RSS
poniedziałek, 21 stycznia 2008
A co to była ta "Kultura"?

"Gdyby prasa miała funkcjonować w warunkach czystego kapitalizmu, to dzienniki [we Francji] w ogóle nie mogłyby się ukazywać". Taka ocena znalazła się w wywiadzie, jakiego na temat sytuacji prasy we Francji udzielił dziennikowi "Le Monde" odchodzący właśnie słynny publicysta Jean-François Kahn.

Nie wiem, czy taka była intencja Kahna, ale jego pogląd pasuje głównie właśnie do samego "Le Monde".

"Le Monde" to we francuskiej prasie wzór niezależności i wolności codziennej opiniotwórczej gazety, odpowiednik "New York Timesa" i chyba, ale z daleka dobrze nie widać, "Gazety Wyborczej".

"Le Monde", jak każda gazeta, ma kłopoty. Już drugi raz w ciągu ostatnich miesięcy do dymisji podało się kierownictwo, w tym świeżo mianowany dyrektor generalny Pierre Jeantait. U źródła konfliktu tkwi jak zwykle kwestia "pieniądz a władza".

Mniejsza o szczegóły, tutaj stawką jest jedyny we Francji przypadek, kiedy gazeta jest własnością jej dziennikarzy. Należy do nich ponad 40 proc. akcji, co daje im, i właśnie dało, możliwość blokowania strategicznych decyzji dyrekcji.

Zbieżność w czasie kryzysu w "Le Monde" i wywiadu Kahna to zbieg okoliczności, ale jego uwagi sformułowane w ostrym i polemicznym tonie odnoszą się zarówno do "Le Monde", jak i do prasy codziennej w ogóle. Spróbujmy w arbitralny naturalnie sposób wyłuskać najważniejsze punkty.

Kahn zaczyna od krytyki rosnącej zależności prasy od wpływów z reklam (do 80 proc.), skąd przechodzi do gratisów. Gdyby, powiada, jakiś piekarz rozdawał za darmo bagietki, to jego korporacja rzuciłaby mu się od razu do gardła.

My spokojnie patrzymy, jak gazety zamieniają się w ulotki. Musi, ciągnie Kahn, ulec naturalnie zmianie treść gazet, z których miałki - jakby powiedział Giedroyc - konsensus eliminuje spory i polemiki wokół najważniejszych kwestii.

Do rewolucji dojść musi w sposobie i stylu pisania. Jest nowy czytelnik. Nastąpił koniec kwiecistego stylu, długich barokowych zdań, trzeba pisać krótko i żywo. Jeżeli, powiada ten najbardziej impertynencki francuski publicysta, w pierwszych słowach nic się nie dzieje, to czytelnik przewraca stronę.

Szkodliwa jest także zbyt wąska specjalizacja dziennikarzy: eksperci często nie wiedzą, co się dzieje na ulicy obok. Skończyły się też czasy, kiedy odpowiedzialnością za wszystkie nieszczęścia gazety można było obciążyć wydawców. Dzisiaj, powiada Kahn, bez żadnej pozornie aluzji do sytuacji w "Le Monde", odpowiadają za to także zespoły dziennikarzy.

No i na koniec świadomość niewiedzy czytelnika. Kahn opowiada, że kiedy użył w artykule aluzji do Jałty, bo to przecież pozornie zrozumiały skrót, dostał listy z pytaniem, o co mu chodzi.

Ten właśnie punkt, nieprzypadkowo, a z rozmysłem, wybrałem na zakończenie, bo o roli i odpowiedzialności prasy w koniecznym pokonywaniu ignorancji czytelnika, zwłaszcza młodego, w zakresie historii najnowszej nie przestaję wołać od czasu paryskiej "Kultury" po dzisiejszą warszawską "Gazetę".

Nie zdziwię się więc, jeżeli teraz jakiś czytelnik mnie spyta: a co to była paryska "Kultura"?
18:37, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 stycznia 2008
Kultura i polityka

Europa i Rosja nie mają do siebie szczęścia. Europa jest (czasem) zdania, że jak u Dumasa wszyscy za jednego, jeden za wszystkich. Rosja ciągle się jeszcze do tego nie przyzwyczaiła. Dlatego ważna dla obu stron umowa o współpracy czeka ciągle na podpis.

Jedna bariera właśnie padła. Rosja zezwoliła na import polskiego mięsa, a Polska zapewne wycofa weto wobec rozpoczęcia rozmów o wspomnianej umowy. Ale pojawiła się inna. Zza kanału. Brytyjczycy zaczęli dyskretnie wywoływać widmo nowego weta. Chodzi mianowicie o szantaż rosyjski wobec British Council, która miałaby w odwet za skandal pod nazwą Litwinienko zamknąć dwa pozamoskiewskie oddziały.

Humor Albionu dodatkowo się popsuł, kiedy Moskwa zagroziła, że nie pokaże w Londynie obrazów z rosyjskich muzeów. Nie była mianowicie pewna, czy brytyjskie prawo dostatecznie chroni jej dzieła sztuki, m.in. Matisse'a (w tym słynny "Taniec"), van Gogha czy Kandinsky'ego, które rzadko kiedy opuszczały Rosję. I słusznie. 120 eksponatów przeznaczonych na londyńską wystawę zostało po 1917 roku skonfiskowane przez bolszewików i mogłoby bowiem podlegać roszczeniom spadkobierców przedrewolucyjnych właścicieli.


Sprawa jest szersza, kultura, najogólniej mówiąc, staje się ważnym i często spornym składnikiem stosunków międzynarodowych. Dlatego w sporze Moskwa - Londyn nie chodzi o jedną wystawę, lecz o precedens w skali świata. Rosja już to przechodziła w 2005 r., kiedy szwajcarska firma Noga zablokowała na poczet długu - na dzień tylko, ale udowodniła, że można - 82 obrazy z petersburskiego Ermitażu. A amerykańskim spadkobiercom austriackich Żydów udało się zatrzymać do wyjaśnienia dwa obrazy Egona Schiele ze zbiorów fundacji z Wiednia.

Inaczej mówiąc, chodzi o los dzieł zrabowanych głównie przez Niemcy i Rosję albo niesionych wichrem historii tak jak zbiór Biblioteki Pruskiej (rękopisy m.in. Bacha, Mozarta i Goethego), który odnalazł się po wojnie na terytorium Polski.

60 lat po wojnie liczne skarby kultury stanowią ciągle przedmiot międzynarodowych sporów, prawnych, politycznych, i - co najtrudniejsze do leczenia - historyczno-sentymentalnych. Dla Niemców ich utracone dzieła to ostatni niemieccy jeńcy wojenni. Polacy o swoich skarbach mogą myśleć podobnie.

Mocno powiedziane. Ale czy jeszcze ostrzejsze słowa nie padały, kiedy okazało się, że skarb Priama, obrazy Cranacha, dwie biblie Gutenberga, cała biblioteka z Gothy i miliony starodruków nagle, na fali pozimnowojennej odwilży, odnalazły się w piwnicach muzeów rosyjskich? Kiedy toutes proportions gardées "Berlinka" odnalazła się w Krakowie. Ukradzione przez Hitlera obrazy Klimta wisiały spokojnie w muzeum w Wiedniu, niezliczone, głównie pożydowskie, ale nie tylko, arcydzieła cieszyły oko w muzeach francuskich, a brudne złoto z Holocaustu procentowało i wzbogacało banki szwajcarskie?

Naturalnie, roszczenia bywają słuszne, choć rzadko są sprawiedliwie osądzane. Ale nie tylko o własność chodzi. Chodzi także o historię. Bowiem dopóki takie spory nie zostaną definitywnie rozstrzygnięte, ten typ roszczeń będzie zawsze produkować, po obu stronach, własną, wzajemnie sprzeczną prawdę historyczną i, co gorsza, sprzeczne polityki historyczne. Co rykoszetem uniemożliwia porozumienie się w innych, znacznie ważniejszych sprawach. Ars longa
15:09, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 07 stycznia 2008
Człowiek Roku

"Time" ma rację. I nie rozumiem, dlaczego niektórzy mają pretensje do amerykańskiego tygodnika, który mianował Władimira Putina Człowiekiem Roku 2007. "Time" przecież wyraźnie zastrzegł: Człowiek Roku to nie żaden honor ani oznaka szacunku (na okładce "Time" byli już i Hitler, i Stalin, i Mao), a tylko wyraz przekonania, że primadonna tego jednego numeru dokonała rzeczy, które świat powinien poznać i zrozumieć. Jakie to rzeczy? W skrócie chodzi o "wyjątkowe osiągnięcia przywódcze: przejęcie kraju pogrążonego w chaosie i doprowadzenie go do stabilizacji".

Rzeczywiście warto, by świat to docenił. Jasne, zabójstwa Politkowskiej, Chlebnikowa czy Litwinienki, gułag Chodorkowskiego i innych, likwidacja opozycji, zawłaszczenie wielkich mediów sprawiają, że putinowski model wychodzenia z chaosu i dochodzenia do stabilizacji mógłby nawet w redakcji "Time" nasunąć pewne zastrzeżenia. Szkoda, że nie nasunął. Putin bowiem mógłby i tak znaleźć się na ołtarzu "Time", ale ze względu na inne, autentyczne, wyjątkowe osiągnięcie przywódcze.

Pamiętam wszystkie kolejne sukcesje na Kremlu od śmierci Stalina i z nią włącznie. Ta postalinowska była wyjątkowo krwawa, trup czekistów, od Berii począwszy, ścielił się gęsto, ale wszystkie następne przeszły spokojnie. Nawet usunięcie Chruszczowa, który nagle zachorował, choć jako emeryt żył potem długo i szczęśliwie, nawet eksmisja Gorbaczowa, który stracił posadę razem z państwem, nie wywołały większych emocji.

Inne były po prostu nudne. Breżniew, Andropow, Czernienko panowali dożywotnio, naród szybko ocierał łzy, główny żałobnik, czyli przewodniczący komisji pogrzebowej, automatycznie wstępował na Kreml

Nudno już nie jest. Putin znalazł sposób. On też będzie szefem dożywotnio, ale inaczej. Barwnie i muzycznie, a nawet tanecznie zgodnie z precyzyjną choreografią. I to taniec właśnie, a nie stabilizacja po chaosie predestynuje go do miana Człowieka Roku.

Zaczął, bądźmy uczciwi, Borys Jelcyn. Chory, zatroskany o złotą emeryturę jego samego i familii, szukał, aż znalazł młodego, skromnego i inteligentnego oficera KGB. Zrobił go, na zasadzie dokładnie zredagowanej intercyzy, najpierw premierem, a potem prezydentem.

Teraz Putin ciągle jest młody, ale nie jest już skromny. Wymyślił "stabilizację", która tak olśniła "Time", ale przede wszystkim opracował mechanizm jej trwałego zabezpieczenia. Sięgnął mianowicie po sposób na krzesło. Dobrał sobie partnera i zaadaptował, w interesie stabilizacji Rosji, starą, dworską grę francuską muzycznych krzeseł. Z gry, w której zawsze jest więcej osób niż krzeseł, odpada ten, kto na odpowiedni znak muzyczny nie zdąży zająć wolnego krzesła.

Otóż to Putin udoskonalił: w jego wersji graczy jest tylko dwóch, czyli tylu, ile jest krzeseł, co oznacza, że krzesło dla niego zawsze będzie wolne (krzesło Miedwiediewa będzie wolne na zawołanie). I że on zawsze zdąży. Muzyka zagra, a on z prezydenckiego krzesła przeskoczy na premierowskie, a jak orkiestra da znowu znak, to po czterech czy ośmiu latach przesiądzie się z powrotem.

I tak będą się bawić, aż pewnego dnia ktoś mu krzesło w ostatniej chwili spod siedzenia usunie. I wtedy ten ktoś zostanie na pewno Człowiekiem Roku tygodnika "Time". Za zasługi dla stabilizacji.
16:17, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Jak "Kultura" wykuwała Schengen

Wtedy, w roku 1970, oskarżony Maciek Kozłowski nie wiedział, co to jest Schengen. Nikt wtedy nie wiedział, że w tym punkcie na styku Niemiec, Francji i Beneluksu podpisany zostanie w czerwcu 1985 r. układ o zniesieniu granic w Europie. Jeżeli jednak nieznajomość istnienia Schengen nie miała przed tą datą żadnego wpływu na losy świata, to Maciek Kozłowski, Jakub Karpiński, Maria Tworkowska i inni drogo zapłacili za decyzję wprowadzenia w życie swojej buntowniczej, odważnej, antypeerelowskiej wersji Schengen.

"Proces taterników" posłał grupę młodych ludzi na lata do więzienia za to, że przedzierając się przez Tatry, wnosili w plecakach do Polski egzemplarze miesięcznika "Kultura" wydawanego w Paryżu. Komunistyczna Polska uznała "Kulturę" za najbardziej niebezpieczne źródło zarazy ideologicznej, policja tropiła jej najdrobniejsze ślady. Nie tylko kolportaż, ale też samo posiadanie "Kultury" stanowiło coś w rodzaju zbrodni stanu, a ponieważ miesięcznik i książki były poza ich zasięgiem, to posłuszne sądy karały młodych Polaków, którzy wolne słowo czytać chcieli.

Tatry to była najbardziej kosztowna droga "Kultury" do Polski. Jerzy Giedroyc jednak sączył truciznę rozmaitymi kanałami. Wiedział, że "Kultura" będzie konfiskowana na granicy, wiedział, że Komitet Centralny zadbał o siebie i abonował 50 egzemplarzy i że aparat (ten lepszy) dostawał "Kulturę" w pigułce, w postaci "Biuletynu specjalnego" opartego o cytaty z oryginału. Wysyłał więc Giedroyc bakcyla na niepodejrzane adresy, np. do "Trybuny Ludu", do bibliotek czy związków zwanych "twórczymi" na i tak skompromitowane nazwiska, np. Kisiela.

Poszczególne egzemplarze wwozili co odważniejsi turyści, sportowcy czy naukowcy, nawet zaprzyjaźnieni dyplomaci. W każdym razie kto chciał, miał co brać i wozić. Chciało stosunkowo niewielu, więc dywersanci z Maisons-Laffitte pomagali im, wysyłając do Polski Miłosza w okładce z Rokossowskim albo Dżilasa w miniaturkach (nakład sięgał 2 tys. sztuk) wielkości pudełka od zapałek. Ale na ogół czytelnych.

W sumie - choć nie wiem, jak to udowodnić - szacuje się, że ok. 3 tys. egzemplarzy jakoś do Polski docierało. No a miliony odbierały posłanie Giedroycia, łamiąc barierę dźwięku poprzez Radio Wolna Europa. Bo dla RWE i "Kultury" Schengen bez granic już wtedy było.

Nikt dokładnie nie wie, ile osób naprawdę za to przedwczesne wykuwanie Schengen ucierpiało. Nie wiadomo też, jaki naprawdę, choć coraz więcej osób przyznaje, że się na "Kulturze" wychowało, miała ona wpływ na Polaków myślenie. Ani co z tego naprawdę jeszcze zostało.

Ta epopeja czeka bowiem ciągle na swojego Homera, tak samo zresztą jak saga "Kultury" w ogóle. Ale kiedy dziś w błyskach fajerwerków padają ostatnie szlabany między Polską a Europą, a niektóre pokomunistyczne rządy czy politycy sobie przypisują Schengen, to większości Polaków, dla których brak granicy jest tak normalny, jak dla nas było jej istnienie, trzeba powiedzieć: To właśnie "Kultura" szlabany obalać zaczęła. I że także w ten sposób Polakom drogę do wolności cierpliwie i mądrze torowała, a Polaków wolności i poczucia odpowiedzialności za nią uczyła. To bowiem z Tatr, a nie z Krakowskiego Przedmieścia Polacy do Schengen iść zaczęli.
16:16, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
120 lat "Le Soir"

Belgia nie ma rządu już od 180 dni, ale na szczęście ma prasę, w tym jedną gazetę od 120 lat. "Le Soir", największa, najbardziej opiniotwórcza, multimedialna francuska gazeta w dwujęzycznej Belgii, obchodziła w poniedziałek swoją imponującą jak na prasę rocznicę narodzin. Zafundowała sobie z tej okazji specjalny numer i 12 naczelnych redaktorów: szefów wszystkich demokratycznych partii politycznych, filozofa, sportowca, artystę, przemysłowca, z których każdy miał do dyspozycji jedną stronę gazety i dziennikarzy odpowiednich działów. I dodała, oddzielnie i odpłatnie, 200-stronicowa analizę ostatnich 120 lat Belgii i "świata, który ją otacza".

Razem wygląda to imponująco, ale ważniejsze jest jej credo. Nie zmieniło się od dnia narodzin gratisowej gazetki utrzymującej się wyłącznie z reklam aż po dzisiejszy multimedialny (i multimilionowy) koncern Rossela (ta sama rodzina od początku), którego "Le Soir" jest lokomotywą. " Le Soir", pisze jego naczelna Beatrice Delvaux, ma być dostępny dla jak najszerszej grupy czytelników i absolutnie niezależny od jakichkolwiek grup nacisku. Ma być współczesny, postępowy, impertynencki, bronić wartości: praw człowieka, godności ludzkiej, laickości państwa, wolności słowa, tolerancji. Ma krzewić idee, urabiać opinie, wyjaśniać sens polityki i wymiar wyzwań współczesności. Ma być na poziomie wymagań czytelników i ich gniewu. Redakcja bardzo się stara - na ogół z powodzeniem - aby tak było. Co w Belgii, kraju dwóch (co najmniej) języków, o najbardziej niezrozumiałej strukturze politycznej na świecie, gdzie mało kto wie, do czego powinno służyć państwo, nie było i nie jest wcale łatwe.

"Gazetę Wyborczą" łączy z "Le Soir" kilka wspólnych (ostatnio np. przed wyborami w Polsce) spisków i pasjonujących przygód. Obie redakcje potrafiły nawiązać zaufane i pożyteczne stosunki partnerskie nie tylko w sferze zawodowej, ale i osobistej przyjaźni. Warto je nadal rozwijać.

Jefferson mawiał, że gdyby miał wybierać między rządem a niezależną prasą, to zawsze wybrałby prasę. Belgia i Polska nie mają Jeffersona, ale mają niezależną prasę. To bardzo wielka szansa.



Przyjaciołom z "Le Soir" życzenia kolejnych setek lat w służbie wolnego słowa w zjednoczonej Belgii - przyjaciele z "Gazety Wyborczej".
16:15, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Pożegnanie Kasparowa

"Żeby wygrać (w szachy), trzeba nienawidzić przeciwnika". Copyright na tę formułę zachowuje Bobby Fischer, były Mozart szachownicy, ale mógłby się z nią zgodzić także Beethoven szachownicy, czyli Garry Kasparow.Z małą różnicą - Fischer myślał o szachach, a Kasparow o polityce. Gdyby Kasparow tak jak Fischer miał po drugiej stronie szachownicy nawet genialnego gracza, miałby co najmniej 50 proc. szans na zwycięstwo. W grze z Kremlem nie miał żadnej.

Naiwnie albo - wprost przeciwnie - z pełną świadomością Kasparow podjął próbę zmobilizowania liberalnej i demokratycznej części rosyjskiej społeczności do walki, jak mówił, z dyktaturą Putina. "Lew z Baku" przekonywał, organizował, szukał sojuszników, czekał - daremnie - na światło z Zachodu, był zawsze na pierwszej linii manifestacji, na które komandosi Putina napadali tak brutalnie, jakby Wszechrosja była w niebezpieczeństwie.

Gdybym nie był taki skromny, to przypomniałbym: - A nie mówiłem, że tak będzie?! Tylko że chwila nie pasuje do tanich satysfakcji. Dziś, kiedy Kasparow "żegna się z bronią", dziś jest chwila hołdu dla wielkiego obywatela i wielkiego mistrza.

Powodów porażki jest wiele, od niedojrzałości i ambicjonalnego przewrażliwienia rosyjskich demokratów po autentyczną popularność Putina. Kasparow, wiadomo, bogaty, sławny, w stałym kontakcie z prasą zagraniczną, mający do dyspozycji najlepszych adwokatów, był do pewnego stopnia chroniony przed pełnym okrucieństwem władzy. Ale wniosek jest jeden - trzeba było ogromnej odwagi, sensu powinności moralnej, poczucia odpowiedzialności za swój kraj, by rzucić wyzwanie potędze Kremla.

Wzajemne stosunki i sprzężenia między sportem a polityką są równie podejrzane co skomplikowane. Neutralność sportu to naturalnie mit. Czysty sport w służbie pokoju i przyjaźni należy włożyć między bajki.

Sport zawsze był i jest dzisiaj podporządkowany polityce. Pogląd, że sport i polityka nie przenikają się wzajemnie, to tylko hipokryzja i nadużycie intelektualne. Olimpiada w Pekinie mówi sama za siebie.

Normalnie jednak - a było to skandalicznie widoczne w okresie zimnej wojny, wystarczy przypomnieć zimny wychów mistrzów w ZSRR czy NRD, a dziś w Chinach i na Kubie - osiągnięcia i rekordy sportowe były i są wykorzystywane przez poszczególne państwa jako instrument propagandy, stwarzają okazję do podgrzewania nacjonalizmów czy ksenofobii, stanowią często substytut nieistniejącej albo niechcianej wspólnoty, są także częścią ogromnego biznesu, stanowią element stosunków międzynarodowych, wpisane są w fundamenty strategii polityki wielkich i małych państw.

Futbolowy ONZ, FIFA, ma chyba więcej i na pewno bardziej namiętnych i rozpolitykowanych członków niż drapacz chmur z Nowego Jorku.

Kasparow - wprost przeciwnie. Chciał oddać swoją sławę i osiągnięcia w służbę społeczeństwu. No i przegrał. Nie dlatego, że źle grał. Dlatego, że za przeciwnika miał nie pojedynczego gracza szanującego reguły gry, ale cały system zbudowany przez i wokół Władimira Putina. Miał przeciwko sobie zwarty, sekciarski i cyniczny klan, miał graczy zdecydowanych każdym kosztem nie dopuścić do najmniejszego uszczerbku w ich stanie posiadania, nie dopuścić nikogo do podziału łupów z odzyskanej Rosji.

Panowie, czapki z głów przed Kasparowem!
16:13, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
piątek, 14 grudnia 2007
Marks w Krynicy

Któregoś dnia w latach 90. zadzwonił do mnie Jerzy Giedroyc. - Doszły mnie - powiedział - ciekawe informacje o nieznanym mi zbiegowisku w Krynicy. Niech pan pojedzie i zobaczy, o co chodzi. 

Pojechałem, na deptaku roił się tysiąc osób, w tym wielu VIP-ów ze wszystkich prawie krajów posowieckich z Rosją włącznie. Zobaczyłem: chodziło o Forum Ekonomiczne, które naturalnie miało poważny wymiar polityczny. Zadzwoniłem do Giedroycia: - Pański duch się nad Forum unosi. Popieramy.

Forum w Krynicy to ważna próba podzielenia się polskim doświadczeniem w łagodzeniu kosztów transformacji, przez które wszystkie posowieckie kraje tak czy inaczej muszą przejść. Tłumaczą polskie doświadczenia najlepsi fachowcy: rozmaici Kwaśniewscy, Balcerowicze, Geremki.

Forum w Krynicy to może być specyficznie polski produkt, jedna z rozpoznawalnych polskich twarzy, no i na pewno jeden z najlepszych instrumentów prowadzenia publicznej polskiej polityki zagranicznej.

Po kilkunastu latach ciągle narzekam na gigantomanię Krynicy, ale zdania nie zmieniłem. Giedroyc byłby zadowolony. I gdyby mógł mnie znowu gdzieś posłać, to zadzwoniłby i powiedział: - Niech pan pojedzie do Wrocławia. Tam się odbywa znowu jakaś obiecująca impreza. Niech pan zobaczy, o co chodzi.

I znowu miałby rację. Do Wrocławia nie dojechałem, bo mnie zmogła zaraza, ale duchem tam jestem i wiem, o co chodzi.

Na zaproszenie Instytutu Politologii Uniwersytetu Wrocławskiego około dwudziestka studentów czy magistrantów politologii Wolnego Uniwersytetu w Brukseli wylądowała w poniedziałek we Wrocławiu. Na wiosnę na zasadzie wymiany podobna grupa studentów z Wrocławia najedzie Brukselę (mam nadzieję, że wtedy żadna zaraza mnie od nich nie odetnie).

Wszystko to nazywa się sztywno „Międzynarodowa konferencja naukowa »Populizm w Europie - defekt czy przejaw demokracji «” i ma w kilku sesjach i językach omówić kwestie istotne dla politycznego pejzażu Europy: populizm w środkowej Europie i w demokracjach zachodnich czy udział skrajnej prawicy w rządach Europy.

Podsumowanie nosi tytuł: "Populizm we współczesnych demokracjach: potęga magicznego myślenia". Otóż to. Gdybym mianowicie mógł uczestniczyć w dyskusji (a miałem), to zaproponowałbym analizę nie tylko zjawiska Samoobrony czy LPR albo Haidera czy Le Pena, ale najbardziej przejmujący epizod "magicznego myślenia", jakim była tragifarsa w wykonaniu Tymińskiego, człowieka prosto z buszu, za którym przecież poszła, wykopując Mazowieckiego, jedna czwarta wielkiego europejskiego narodu.

Przypomniałbym wtedy Marksa. "W życiu narodu i kobiety" - cytowałbym - "nie wybacza się krótkich chwil słabości, kiedy może je posiąść byle awanturnik". Dobre motto na dziś, kiedy o populizmie mowa.

Giedroyc byłby z wrocławskiej inicjatywy zadowolony. "Kultura" o populizmie miała swoje zdanie, warto do niej sięgnąć. Ale we Wrocławiu Giedroyciowi chodziłoby o populizm i o coś jeszcze: tylko mianowicie w młodzieży i tylko w Europie odpornych na wszystkie trujące "-izmy" Giedroyc plasował swoje nadzieje na lepszą przyszłość polską i w ogóle.

Spotkanie wrocławskie mieści się w programie "Projekt Europa". Wrocław do Expo nie dotarł, w Europie już jest i chce i może ją, jak widać, na swój sposób ulepszyć. W Korei nikt tego nie potrafi.
15:00, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
Mój Babi Jar

Depesza, na tle szaleństwa świata, wydawała się bez znaczenia. To, że - jak donosiła agencja - „Eugeniusz Jewtuszenko recytował w Yad Vashem w Jerozolimie swój poemat »Babi Jar «”, najwidoczniej interesowało mało kogo. Co innego mój osobisty licznik Geigera. Drgnął natychmiast. Dla mnie to było wydarzenie.

Najpierw, kto jest kto? Jewtuszenki młodzi Polacy, a takich jest większość, raczej nie znają, „Babiego Jaru” na pewno nie czytali. Zresztą gdzie mieliby przeczytać? Jewtuszenko, były enfant terrible sowieckiej poezji, ma 74 lata, jest dostępny w 74 językach, ale to prahistoria.

"Babi Jar", jego najbardziej znany poemat, to wstrząsające requiem nad masakrą w wąwozie o tej nazwie znajdującym się niedaleko Kijowa, gdzie w święto Jom Kipur we wrześniu 1941 r. hitlerowcy i ich lokalni najemnicy zamordowali 35 tys. Żydów ukraińskich (potem zacznie więcej). No a Yad Vashem to, wiadomo, instytut w Jerozolimie, strażnik pamięci Zagłady.

Otóż, tak się stało, że "Babi Jar" wszedł od razu, od pierwszej publikacji, i już został, w mojej biografii. Epizody, jak w filmie, logicznie się uzupełniają, każdy ma swoje miejsce z "Jarem" w tle.

Kiedy w 1961 r. moskiewska "Literaturnaja Gazieta" opublikowała wiersz, w Warszawie to był szok. My, specjaliści od odszyfrowywania języka sowieckiego, od razu pojęliśmy sygnał: to tylko poemat, ale także znak odwilży, pierwszy raz ktoś w Moskwie upomniał się z taką siłą o Żydów, których zagłada do tej pory ukrywana była dyskretnie w kategorii "obywatele ZSRR".

Potem zaczęło się moje życie z "Jarem". Rok później Jewtuszenko i jego wiersz są u mnie w Hawanie. Surrealistyczna scena: sowiecki poeta przy polskiej wódce czyta w kubańskich tropikach wiersz o losie Żydów spod Kijowa i o rosyjskiej pamięci. Z Kuby powrót do Warszawy powoli już zamykanej w cuchnących uściskach Moczara: lekka choćby publiczna aluzja do "Jaru" już była aktem oporu wobec gnijącej dyktatury.

Potem lądowanie w Brukseli pełnej kampanii "Let My People Go" o wolność emigracji dla sowieckich Żydów. W "Le Soir", gdzie nikt wiersza nie znał, wprowadzam "Babi Jar" jako jeden z punktów odniesienia tej kampanii.

No i last but not least - rok temu spada na mnie 900 stron przerażającej książki Jonathana Littella „Les Bienveillantes”. „Babi Jar” wypełnia tam kilka strasznych, fenomenalnie napisanych, rzadko spotykanych w literaturze gęstych stron. Narrator Obersturmfürher dr Aue opowiada, jak sam, „nie wiedząc, co czyni”, przygląda się, a potem uczestniczy w masakrze, strzela i zabija.

Żałuję, że nie słyszałem Jewtuszenki recytującego w Jerozolimie:

Nad Babim Jarem pomnika nie widać

Grubym nagrobkiem jest urwisko Jaru.

Strasznie mi.

Czuję, że na barkach dźwigam

tyle lat, ile ma żydowski naród.*

Poeta w Rosji - powiada Jewtuszenko - to więcej niż poeta. W jego przypadku to prawda. Ale gdzie są dzisiaj "poeci więcej niż poeci"?

*Tłumaczenie Leopolda Lewina
14:58, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 listopada 2007
Ukraina i Gruzja potrzebują solidarności

Czy kolor może być silniejszy od słowa? Może. Tak przecież było, kiedy Ukraina na pomarańczowo i Gruzja na różano po 75 latach sowietyzmu wyzwoliły się spod kurateli Moskwy i wybiły na suwerenność. Oba te kraje obrały zdecydowanie prozachodni kurs, z nadzieją dotarcia kiedyś do Unii Europejskiej i NATO.

Na tej drodze oba te kraje miały sympatię i pomoc Zachodu, z Polską w pierwszej linii - zwłaszcza w czasie gorączki na Ukrainie czy teraz w Gruzji. Kolorowi przywódcy - Juszczenko i Saakaszwili - byli jako pionierzy wolności za wschodnią granicą Unii przyjmowani na największych salonach świata. Uzasadniali osławioną tezę o "końcu historii" i ostatecznym zwycięstwie demokracji i liberalizmu.

Że osiągnąć te cele nie będzie łatwo, nikt nie miał wątpliwości. Ale że będzie tak trudno, też nikt się nie spodziewał. Mniejsza o detale. Ważne, że w obu krajach nadspodziewanie szybko "kolorowa" klasa polityczna traci albo już straciła autorytet i zaufanie, którymi wyborcy z takim entuzjazmem niedawno ją obdarowali. W obu krajach małe albo i duże porachunki, niektóre o charakterze mafijnym, zastepują debatę polityczną.

Gdzie się podziały ich i nasze nadzieje? Nigdzie - są i trwają. Nie jest wesoło, kolory bledną i płowieją. Nikt, to jasne, za Ukraińców czy Gruzinów demokracji w ich krajach zbudować nie potrafi. To ich sprawa. Jednak nasza, w dużym stopniu, także.

Oba kraje przechodzą ciężką lekcję demokracji. Lekcja się toczy w cieniu gróźb rosyjskich, wymachiwania przez Kreml bronią gazu i zapowiedzi Putina otwarcia "polowania na wrogów", czyli na opozycję "finansowaną przez zagranicę" oraz na tych - to stała nuta żalu - "którzy swoją polityką przygotowali rozpad ZSRR".

Fakt, że na miesiąc przed datą zamknięcia listy nie jest znane ani jedno nazwisko kandydata na prezydenta, oznacza, że wokół Kremla toczy się ostry bój o dziedzictwo i prawo do ogromnej schedy we władzy i kasie. Z tym że - i jest to okoliczność wyjątkowo wybuchowa - tak jak w wojnie o podział rodzinnego spadku, wszystkie frakcje wywodzą się z tego samego czekistowskiego pnia.

Putin jest w drodze do jakiejś podejrzanej formuły autorytarnej władzy i postanowił tak straszyć i bić, aby nikt co do tego nie miał wątpliwości. No a skoro tak traktuje własny naród, to dlaczego miałby się inaczej zachować wobec zagranicy, zwłaszcza tej "bliskiej".

W takiej sytuacji wszystko staje się możliwe. I to właśnie w takich warunkach oba kolorowe kraje zdają decydujący egzamin z przełamywania ultraciężkiej hipoteki sowieckiej. Oba potrzebują naszej, zachodniej, pomocy, sympatii i nadziei. Mimo grymasów Moskwy powinny być przekonane o tym, że ciągle mogą na nie liczyć. I że choć niespójny, zajęty czym innym i gdzie indziej, Zachód w tej chwili słabo słychać, ale w momencie próby go nie zabraknie.

I Juszczenko, i Saakaszwili poszli do boju o demokrację przekonani o słuszności ich sprawy, ale i o trwałości zachodniej solidarności. Ta solidarność nie może być funkcją ceny rosyjskiego gazu.
12:01, leopold.unger
Link Komentarze (1) »
wtorek, 20 listopada 2007
Koniec dyplomacji z Rosją

No i obejdzie się. Rosja pozbyła się wyspecjalizowanych świadków wyborów do Dumy. Oficjalnie, mówi Bruksela, z powodu bezprecedensowych przeszkód natury biurokratycznej po stronie rosyjskiego ODIHR, czyli Biura Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka OBWE, nie będzie w stanie monitorować grudniowych wyborów do Dumy.

Zawracanie głowy. Nie chodzi o wybory. Chodzi o przepisywanie historii. Władimir Putin naprawia błędy swoich poprzedników, tutaj Leonida Breżniewa, który lekkomyślnie podpisał 1 sierpnia 1975 r. tzw. akt końcowy w Helsinkach, powołujący OBWE.

To nowa premiera w reżyserii prezydenta Rosji. Nigdy dotąd państwo członkowskie OBWE nie odważyło się zagrodzić drogi inspektorom jej biura sprawującego nadzór nad wyborami. Rosja potrafiła.

Pozornie to absurd. Kłody pod nogami inspektorów rzucają przecież cień podejrzenia na czystość wyborów. Czyżby było coś do ukrycia? Cóż za paradoks! Przecież te wybory będą jak żona Cezara (to był ulubiony argument Stalina), totalnie niesfałszowane, można powiedzieć, absolutnie demokratyczne.

To będzie prawdziwy plebiscyt na rzecz partii Jedna Rosja, z listy której na pierwszym miejscu startuje sam prezydent i która, jeżeli się obecna bałwochwalcza tendencja utrzyma, wypełni prawie wszystkie miejsca w Dumie.

Po cóż więc ta maskarada? Po co ten łokieć pod adresem OBWE, organizacji w warunkach kolosalnej Rosji mało skutecznej, gest, który może tylko pogorszyć i tak nieładny obraz Rosji na Zachodzie? Odpowiedź: nie chodzi o z góry wygrane wybory, chodzi o przyszłą politykę.

W pierwszym czytaniu to gest propagandowy na użytek wewnętrzny. Wybory, powiada Kreml, to nasza sprawa, nie każdy, kto chce, będzie nas kontrolować. Kontrolerów wybierać będziemy my.

W istocie Kreml uznał, że nadeszła chwila porachunków z zatrutym spadkiem po Helsinkach. Tzw. trzeci koszyk aktu końcowego z 1975 r. dotyczy praw człowieka i do dziś prześladuje Rosję i inne państwa o rosyjskopochodnej demokracji.

Moskwa za późno zrozumiała, jaka jest siła rażenia tego koszyka, który kiedyś mobilizował dysydentów w ZSRR, a teraz opozycję w Rosji, no i odegrał sporą rolę w dojrzewaniu kolorowych rewolucji na Ukrainie i w Gruzji. W tym sensie gest Moskwy ma stworzyć precedens, także na użytek licznych postsowieckich państw, które pewnych kolorów wydają się nie lubić.

Wreszcie ten łokieć, tak jak równoczesny szantaż nierespektowania przez Rosję ustaleń o ograniczeniu sił konwencjonalnych w Europie, wpisany jest w coraz bardziej lodowaty klimat w stosunkach z Zachodem. Arogancja Kremla rośnie, to nie tajemnica, wraz ze stopniem zależności Zachodu od dostaw rosyjskiego gazu.

Wniosek: normalną dyplomację należy - mam nadzieję, że prowizorycznie - po prostu zawiesić. Na tym tle polskie mięso to złośliwy, ale naprawdę detal. Prawdziwy powód rosyjskiego zdenerwowania to przedwyborcze napięcia i przepychanki niewidoczne gołym okiem, ale realne w łonie kamaryli kremlowskiej.

Jeżeli dodać brak wspólnej strategii UE i różnice w podejściu do polityki wobec Rosji między nową i starą Europą, to należy uznać, że dziś na jakiekolwiek porozumienie się w naprawdę ważnych sprawach z Rosją nie należy liczyć.
14:04, leopold.unger
Link Dodaj komentarz »