowy nie ma - powiedział wtedy Londyn. Po czym następcy lorda Nelsona zaproponowali trzeci sposób walki z piractwem, zabraniając niesłusznie dziś opiewanej Royal Navy ścigania i aresztowania porywaczy. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze, bo zachodzi ryzyko pogwałcenia praw człowieka. Jakiego człowieka? Porywacza. Złapany pirat powinien bowiem zostać wydany władzom somalijskim, a wtedy, zapewne, straciłby okup i głowę, a przecież w Wlk. Brytanii kary śmierci nie ma.

Jeszcze gorsze jest po drugie. Piraci schwytani i - w trosce o ich głowy - niewydani Somalii mogliby mianowicie poprosić, o zgrozo, o azyl w Wielkiej Brytanii.

"Rule Britannia"?! Na morskich falach?! Kpina. Tak było kiedyś. Dzisiaj Edward Drummond, czyli Czarnobrody, i sir Francis Drake, dwaj najsłynniejsi bohaterowie w historii piractwa brytyjskiego, przewracają się w grobie. Śpiewając nie "Rule Britannia", ale "Marsyliankę" i "Hatikwę".
08:41, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 13 maja 2008
Spokojnie, to tylko starość

Procesu starzenia zatrzymać nie można, można jednak starać się opóźnić starość. Łatwo mówić, ale Henri Matisse, autor tego aforyzmu, potrafił udowodnić jego trafność. Żył 85 lat, przeżył dwie wojny światowe, atak raka, kilka małżeństw i wiele awantur, był za życia sławny i bogaty i udało mu się prawie do ostatniego tchnienia opóźnić triumf starości.

Czy łatwo naśladować Matisse'a? Zależy. Niektórym się udaje. Kilka dni temu 99 lat wspaniałego życia ukończyła włoska senator Rita Levi Montalcini, laureatka nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, najstarsza na świecie parlamentarzystka.

Profesor neurobiologii za Mussoliniego ukrywała się pod zmienionym nazwiskiem, dziś cieszy się ogromnym autorytetem. Uczestniczy w życiu publicznym, wciąż pracuje naukowo i, jak twierdzi, "jej mózg funkcjonuje lepiej teraz, niż kiedy miała 20 lat". Pisząc o niej, prasa zamienia określenie "dożywotni senator" na "senator pełen życia".

Helmut Kohl też naśladuje Matisse'a. Były kanclerz zjednoczenia Niemiec, wdowiec od kilku lat, właśnie teraz, kiedy skończył 78 lat, postanowił ożenić się po raz drugi ze swoją obecną partnerką Maike Richter, wiosen tylko 43.

Kohl miał wypadek, jest obecnie na reedukacji po wstrząsie mózgu i trudnej operacji. Ryzykant? Spokojnie, wszystko będzie OK. Miłość to znakomity środek reedukacyjny. Tym lepszy, że jak mówią Chińczycy: - Im imbir starszy, tym bardziej pikantny.

Imbiru jest więcej. Z amerykańskich statystyk dowiedziałem się, że począwszy od roku 1959 liczba stulatków w USA podwaja się co dziesięć lat. Dziś jest ich ponoć ponad 80 tys., a w 2040 r. ma ich być pół miliona.

Królowa Elżbieta, która właśnie skończyła lat 82 i ma wszelkie szanse dożycia, jak jej matka, do setki, wysyła specjalny list do każdego nowego stulatka. W 1952 r., pierwszym roku królowania, wysłała takich listów 225, w 2005 r. - 4,6 tys.

Długowieczność dotyczy przede wszystkim krajów rozwiniętych. Naukowcy z Bostonu, którzy prowadzili te badania, tłumaczą zjawisko tak: postęp medycyny, higiena codzienna, zdrowa żywność, regularny ruch fizyczny, optymistyczny charakter i dynamiczna aktywność intelektualna. Rewelacji nie ma, ale jednak: 25 proc. przebadanych stulatków uzyskało w intelektualnej grze wynik lepszy od badających ich naukowców.

Jasne, każda starość jest inna. I wiadomo, że każdy chciałby długo żyć, ale nikt nie chce być starym. Dziś starość to już nie tylko kategoria biologiczna, ale gospodarcza. To duży rynek, spory potencjał turystyczny, zwłaszcza w martwym sezonie, specyficzny i odrębny rozdział w handlowej reklamie. Nawet słownik musiał się dopasować - kiedyś byli starzy, potem trzeci wiek, teraz o nich mówi się seniorzy, co brzmi szlachetnie, szykownie i jakże nowocześnie.

Amerykański autor kończył pytaniem "Czy rzeczywiście chcemy żyć 100 lat?" Zależy kto. Pani Levi Montalcini, pan Kohl i np. ja odpowiadamy: na pewno tak. Bo przecież kiedy jest się starym? Dla filozofa starość to zwyczajny przesąd. Dla pisarza, żaden wiek nie zabrania marzyć. Dla poety starość to "świt, kiedy nagle zdajesz sobie sprawę, że wszystko jest białe".

No, a dla dziennikarza? Tutaj, sądzę, starość zaczyna się z chwilą, kiedy zanika chęć i siła wkur się, przepraszam, oburzania się. Niezależnie od wieku.
15:52, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 05 maja 2008
Prasa groźniejsza od bagnetów


Trzy gazety są groźniejsze od stu tysięcy bagnetów. Takie ostrzeżenie rzucił Napoleon Bonaparte, fachowiec i od gazet, i od bagnetów. Dziś cesarz musiałby równanie z gazetami i bagnetami ułożyć zupełnie inaczej. Prasa drukowana, bo tylko taką Napoleon znał, nie tylko nie zagraża bagnetom, ale znalazła się w ich zasięgu. Jest na bardzo ostrym zakręcie i aby z niego nie wypaść, musi stawić czoła wyzwaniom XXI wieku. Stawką jest jej przyszłość.

Nie ma dziś właściwie poważnego dziennika na świecie, z wszechpotężnym "New York Timesem" na czele, który nie byłby zmuszony do ostrych reform i cięć oszczędnościowych. Dramat "Le Monde", dziennika, który dla prasy francuskiej jest tym, czym metr z Sevres dla światowego systemu miar, jest tego aktualnym przykładem.

Szok bez precedensu: dwa razy w ubiegłym tygodniu "Le Monde" nie ukazał się w kioskach. Powody są właściwie wszędzie takie same: spadek wpływów z reklam (w latach 70. w "Le Monde" było to 60 proc. dochodów - dziś 20 proc.), lekkomyślne inwestycje, błędy w zarządzaniu. Wynik: wielomilionowy, od siedmiu lat, deficyt (15,5 mln euro tylko w 2007 r.). Terapia: ostre redukcje w kosztach i personelu. Z "Le Monde" ma odejść ponad 200 osób.

Dyrektor "Le Monde" ma rację: gazeta może być naprawdę wolna i niezależna tylko pod warunkiem, że jest dochodowa. Metoda, naturalnie, nie sprowadza się wyłącznie do buchalterii i finansów, lecz musi objąć całą sferę wizji dziennikarskiej, zaproponować mocną wartość dodatkową w porównaniu z konkurencją.

A konkurencją jest niepowstrzymany i szybki postęp techniczny. Pojawił się elektroniczny global village, globalizacja dotyczy nie tylko wymiany ludzi i towarów, ale także obiegu i szybkości informacji. To one postawiły na porządku dnia pytanie o sens i naturę informacji i wyznaczają dziś punkt zwrotny w debacie o miejsce prasy w demokracji.

Kryzys prasy drukowanej to nic nowego. Na trwogę, że dzienniki giną, wołano, kiedy pojawiło się radio, potem telewizja, i woła się teraz, kiedy wkroczył internet. Ale nigdy zagrożenie nie było tak skoncentrowane. Naturalnie, poważna prasa drukowana zachowuje ciągle prestiż czcigodnej "starszej damy", ale to telewizja i internet, a w przyszłości także blogi (dziennikarstwo obywatelskie), wyznaczają hierarchię informacji, decydują o architekturze aktualności.

Poprzez telewizję i internet historia dzieje się na naszych oczach. Sprawozdanie na żywo stało się wartością absolutną. Telewizja jest głównym dostawcą informacji i, co za tym idzie, zasadniczym, a w wielu miejscach monopolistycznym źródłem wiedzy o świecie i o polityce.

Obraz trafia jednak częściej do uczucia, niż do rozumu, a jego wpływ zależeć może od talentu prezentera w przekazywaniu telewidzowi raczej dreszczy, niż inspiracji do myślenia. A przecież nie wystarczy widzieć, aby zrozumieć. Putin wiedział co robi: na bagnetach się znał, a stawkę rozumiał. Zagarnął telewizję zostawiając, dla zmylenia pogoni, tylko skrawki wolnej prasy drukowanej.

Przyznaję, jest w tym lamencie sporo nostalgii moich dziesięcioleci spędzonych w dzienniku, ale obawiam się, że jeżeli poważna codzienna prasa drukowana, jedyna zdolna do szybkiego, ale spokojnego i rzetelnego rozszyfrowania i wytłumaczenia sensu informacji, nie sprosta wyzwaniu, to taka będzie demokracja, jaka będzie telewizja. A wtedy reszta będzie milczeniem.

14:05, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
Za mało mężów stanu


Nic tak nie dzieli narodów jak wspólna granica. To samo można powiedzieć o wspólnej historii. Wzięta w niewolę przez polityków dzieli narody jeszcze bardziej. Ale nie zawsze i nie wszędzie.

Czytam w "Le Monde", że między naukowcami francuskimi i niemieckimi, autorami wspólnego podręcznika historii, "nie było zbyt licznych punktów spornych". Przecieram oczy: Francuzi i Niemcy nie mieli "zbyt licznych sporów" w toku pisania drugiego już tomu wspólnego podręcznika historii dla francuskich i niemieckich licealistów?

Pierwszy tom obejmował okres powojenny, od 1945 prawie do dziś, i był z uwagi na obecność obu państw po dobrej stronie zimnej wojny, można powiedzieć, ulgowy. Ale drugi? Napisany "bez sporów" o wydarzeniach od końca awantury Napoleona do końca Hitlera, kiedy oba narody tyle razy się wzajemnie mordowały?

Jak im się udało sprostać najtrudniejszemu dziś wyzwaniu, to znaczy - zaproponować młodzieży dwóch narodów o "wspólnej granicy i wspólnej historii" wspólny pogląd na wydarzenia, których pamięć i o których wiedza, wyniesiona z domu czy szkoły, zawsze je dzieliła?

Pomysł jest stary, zrodził się w 2003 r. na forum młodzieżowego parlamentu francusko-niemieckiego. Pierwszy tom wyszedł w 2006 r,. drugi teraz, następne są w opracowaniu. Razem te podręczniki mają, jak twierdzą ich autorzy, "przedstawić unikalne, dwunarodowe spojrzenie na historię Europy i świata".

Panowie, powoli, łatwo mówić, ale nie całej Europy ani nie świata (gdzie Azja, np. Chiny i Japonia?!). To, co było możliwe dla Zachodu dzięki wizji kilku mężów stanu szukających drogi do zgody narodów, pod słońcem demokracji, prosperity, w jednoczącej się Europie, to pozostaje jeszcze do zrobienia w Europie do niedawna porwanej, gdzie przez pół wieku prawda była przez politykę i polityków wygnana z nauczania i, tym bardziej, ze wszelkiej autentycznej debaty historycznej.

Przykłady w polskiej gazecie aż wstyd przytaczać. Jak pogodzić polską wizję Katynia jako ludobójstwa z poglądem Rosji, że to tylko epizod przy zbrodni Stalina na jego własnym narodzie? Jak przekonać Ukraińców, że Hołodomor, klęska głodu lat 30. i 3 mln jej ofiar, to nie zaplanowana zbrodnia Sowietów, ale część klęski żywiołowej, jaka niespodziewanie spadła na ogromne obszary Rosji?

Polsko-niemiecka wersja takiego podręcznika jest w projekcie. Zajmują się tym rządy, ministrowie i naukowcy w obu krajach. Jako przykład polsko-niemieckich "zbyt licznych sporów" w tej dziedzinie Francuzi cytują kontrowersję: wędrówki ludów po 1945 roku to dla Polaków "osoby przemieszczone", a dla Niemców - "wypędzone".

Ba, gdyby w sporach Polski z Rosją czy Niemcami tylko o nazwy chodziło, sprawa byłaby prosta, a stara Europa, zamiast się chwalić, że "unikalne" i że na "cały świat", lepiej by nową rozumiała!

Władysław Bartoszewski twierdzi (tłumaczę z francuskiego), że aby rany historii mogły się goić, trzeba je leczyć jak chorobę. Ma rację. Tylko że w leczeniu ran historii nowej Europy przeszkadza nie brak lekarzy, jest ich dosyć i świetnych. W tej wiecznej włóczędze od otwartych ran do z trudem gojących się blizn za dużo natomiast jest polityków, a za mało mężów stanu.

14:03, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25