RSS
wtorek, 08 kwietnia 2008
Igrzyska cynizmu


Olimpijską świątynię burzono wiele razy. W 1968 roku, kiedy policja zamordowała setki studentów w przeddzień otwarcia igrzysk w Meksyku. W 1972 roku, kiedy olimpijska katedra runęła od strzałów Arabów z organizacji Czarny Wrzesień, którzy mordując Żydów w Monachium, chcieli wyzwolić palestyńskich braci...

Na oczach świata wybuchła wtedy prawda o zwyczajnej lipie olimpijskiego pokoju, nastąpił kres olimpijskiej hipokryzji. Wioska olimpijska definitywnie przestała być, choć w istocie nigdy nie była, oazą szlachetności i braterstwa.

Żadna olimpiada nie zapobiegła, nie zatrzymała, a nawet nie złagodziła ani jednej wojny, nie przeszkodziła żadnej masakrze, nie uratowała ani jednego życia ludzkiego. To od dawna nie było żadną tajemnicą, ale naiwność, a częściej cynizm ludzki skłania do kultywowania wiary, że mogą istnieć takie wrota, przed którymi zatrzymuje się historia.

Okazało się, że żadna z wielkich imprez międzynarodowych nie była w swym cynizmie tak obojętna na ludzkie cierpienia jak właśnie olimpiady, że mogą one rewindykować laury szlachetnego współzawodnictwa jedynie za cenę ślepoty, zakłamania lub moralnego przekupstwa.

Wbrew gaworzeniu olimpijskich westalek olimpiada, choć jest - to jasne - imprezą przede wszystkim sportową, to zawsze była również przedsięwzięciem politycznym, propagandowym i nacjonalistycznym oraz ogromnym biznesem. Olimpiada kieruje resentymenty i hece nacjonalistyczne w legalne niejako łożysko.

Wszyscy gorąco podzielają groteskowe stanie na baczność po 100 m stylem grzbietowym i spoglądają ze łzą w oku na sztandar państwowy wciągany przy dźwiękach hymnu narodowego. Podniesienie tony żelaza czy precyzyjne danie w mordę równoważone jest z honorem państwa, prestiżem narodu.

Chociaż statut olimpijski mówi, że "igrzyska są współzawodnictwem nie państw, ale zawodników", to wszyscy oddają się przede wszystkim masturbacyjnej buchalterii medalowej. Nikt jednak nie pytał: ile to, przepraszam, medali wypada na jednego Żyda zamordowanego w Monachium, a ile na studenta zabitego w czasie manifestacji w Meksyku? To wtedy, gdyby cała wioska się zbuntowała, była szansa uratowania idei olimpijskiej. Ale ochotników zabrakło. Dlaczego? Bo idea była już martwa.

Znicz olimpijski się pali. Tak, ale to nie płomień, ale zimne ognie. A kółka na fladze są czerwone.

****

To wszystko, co wyżej, to zwyczajny plagiat. Autoplagiat. Z mojego własnego artykułu w "Kulturze" zwanej paryską z października 1972 r. Sprzed 36 lat! Skąd więc to dzisiejsze święte oburzenie? Dziś tylko trzeba dodać pytanie: ile medali zdobytych w sierpniu w Pekinie wypadnie na jednego zamordowanego Tybetańczyka i ile wiosek tybetańskich spłonie, zanim zapłonie znicz w Pekinie?

I na to pytanie, tak jak na poprzednie, odpowiedzi nie będzie. Skończmy z olimpijskim festiwalem hipokryzji. Pozwólmy sportowcom biegać, skakać i dźwigać. Bez złudzeń i maskarady. Konkurencji pod nazwą "prawa człowieka" nie ma i nigdy nie było w programie igrzysk olimpijskich.

Jest tam natomiast, poza stadionem, wyścig o mistrzostwo w cynizmie, w którym biją rekordy nie sportowcy, ale handlarze, działacze i politycy.

Zimna wojna się skończyła, polityczne olimpijskie bojkoty także, teraz nie ma już wrogów ani przyjaciół, są tylko interesy. Kiedyś sportowcy byli zakładnikami polityki, dziś są w kajdanach notowań giełdowych.

W październiku 2007 r. Dalajlama otrzymał bardzo prestiżowy Medal Kongresu USA. W trosce o Tybet? A guzik. Dla czystego sumienia Ameryki, odpowiedziano wtedy naiwnym. A giełdy sumień nie mają.


15:08, leopold.unger
Link Komentarze (2) »
Mój kat doktor Aue


Habent sua fata libelli Nie tylko książki, czytelnicy także. Półtora roku temu pisałem w "Gazecie", że miałem dużo szczęścia, albowiem udało mi się nie spotkać podczas drugiej wojny światowej dr. Maksa Aue, sturmbannfhürera SS.

Dr Aue jest główną postacią porażającej przez wszystkie 900 stronic książki, napisanej po francusku przez Amerykanina Jonathana Littella, pod tytułem "Les Bienveillantes", po polsku "Łaskawe" (ma wyjść w październiku w Wydawnictwie Literackim), w aluzji do ironicznego pseudonimu Erynii, boginek kary i zemsty za zbrodnie.

Miałem szczęście, pisałem, albowiem mogłem spotkać dr. Aue w moim Lwowie, pierwszym mieście zajętym przez Hitlera po najeździe na ZSRR. I mogłem, gdybym tam spotkał dr. Aue, być jednym z publicznie powieszonych lwowskich Żydów. To wydarzenie, o którym dr Aue szczegółowo opowiada.

Powieść Littella zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Każdy epizod, choć a priori przecież powieściowy, przywoływał bowiem natychmiast mój własny los. Do dziś prześladuje mnie obezwładniająca, beznamiętna analiza, zimna, szczegółowa kronika, w której dr Aue, intelektualista, amator Bacha, kazirodca, homoseksualista, zamknął swój opis (w pierwszej osobie) zagłady Żydów na froncie wschodnim.

Pokonując połączone w moim odczuciu podziw i odrazę, byłem przekonany, że "Les Bienveillantes" uruchomią sumienia tak jak kiedyś "Gułag" Sołżenicyna. Byłem przekonany, że ciężar zgrozy tej powieści nigdy mnie nie opuści. Podobnie jak nie opuszcza mnie pamięć o tych, którzy - jak mówi dr Aue - nie pozostawili nikogo, kto by nosił po nich żałobę.

Dziś już jest mi lżej. Książka Littella nie nazywa się już "Les Bienveillantes", ale "Die Wohlgesinnten". Wyszła bowiem z wielkim hukiem i w wielkim nakładzie po niemiecku, jest w centrum ogólnoniemieckiej debaty.

Niemcy, to nic dziwnego, przeczytali ją inaczej niż ja. Ich lektura idzie szerokim frontem: od uznania dla "książki wielkiej i zimnej", aż po kpiny z kolejnego kiczu "w literackim Hitler-businessie". Poprzez zarzut sztucznej intrygi i pustych postaci, po poważną krytykę zarówno formy artystycznej, jak i merytorycznej treści książki.

Niemcy próbują odpowiedzieć na pytanie, co "Łaskawe" wnoszą nowego do literatury Holocaustu, jak i czym należy tłumaczyć sukces książki, w jakim stopniu niesłychanie urozmaicona, intelektualnie wyśrubowana postać dr Aue jest realistyczna, odpowiada portretowi nazisty, tak jak go Niemcy widzieli z bardzo bliska, bo u siebie w domu, na swojej ulicy, w mundurze i w akcji.

Krótko mówiąc, Niemcy odbrązowili "mojego" dr. Aue, uwolnili mnie od niego, zrelatywizowali i przenieśli mój odbiór "Łaskawych" ze sfery fascynacji do strefy pamięci, z fazy szoku do fazy namysłu. Czyli tam, gdzie "Łaskawe" Littella, tak jak, toute proportion gardée, "Strach" Grossa w Polsce, powinny się były od początku znaleźć.

"Łaskawe" na pewno nie są kiczem, to wielka i ważna powieść. Pozostaje pytanie, w jakim stopniu kat może mówić głosem swoich ofiar? Niemieckiemu wydaniu "Łaskawych" towarzyszy dyskusja nad możliwością przywrócenia w niemieckim wojsku rozdawanego hojnie przez Hitlera Krzyża Żelaznego. Dr Aue stale go nosił.

15:05, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 marca 2008
Euro i anszlus

"Kibice kochają swoją drużynę, to wszystko, co zostało z tożsamości naszego kraju".

Ten kraj to Austria. A autor tej smutnej refleksji to Hans (Johann) Krankl, najsławniejszy austriacki piłkarz, autor czterech goli na mundialu w 1978 r. i 34 w reprezentacji kraju.

Wie, co mówi, a przypadek sprawił, że jego spostrzeżenie jest dzisiaj podwójnie aktualne. Po pierwsze, bowiem, panuje dziś w Austrii ostry stan gorączkowy przed zbliżającymi się organizowanymi wraz ze Szwajcarią piłkarskimi mistrzostwami Euro 2008. To największa impreza sportowa, jakiej Austria (grupowy rywal Polski) kiedykolwiek się podjęła.

Po drugie, tak się składa, że gorączka futbolowa nakłada się na znacznie mniejsze, ale jednak wzruszenia związane z obchodami 70. rocznicy anszlusu, aneksji Austrii 12 marca 1938 r. przez hitlerowskie Niemcy.

Do czego doprowadził anszlus entuzjastycznie powitany przez Austriaków i takaż ich kolaboracja z Hitlerem (Austriakiem z pochodzenia), wiadomo. To czarna strona historii Austrii, całkowita utrata tożsamości, o której mówił Krankl, a także los 65 tys. Żydów austriackich zamordowanych, 130 tys. obrabowanych i wypędzonych, wśród nich: Freud, Kokoszka i kilku noblistów.

Zaraz po anszlusie, 1 kwietnia, wyruszył pierwszy transport austriackich antynazistów do obozu koncentracyjnego Dachau, instytucji wtedy mało znanej w Europie. Hitler pozyskał kilka dywizji piechoty i większość komendantów jego ludobójczych łagrów.

Obie okazje wywołują, mówię to bez cienia cynizmu, sporo emocji. I tak np. na Heldenplatz, placu Bohaterów, tam gdzie 250 tys. oszalałych ze szczęścia mieszkańców Wiednia witało 15 marca 1938 r. Hitlera i równocześnie traciło tożsamość, 70 lat później zapanowała noc milczenia. Zapaliły się tysiące świec, odbyła się ekumeniczna uroczystość, mająca w skupieniu oddać żal i oddalić wspomnienie samobójczej euforii owego dnia.

Sto dni później, 7 czerwca, Austria i Szwajcaria uruchomią szaleństwo pod nazwą Euro 2008. Właściwie wszystko jest gotowe. W Wiedniu wielka przestrzeń rozciągająca się między placem Ratusza i Bramą Bohaterów, wiodącą na plac o tej samej nazwie, ten sam, gdzie wiedeńczycy witali Fuhrera, będzie przez cały czas Euro zarezerwowana dla 100 tys. miłośników futbolu, którzy będą mogli na dziewięciu megaekranach oglądać na żywo igrzyska z piłką. Entuzjaści piłki będą znowu mogli kochać swoją drużynę i, jeżeli ją jeszcze pamiętają, zastanawiać się nad sensem i aktualnością spostrzeżenia Krankla.

Pozornie nic sensownego nie łączy obu tych epizodów. Ich zestawienie zakrawa na demagogię albo nawet na złą wolę. Nie przyznaję się ani do jednego, ani do drugiego. Nic mianowicie ich nie łączy, z wyjątkiem fanatyzmu kibiców. W istocie bowiem oba przestrzegają przed tą samą plagą ślepego, bezmyślnego odruchu zawierzenia, np. bezwarunkowego poparcia Hitlera w 1938 r. lub - toutes proportions gardées - tłumu kiboli dla swojej drużyny futbolowej.

Mówiąc nie o skromnym Euro, ale o gigantycznym futbolowym mundialu, Alain Finkielkraut zauważył, że dzieje się tak, jakby "tożsamość narodowa mogła już tylko się przejawiać w formie sportowego szowinizmu". Krankl powiedział to samo, tylko inaczej. Wielki filozof i wielki piłkarz chcą tego samego: aby sport wychowywał nie kibica, ale obywatela. Bez, a szkoda, większych szans na sukces.
15:08, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 12 marca 2008
Za wielkie zasługi zawsze niewdzięczność


Dowiedziałem się, że Adam Michnik nie został zaproszony przez prezydenta RP na uroczystość związaną z 40. rocznicą tzw. wydarzeń marcowych z 1968 r. Michnik, wiem z prasy, uważa, że komentowanie jego nieobecności na tej uroczystości przez niego samego byłoby "niestosowne". Takie stanowisko dobrze świadczy o skromności Michnika, innym jednak daje do myślenia. Np. mnie.

Po pierwsze, mimo innej okazji, ale także związanej z Marcem, ja też nie byłem zaproszony do Pałacu. I słusznie. Nie miałem bowiem zamiaru ubiegać się o zwrot obywatelstwa polskiego. Już je raz miałem i na jedno życie wystarczy. No a poza tym język, kultura i przyjaźnie, choć nie wymazują marcowego paskudztwa ani niezapomnianych okoliczności wyjazdu "bez prawa powrotu", całkowicie kompensują rozkosze związane z posiadaniem polskiego paszportu. Ponadto mało wymagające obywatelstwo Belgii, gdzie jak najbardziej lojalnie płacę wysokie podatki, najzupełniej mi wystarczy, zwłaszcza że ponieważ anim Walon, anim Flamand, mam tym dojrzalsze poczucie obywatelstwa już europejskiego.

Po drugie, i przede wszystkim, 40-lecie Marca możemy, Michnik i ja, obchodzić jednak wspólnie, każdy, to jasne, w swoim rejestrze. Polskie "idy marcowe" stanowią przecież, choć dla każdego oddzielnie, zwrotny moment w życiorysie. To od wydarzeń w różny sposób, ale równolegle w Warszawie wtedy przeżywanych, każdy z nas rozpoczął następnych, pod każdym względem nowych 40 lat. Nasze drogi się wtedy rozstały, każdy wybrał coś innego. Nasze biografie są nieporównywalne, skakaliśmy przez inne góry. Michnik tworzył historię, ja starałem się ją tłumaczyć. I, choć nie bez ryzyka, wyszliśmy na ludzi.

Michnik, 40 lat po Marcu, w jednym z esejów w książce "W poszukiwaniu utraconego sensu" pisał tak: "Stendhal dobrze zapamiętał rój pochlebców wokół uwielbianego Napoleona... Francja była zmęczona arogancją dworaków, prefektów, burmistrzów... Z ich rysów przebijał odcień obłudy, wyraźny ślad cesarstwa i jego serwilizmu... Co za otchłań podłości i tchórzostwa...".

Ja, rok po Marcu, też w eseju i też poszukując sensu, pisałem: "Ten polsko-sowiecki narodowy socjalizm, ta władza kurczowo trzymająca się koryta, od dawna pozbawiona w ogóle ideologii, ożywiona jedynie chęcią utrzymania korzyści związanych ze zniewoleniem narodu, taka kasta pozwala odżyć wszelkim wersjom antysemityzmu, tego beblowskiego socjalizmu imbecyli".

Te dwa cytaty dotyczą dwóch różnych republik (jedna nie ma numeru), ale przecież pasują: to taka władza i tacy dworzanie wsadzili Michnika do kryminału, a mnie skazali na wygnanie.

Michnik jest niepoprawny, wierzy w człowieka. W tym samym eseju pisze: "Świat jest zawsze taki, jakim my, ludzie, go tworzymy. Przecież w najgorszym nawet świecie, wśród opresji i poniżenia, można żyć według wartości wymaga to tylko szczypty wyobraźni i odrobiny konsekwencji. Albo też trochę odwagi i sporej cierpliwości, gdyż po każdej - nawet najdłuższej - nocy wschodzi świt".

Do świtu daleko. Ale ponieważ Michnik jest zakochany we francuskim XIX w., to chcę, aby wiedział, co o takich jak on myśli pisarz, którego on ani razu w całej książce nie cytuje. Aleksander Dumas powiedział mianowicie: "Są zasługi tak wielkie, że można je opłacić tylko niewdzięcznością". Czekając na świt, warto o tym pamiętać.

15:38, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 05 marca 2008
Putin i Castro


Mamy prezydenta Rosji. Mamy nawet dwóch, bo Putin dopiero w maju przekaże urząd, a nawet trzech, bo Gorbaczow czuje się dobrze.

Mamy także dwóch szefów państwa kubańskiego. To też wydarzenie, bo to pierwsza zmiana tronu po 50 latach. Co je łączy? Głównie sceptyczne komentarze co do pozytywnych skutków tych obu sukcesji. Zmiany te tłumaczą fachowcy, zachodzą bowiem wewnątrz rządzących kamaryli i niewiele - albo niczego - zmienią w systemie rządzenia. Rosja miałaby więc pozostać państwem autorytarnym, a Kuba - dyktaturą.

W Rosji, powiadają, Dmitrij Miedwiediew jest nowym prezydentem, ale z łaski i nadania Władimira Putina, który jako premier zabierze ze sobą najważniejsze prerogatywy szefa państwa. Miedwiediew, dodają, prezydencki klon, obejmie Kreml, utrzyma splendor funkcji, ale istota władzy z Kremla przeprowadzi się do siedziby premiera.

Na Kubie nikogo klonować nie trzeba, bo jest brat Fidela Raul. Starszy Castro, powiadają, z władzy państwowej zrezygnował, ale została ona w rodzinie, a Fidel pozostał szefem partii komunistycznej kontrolującej Kubę, u którego Raul, jak sam powiedział, będzie szukać rady w najważniejszych sprawach państwowych.

Wszystko jasne, nie ma o czym mówić? A może jest? A może warto pamiętać, że historia zna wypadki kiedy prowizoryczni władcy, ci pozornie najmniej groźni, przekształcali się czasem w reformatorów, a czasem w mężów stanu?

I że po zmianie szefa państwa autorytarnego czy dyktatury następowały czasem głębokie i trwałe zmiany. Putin nie Stalin, Fidel nie Mao, no ale, choć to trąci demagogią, warto pamiętać, jak się zmienił ZSRR - i cała satelitarna Europa - po śmierci Stalina, czy Chiny po zejściu Mao? Czy Gorbaczow był kontynuacją Breżniewa? A Putin Jelcyna?

Może warto się przyjrzeć niektórym subtelnościom obu sukcesji? W Rosji np. może się po jakimś czasie okazać, że liberał (tak się przedstawia) Miedwiediew nie zechce być klonem byłego oficera KGB, że jego sposób zarządzania państwem będzie się różnić od prostego administrowania dziedzictwem Putina.

14 lutego Putin, przyszły premier, oświadczył: - To rząd i jego szef stanowią najwyższy organ władzy wykonawczej w Rosji. Na co Miedwiediew, przyszły prezydent, odpowiedział: - Nie może być w Rosji dwóch, trzech czy pięciu ośrodków władzy. Rosją kieruje prezydent.

Farsa, układ, podział ról? Poczekajmy

A na Kubie? Też smugi cienia. Wtajemniczeni twierdzą, że ten sam Raul Castro, który odegrał kluczową rolę w rozmieszczeniu na Kubie sowieckich rakiet, postanowił po upadku ZSRR zmniejszyć liczebność wojska z 300 do 60 tys., mówiąc: - Fasola jest ważniejsza od armat.

Otóż Raul jest rzekomo zwolennikiem chińskiej drogi: wolność ekonomiczna, absolutna kontrola polityczna, dążenie do normalizacji stosunków z USA. To nie przypomina sloganu "Patria o muerte" Fidela. Co dalej? Poczekajmy, zobaczymy

Warto tym bardziej poczekać, że niedługo będzie także nowy, piąty żyjący (razem z Carterem, Clintonem, dwoma Bushami) prezydent w USA. Ten piąty może mieć wpływ na to, co dziać się będzie u tamtych trzech w Rosji i dwóch na Kubie. Jeżeli zechce i jeżeli potrafi.

11:21, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 lutego 2008
Mój Fidel

Breżniew był akurat w Bonn. Niemcy wiedzieli, że lubi samochody, i ofiarowali mu mercedesa. Na krótko, bo zniedołężniały gensek natychmiast go rozbił.

Widok szefa wielkiego mocarstwa niezdolnego do samodzielnego powstania z fotela skłonił mnie wtedy do sformułowania "paradygmatu Ungera": przywódcy polityczni powinni pokazywać się narodowi albo w pełnej formie, albo w trumnie, ale nigdy w stanie przejściowym.

Od prawie dwóch lat oglądamy Fidela Castro w stanie przejściowym. To wielka krzywda i niesprawiedliwość. Zamiast człowieka, który przeżył, jak obliczył, 637 zamachów na swoje życie, który był natchnieniem i złudzeniem wszystkich wyklętych ludów ziemi, zamiast trybuna, który prawiąc płaskie banały, potrafił godzinami w tropikalnym słońcu utrzymać w napięciu setki tysięcy ludzi, oglądamy budzącego litość starca z trudem poruszającego się w okropnym sportowym dresie. Słuchamy ledwo zrozumiałych słów z trudem wychodzących z ust nieuleczalnie chorego człowieka.

Dosyć. Nie ma zgody na to przedstawienie. Jestem jednym z niewielu już (to przywilej wieku) dziennikarzy, którzy na własne oczy widzieli i pamiętają Fidela w jego najbardziej dramatycznej roli. Był październik 1962 roku. Był kryzys rakietowy sowiecko-amerykański, kulminacyjny punkt zimnej wojny.

I był moment, kiedy cały świat dowiedział się, że Chruszczow skapitulował wobec ultimatum Kennedy'go, nie uprzedzając Fidela, przywódcy państwa, który instalując na Kubie sowieckie rakiety sięgające USA, podjął w imię solidarności z ZSRR ryzyko, w razie ewentualnej riposty amerykańskiej, zagłady swego kraju i narodu.

Znałem Fidela. Pełen fantazji i humoru, silny, potężny, zaskakujący, nawiedzający czasem o świcie mieszkania korespondentów zagranicznych, bywalec barów, miłośnik cygar, rumu i kobiet, a także spontaniczny, gwałtowny, czasem wulgarny, bezwzględny polityk, bezlitosny nawet dla swych najbliższych przyjaciół, nieodpowiedzialny wizjoner, awanturnik żonglujący bez wahania losem ludzi i kraju.

To ten Fidel mówił w ów feralny wieczór październikowy o zdradzie ZSRR i o Chruszczowie: - Ten sk..., bękart, dziura w d...! Ten zbuntowany Fidel był także wielki na przyjęciu w ambasadzie ZSRR, kiedy wstał i z kielichem w ręku wzniósł toast za odjeżdżających wojskowych sowieckich, którzy "wraz z nami gotowi byli poświęcić życie w obronie Kuby".

Wtedy poznałem nowego Fidela. Zdradzony kochanek, złamany marzyciel, rewolucjonista gotów poświęcić siebie i swój kraj, który nagle zrozumiał, że nikt, a na pewno nie Związek Sowiecki, nie był gotów umierać za Kubę.

Że jego kraj był marionetką w cynicznej grze Moskwy. I że musiał się zgodzić na status satelity, bo Kuba nie miała innego sponsora niż Moskwa, jako jedyna gotowa pokryć koszty kryzysu.

Widziałem Fidela pijącego kielich goryczy. Ale nawet w klęsce i upokorzeniu ten drugi Fidel był na swój sposób wielki. Był jak ciężko ranny lew. I było coś patetycznego w widoku tego utopisty nagle wrzuconego w świat real-polityki, złamanego, kapitulującego wobec racji stanu, bezradnego proroka.

- Historia mnie usprawiedliwi! - wołał Fidel na swoim procesie po buncie przeciw dyktaturze Batisty. Ale historia z niego zakpiła. Od 1962 r. Fidel był już tylko upartym tyranem rujnującym kraj i jego mieszkańców, więźniów absurdalnej ideologii. Nie był legendą, był anachronizmem.
14:26, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 lutego 2008
Do kogo ma dzwonić Kissinger?

Dawno temu, kiedy nad zagraniczną polityką USA panował Henry Kissinger, bezskutecznie pytał, pod jaki numer ma zatelefonować, aby móc porozumieć się z kimś, kto mógłby, tak jak on w imieniu Ameryki, podejmować zobowiązania w imieniu Europy. Dziś Kissinger rządzi już tylko swoim biurem, prowadząc najdroższe na świecie porady konsultingowe, ale ciągle nie miałby właściwie do kogo dzwonić. Europejskiego Kissingera ciągle nie ma...

Ale może będzie, i to jeszcze w tym roku. Nowy traktat europejski ma po ratyfikacji przez 27 państw członkowskich powołać do życia urząd Prezydenta Unii Europejskiej. To brzmi poważnie, to nie byle przewodniczący Rady Europejskiej spadający z fotela co sześć miesięcy, to szef zespołu prawie 500 mln obywateli i konsumentów, czyli więcej niż w USA, z mandatem na 2,5 roku, odnawialnym, czyli praktycznie na lat pięć. I z telefonem, pod który Kissinger mógłby dzwonić, gdyby uzyskał właściwy numer.

Powinien to więc być polityk z charyzmą, o dużym doświadczeniu i wysokich kwalifikacjach, moralnie niepodejrzany, najlepiej rodzinny z legalnymi dziećmi, ze znajomością języków, oraz - to nie szkodzi - sympatyczny i przystojny.

Miałem dwóch kandydatów. Pierwszy odpadł od razu - za stary. Drugi, Tony Blair, wydał mi się nie do pobicia. Odpowiada wszak rysopisowi idealnego szefa Europy. No i się pomyliłem. Pospolite ruszenie antyblairowskie sprawiło, że z mojej listy pro-Blair zostały strzępy.

Nie będzie, powiada litania, perfidny Albion pluł nam w twarz. Jak mógłby prezydent Unii Europejskiej pochodzić z państwa, które późno i z trudem włączyło się w Europę (a de Gaulle nas przestrzegał), gardzi naszym euro, odmówiło wejścia do strefy Schengen, wyłączyło się (tak jak Polska) ze zobowiązań Karty Praw Podstawowych, jest koniem trojańskim (też jak Polska, ale większym) Stanów Zjednoczonych na Starym Kontynencie, jest głównym, a właściwie jedynym, liczącym się sojusznikiem USA w wojnie w Iraku, której Europejczycy bardzo nie lubią.

On sam ponadto niczym się nie wykazał jako specjalny przedstawiciel do spraw Bliskiego Wschodu. No i jest z jednego z tych wielkich krajów Unii, które stale dążą do hegemonii i dominacji nad małymi i średnimi. Blair jak Churchill zawsze wybierze przestwór oceanu ze szkodą dla kontynentu. Taki ktoś nie gwarantuje skutecznej obrony naszych interesów. Howgh, jak mawiał Winnetou.

Litania brzmi poważnie. Jeżeli jednak ja także już jestem przeciw Blairowi, to z zupełnie innego powodu. Czytam depeszę BBC: "Były premier Tony Blair będzie zarabiać 5 mln dolarów rocznie jako doradca banku JP Morgan do spraw globalizacji".

Jeżeli ktoś obarczony liczną rodziną rezygnuje z 5 mln dolarów rocznie po to, by dyrygować ogromną, nawet w skali kontynentu, maszyną biurokratyczną, to albo-albo.

Albo uważa, że 5 mln dolarów to mało, i jest przekonany, że prezydentura Europy, opłacana z moich podatków, przyniesie mu więcej.

Albo jest tak zaślepiony żądzą władzy, że miliony Morgana nie są w stanie go zatrzymać. W obu hipotezach na prezydenta Europy się nie nadaje. Ekspert BBC pokreśla, że 5 mln dolarów to wcale nie jest dużo dla kogoś, kto może nawet w nocy zatelefonować do każdego z możnych tego świata. Do Kissingera także, choć już może nie warto.
13:27, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 07 lutego 2008
Olimpijski knebel

Bez wielkiego szumu brukselski dziennik "Le Soir" doniósł, że nie dla wszystkich i nie wszędzie olimpijski znicz to tylko sztuczny, zimny ogień. Okazuje się, że Belgijski Komitet Olimpijski potraktował poważnie ideę sportu i dał prawo swoim reprezentantom na olimpiadę w Pekinie do wypowiedzi na każdy temat, w tym także na bardzo przez gospodarzy nielubiany temat, najogólniej biorąc, praw człowieka.

Oczywiście pod określonymi warunkami. Wymagany jest pełny szacunek - to wymóg nałożony przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, którego prezesem jest Belg Jacques Rogge - dla zasady apolityczności igrzysk. Wypowiedzi na tematy ze sportem wprost niezwiązane formułowane mogą być tylko we własnym imieniu i poza terenem igrzysk.

Tematów nie trzeba długo szukać. Wystarczy zapytać o dysydentów. Wielu będzie oglądać igrzyska zza krat więziennych. Np. pan Hu Zia, lat 34, który posługiwał się internetem, by informować o gwałceniu przez władze chińskie wolnego słowa. 27 grudnia Hu został aresztowany, a jego żona i córeczka znalazły się w areszcie domowym. Bez internetu.

Dziecko ma dwa miesiące i jest na pewno najmłodszym więźniem politycznym w Chinach. Blok, w którym mieszka pan Hu, nazywa się Bo Bo Miasto Wolności.

Albo motto igrzysk - "Jeden świat, jedno marzenie". Bardzo ładne, ale nietrafne, cały świat nie marzy bowiem o tym samym. Część świata marzy o tym, aby Pekin, który kupuje od Sudanu dwie trzecie naftowej produkcji, przestał z wdzięczności uzbrajać rząd w Chartumie i islamskie milicje, morderców blisko pół miliona bezbronnych w Darfurze, przestał blokować wszelką próbę nałożenia sankcji na to państwo gangsterów, przestał finansować pierwsze ludobójstwo XXI wieku.

Mało kto rzuca nierealne hasło bojkotu olimpiady, ale Chiny z Sudanem w tle narzuciły wizję igrzysk nowego typu. Miała być olimpiada sukcesu, zwiastująca wyjście Państwa Środka z biedy i upokorzenia, a kursuje hasło olimpiady ludobójstwa.

To tylko dwa (są setki), ale ważne przykłady tego, o czym belgijscy sportowcy będą mogli rozmawiać w Pekinie, jeżeli zechcą z danej im szansy wolnego słowa w sercu dyktatury skorzystać. Jeżeli zechcą i jeżeli będą mogli.

Z jednej bowiem strony belgijska decyzja odkneblowania sportowców stanowi precedens, na który sportowe i polityczne potęgi, np. Wielka Brytania, się nie zdobyły. Wprost przeciwnie, należy liczyć się z naciskami, by Belgowie nie zawracali głowy i nie psuli nam święta.

Z drugiej strony decyzja belgijskiego Komitetu Olimpijskiego jest godna podziwu, ale policja chińska podziwiać jej nie będzie. Tak jak Pekin nie przestał, wbrew przedolimpijskim obietnicom, prześladować dysydentów, tak uczyni wszystko, by zakneblować belgijskich sportowców, a może i ich kolegów, gdyby pod innymi sztandarami znaleźli się równie odważni ich naśladowcy.

Tylko z językiem nie powinno być kłopotów. Chińczycy związani z organizacją igrzysk zostali zmuszeni specjalnym ukazem do nauki podstaw angielskiego. Pomysł dobry, ale ryzykowny. Amerykański reporter znalazł w hotelu wywieszkę: "Please take advantage of the chambermaids", co może znaczyć: "Skorzystaj z pokojówki". Co z kneblem nie ma nic wspólnego.
12:18, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 31 stycznia 2008
Russia First

Komisja Europejska, jak zresztą cała Unia, to nie jest Armia Zbawienia. Inaczej mówiąc, to, co się dzieje na granicy polsko-ukraińskiej - cierpienia czy ludzkie dramaty, gehenna oczekujących czy rujnowanych, no i jedyny dziś w Europie stan wyjątkowy, czyli pole bitwy pod konsulatem polskim w Kijowie, to wszystko wzrusza tylko nielicznych, najbardziej wrażliwych obserwatorów europejskich. Wszyscy są natomiast wrażliwi na polityczne skutki takich sytuacji. Nie chodzi o cynizm urzędników, chodzi o wizerunek Europy. Nikt tu nie chce przyjąć do wiadomości, że to "Schengen rozdzieliło Polskę i Ukrainę". Że, jak zadekretował mój przyjaciel Bogdan Osadczuk w "Rzeczpospolitej", mogą być tacy, którzy widzą "dzieło Schengen jako dar Opatrzności", i tacy, to znaczy Ukraińcy, dla których "Schengen to dopust Boży".

Otóż Schengen to ani dar, ani dopust, a dziura w Luksemburgu, punkt spotkania Niemiec, Francji i Beneluksu, gdzie podpisany został układ o znoszeniu wewnętrznych granic w Unii Europejskiej i o nowej polityce wizowej. Dziś podpisów jest już 24, a z bezwizowego ruchu korzystać już może 400 mln obywateli.

Historia sprawiła, że Polska jest w Schengen, a Ukraina nie. Ale historia nie przeniosła Ukrainy pod Chabarowsk, tylko utrzymała ją wzdłuż wschodniej granicy Polski, czyli Unii, czyli Schengen. I na ruch graniczny między Ukrainą a Polską nałożyła, niezależnie od skutków nagłego strajku polskich celników, nowe, znacznie dla Ukraińców ostrzejsze i nierzadko rujnujące rygory.

Do czasu wejścia w życie nowego traktatu europejskiego sprawy efektywnej kontroli na zewnętrznych granicach Unii są w gestii poszczególnych państw. Ale w Brukseli, która nie chce, aby umowa z Schengen miała przejść do historii jako akt odpowiedzialny za budowę na polsko-ukraińskiej granicy nowego muru berlińskiego, ta sprawa budzi wątpliwości i rodzi pytania.

Po pierwsze, to, że rygory wejdą w życie 21 grudnia 2007 r., wiadomo było od dawna, a plan ich działania znany był od 2001 r. Inaczej mówiąc - nie może być mowy o zaskoczeniu. Dlaczego więc, skoro było tyle czasu, nie przygotowano granicy tak, by nie trzeba na Schengen i na opatrzność zrzucać odpowiedzialności za totalną nieudolność sprostania sytuacji przewidywalnej od kilku lat?

Nawet uwzględniając i ukraiński galimatias, i polską niesprawność w aplikowaniu reguł europejskich, Bruksela pyta, jak w dowcipie: bałagan, tak, ale żeby aż do tego stopnia?

Po drugie, dlaczego od dawna przygotowywana i nieunikniona umowa o małym ruchu przygranicznym Polski z Ukrainą ciągle jest niepodpisana i data jej zawarcia ciągle pozostaje nieznana? I czy na pewno jest to kwestia tylko formalna, czy też także polityczna, podobnie jak np. wątpliwości i zwłoka w podróży polskiego premiera do Kijowa?

Z Warszawy dochodzą pogłoski, że odpowiedź na te wątpliwości mieści się w konsyderacjach taktyczno-politycznych, że nie wszystko naraz, że na razie idzie bitwa o Moskwę, pod hasłem "Russia first".

Możliwe; wiadomo, że Putin nie lubi polskiej obecności w Kijowie. Ale jak zareagowałaby albo jak już reaguje Polska, kiedy hipotezę "Russia first" stosują inne państwa, np. Niemcy? I to byłoby ostatnie pytanie. Na razie.
14:38, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 25 stycznia 2008
Antyciała British Council

Władimir Putin nie jest poliglotą, ale z czasow służby w NRD zna niemiecki. Wiadomo jak bardzo w stosunkach z Berlinem przydało mu się to już jako prezydentowi. Putin nie ukrywa też, że uczy się angielskiego, aby móc czasem bez tłumaczy prowadzić polityczne lub prywatne rozmowy z wielkimi tego świata.

Przykład idzie z góry. Pytanie więc dlaczego to, co jako prezydent uważa za pożyteczne dla samego siebie, Putin uniemożliwia swoim poddanym? Dlaczego kazał zamknąć oddziały British Council w Petersburgu i Jekaterynburgu, gdzie, za jego przykładem, Rosjanie uczyli się właśnie angielskiego? I dlaczego uruchomił cyniczną kampanię zastraszania rosyjskiego personelu tych placówek?

Władze brytyjskie określiły te działania jako "naganne i niegodne wielkiego państwa" oraz gwałcące prawo międzynarodowe. Tłumaczą je odwetem Moskwy za awanturę, jaką Londyn wywołał po zamordowaniu w centrum brytyjskiej stolicy emigranta Aleksandra Litwinienki przez - zdaniem Scotland Yardu - rosyjskiego agenta.

To tylko część prawdy. W dobie internetu wszelka próba przymusowego odcięcia części obywateli od jakiegokolwiek źródła wiedzy to idiotyzm. Dlatego, nawet jeżeli stosunki na linii Londyn - Moskwa ostatnio gwałtownie się pogorszyły, to nie o truciznę płynącą z British Council Moskwie chodziło. Ani o odwet na perfidnym Albionie, z którym handel ostro rośnie, a na ulubionej przez Moskwę londyńskiej giełdzie ulokowany już jest kapitał rosyjski wart 300 mld funtów.

Tu chodzi raczej o brytyjski epizod w kampanii antyzachodniej, której ofiarą padło już w Rosji kilkaset najrozmaitszych organizacji pozarządowych, czystkę, jaką Kreml najwyraźniej uznał za ważny czynnik w mobilizacji entuzjazmu ludu rosyjskiego w okresie brutalnie jasnej karuzeli na najwyższych stołkach w Moskwie.

Wiadomo, na razie, tylko jedno: prezydentem Rosji będzie Dmitrij Miedwiediew. Czy premierem będzie Putin, ile władzy odbierze on przyszłemu prezydentowi, to już jest mniej jasne. A ilu z członków dworu ta karuzela wyniesie, wymieni czy w ogóle wyrzuci, to póki co wielka niewiadoma.

Putin ma obecnie w ręku wszystko: prezydenturę, rząd, wojsko, policję, służby specjalne, kontroluje więc całe funkcjonowanie państwa. Kontroluje gospodarkę, Gazpromem rządzi ciągle Miedwiediew. Poparcie w sondażach: 80 proc.

Po cholerę potrzebne mu więc było wdeptanie w ziemię bezsilnej demokratycznej opozycji, zagrabienie telewizji, po co bezsensowne tępienie Garriego Kasparowa, co tak bardzo popsuło mu jego demokratyczny wizerunek na świecie?

Chyba... Chyba że mimo całej swej potęgi Putin jednak się boi. Boi, że te wysepki wolności rozsiane w bezmiarze kontynentu rosyjskiego, działające w zasadzie poza zasięgiem organów, to niebezpieczny mechanizm siania bakcyla społeczności obywatelskiej, przekonania, że w tle legitymizacji tej władzy i jej porządku tkwi ogromna korupcja i klanowa grabież państwa.

Że fałsz i farsa "karuzeli" dotrze w końcu do świadomości obywateli zatrutych nauką języków obcych i zacznie gdzieś w mordobijskim powiecie na stacji Chandra Unińska tworzyć antyciała.

Lekko trawestując Epikura, można powiedzieć, że kto sieje strach, sam w strachu żyje. Epikur powiedział to po grecku. No, ale wtedy British Council jeszcze nie było.
17:55, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25